ABBIE
- Myślałeś o tym, w jaki sposób wydać Redforda? - spytałam. Trex szedł obok mnie w stronę mojego mieszkania. Chociaż początkowo się nie zgodziłam, uparł się, żeby mnie odprowadzić. Nie mogę powiedzieć, że moje serce nie podskoczyło z radości, kiedy powiedział, że nie pozwoli mi iść samej.
- Nie przestaję o tym myśleć. Ale wciąż nie wiem, w jaki sposób go przechytrzyć. Można na niego napaść, pobić go, porwać... - Wzruszył ramionami. - Ale może się tego spodziewać i jakimś jednym przyciskiem w telefonie wpakować Ashtona za kratki.
Pokiwałam głową w zamyśleniu.
- Trzeba zrobić tak, żeby na początku odebrać mu całą elektronikę. Tylko jak zrobimy to we dwójkę? Albo we trójkę, o ile Ashton będzie chciał współpracować?
Przez chwilę szliśmy w milczeniu, wdychając wieczorne powietrze. O wiele lepiej było nie wracać samej do tego okropnego mieszkania. Przyjemnie było mieć obok jego.
- Pamiętasz, jak odkryliśmy nazwisko porywacza? - odezwał się w końcu Trex. - Nie miałem kiedy ci powiedzieć, ale sprawdziłem je z listą osób, które zostały ranne w katastrofie. Było tam. Redford płynął na tym statku razem z Niną Crow.
- To dosyć zrozumiałe. Skoro tam był i widział, jak zginęła, tym większą traumę pozostawiło to wydarzenie. Tym bardziej mógł chcieć wyrównać rachunki.
- Chociaż nie było czego wyrównywać...
Popatrzyłam na niego, przygryzając wargę.
- A jak twoje koszmary? Zniknęły?
- Częściowo. - Zatrzymał się kilka kroków od wejścia do mojego bloku. To było okropne miejsce, ale w jego obecności to kompletnie mi nie przeszkadzało. Mogłabym tu stać całą noc. - Teraz dręczą mnie inne. Chyba jeszcze gorsze. Często ty się w nich pojawiasz.
- Jestem twoim koszmarem? - Uniosłam brwi, uśmiechając się.
- Nie, nigdy w życiu. To coś zupełnie innego.
- To znaczy?
Skrzywił się, ale nie odpowiedział. Stanęłam przed nim i sięgnęłam po jego dłoń. Drgnął, jakby miał ochotę ją odsunąć, ale zamiast tego po chwili splótł palce z moimi. Poczułam podekscytowanie przepływające przez moje żyły i łaskoczące każdy nerw z osobna.
- Już nic nie powinno cię dręczyć. Ta katastrofa to przeszłość, a swoją niechęć do wody już dawno udało ci się pokonać, pamiętasz? - Ścisnęłam mocniej jego dłoń i popatrzyłam głęboko w jego ciemne oczy. - Dziękuję ci, Trex. Za to, że byłeś przy mnie, kiedy nie miałam zupełnie nikogo. I za to, że dalej jesteś i mnie wspierasz. I przede wszystkim za to, że uratowałeś mi życie. Mnie także ten człowiek by zabił, gdyby nie ty. Wyciągnąłeś mnie stamtąd pomimo nienawiści...
- Nie czuję do ciebie nienawiści - przerwał mi, uśmiechając się delikatnie.
- To, co ja czuję do ciebie, to też zdecydowanie nie jest nienawiść.
Uśmiechnęłam się, ale jego uśmiech nagle zniknął. Chyba nie powinnam mówić czegoś takiego. To było niewłaściwe. Tak, jak mówiła Elise.
Puścił moją rękę, a ja poczułam się tak, jakby mnie od siebie odepchnął. Pomyślałam, że chyba powinnam się od niego odsunąć, ale wtedy on mnie do siebie przyciągnął i zamknął w mocnym uścisku. Całe zdenerwowanie i niepewność zniknęły w jednym momencie i czułam już tylko wszechogarniające ciepło i zadowolenie, że jest tak blisko mnie. Że trzyma mnie w swoich ramionach, że jego ręce dotykają mnie z taką pewnością. Jakby nigdy nie chciał mnie puścić. Objęłam go, wdychając zapach jego męskich perfum, a on wyszeptał w moje włosy:
- Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś ci się stało. - Jego ciepły oddech musnął moje ucho i poczułam przyjemny dreszcz. - Wciąż nienawidzę wody, ale jeśli coś by ci zagrażało, pomimo mojej fobii uratowałbym cię w ten sposób milion razy.
Te słowa roznieciły ogień w moich piersiach i całkowicie odebrały oddech. Odsunęłam się odrobinę, żeby popatrzeć w jego oczy. Ale zamiast tego moje spojrzenie powędrowało do jego ust i przeszyło mnie zniewalające pragnienie, żeby ich dotknąć. Żeby chociaż raz zobaczyć, jak smakują.
Położyłam dłonie na jego szczupłych policzkach i nie myśląc o niczym poza tym, że tak bardzo pragnę, żeby mnie pocałował, zbliżyłam twarz do jego twarzy i ostrożnie dotknęłam wargami jego ust. Był tym zaskoczony tak samo jak ja i chyba nie miał pojęcia, co zrobić. Ja też nie miałam, ale zupełnie mnie to nie obchodziło. I wtedy objął mnie mocniej, przycisnął do siebie i pocałował tak, że cały świat przestał istnieć. Czułam, jak intensywnie wali mi serce i że powoli tracę oddech, ale on nie dał mi ani chwili wytchnienia. Całował mnie, z czułością obejmując, tak jakby on też całkowicie się zapomniał. Zaplotłam ręce na jego karku, przysuwając się jeszcze bliżej niego, by nie dzielił nas ani centymetr. On też objął mnie mocniej, przesunął rękę w górę, po mojej łopatce, potem po karku. A potem wzdłuż szyi. Jego ciepły palec przejechał po moim policzku, a potem dotknął mojej dolnej wargi, i jednocześnie wsunął język głębiej w moje usta. Odwzajemniłam się tym samym, czując, że moje płuca desperacko pragną złapać oddech. Ale on nie dał im na to szansy. Całował mnie tak namiętnie, jego dotyk był tak cudowny.
Było idealnie.
I wtedy się odsunął. Jego prawa ręka wciąż dotykała mojego policzka, a kciuk muskał usta, które rozchyliły się w uśmiechu pełnym zachwytu. To był najlepszy pocałunek w całym moim życiu.
- Dziękuję - powiedział Trex.
Zaśmiałam się.
- Za co?
Odsunął się z poważnym wyrazem twarzy. Nie wyglądał na szczęśliwego, ale nie miałam wątpliwości, że dla niego też to było obłędne.
- Za pocałunek. Czasami ludzie przepraszają, jeśli nie mogą się oprzeć i pocałują kogoś, kogo nie powinni całować. - Puścił mnie i wzruszył ramionami. - Przepraszają, bo żałują, że to zrobili. Ja nie żałuję. To było cudowne. Ty jesteś cudowna. Ale to nigdy więcej nie może się wydarzyć.
- Dlaczego? - zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Potarł dłonią czoło, a kiedy opuścił rękę, zauważyłam, że wygląda na zmartwionego.
- Nie jestem kimś, kogo mogłabyś chcieć...
- Pozwól, że ja o tym zadecyduję.
Uśmiechnęłam się pomimo jego kamiennej twarzy. Gwałtownie pokręcił głową.
- To nigdy nie będzie możliwe. Gdybyś wiedziała, co zrobiłem...
Chwyciłam jego dłonie, próbując napotkać jego spojrzenie i zignorować dopadający mnie niepokój.
- Mówisz o narkotykach? To nie skreśla cię w moich oczach. To jest coś, co można przezwyciężyć, jeśli tylko naprawdę...
- Nie mówię o tym - przerwał mi, wysuwając ręce z mojego uścisku. Unikał spojrzenia mi w oczy, a jego dolna warga drgnęła, jak zawsze, gdy się się denerwował.
- Więc o czym? O tym, co stało się na weselu? Chodzi o nią? - Zapomniałam, że Sarah była jego przyjaciółką, a może nawet kimś więcej, skoro zdradziła z nim Daiana. A teraz ta dwójka brała rozwód, więc może Trex miał nadzieję, że...
Pokręcił głową. Starałam się nie okazać tego, jak wielką ulgę poczułam. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele dla mnie znaczył. I jak cudowne było to, że on w jakiś sposób to odwzajemniał.
- Więc o co chodzi? O mnie? O to, że... - Zamilkłam. Chciałam zapytać, czy chodzi o to, że byłam z Brianem i o to, do czego doszło pomiędzy mną a Ashtonem, ale to nie przeszłoby mi przez gardło. To byli jego bracia. To zabrzmiałoby strasznie.
- Nie, Abbie, ty jesteś idealna. - W końcu popatrzył mi w oczy. Moje serce zabiło tysiąc razy mocniej. - Jesteś jedyną osobą na całym świecie, która sprawia, że chciałbym być lepszy niż jestem. Chciałbym się zmienić, dla ciebie. Chciałbym zasługiwać na taką dziewczynę jak ty. - Wyglądał na tak smutnego, że ledwo powstrzymałam się, żeby go nie przytulić. - O wiele łatwiej było cię nienawidzić... A to, co czuję teraz... Nie mogę przestać o tobie myśleć, Abbie. Nie mogę, chociaż wiem, że muszę, bo to jest właściwe. Gdybym powiedział ci o tym, co zrobiłem, znowu byś mnie znienawidziła. Nie chcę tego. Już i tak jest mi niewyobrażalnie ciężko i walczę ze sobą, żeby nie zrobić czegoś nieodpowiedniego. A to nie zawsze się udaje... - Grymas wykrzywił jego twarz. - Wiem, że musisz poznać prawdę, ale czasem myślę, że może lepiej byłoby, gdybym ci jej nie wyjawił, żeby zostało tak jak jest. Żeby pomiędzy nami nigdy nie wydarzyło się nic więcej... Nie zniosę myśli, że przeze mnie cierpisz... Już i tak zbyt wiele razy cię skrzywdziłem.
- Nie mów tak.
Jak miałam go przekonać, że wszystkim, czego teraz chciałam, był właśnie on? Ten pocałunek rozwiał wszystkie wątpliwości, które kłębiły się w moim wnętrzu. Nie obchodziło mnie to, co pomyślą inni, jaka była nasza przeszłość i co stanie się później. Chciałam być przy nim pomimo wszystko.
- To było kiedyś, gdy się nie znosiliśmy, i należy już do przeszłości. Uratowałeś mi życie, Trex. To dzięki tobie tutaj jestem. Nie ma takiej rzeczy, która zniszczyłaby moją wdzięczność i była w stanie zmienić to, co czuję.
Smutny uśmiech wypłynął na jego twarz. Pokiwał głową.
- A jeśli bym ci powiedział, że porywacz miał rację, mówiąc, że to nie on spalił twój dom?
Uniosłam brwi. Przez chwilę milczał, a jego słowa wisiały w chłodnym nocnym powietrzu.
- On nie kłamał, Abbie. To ja to zrobiłem.
To nie była prawda, mówił to tylko dlatego, żeby przekonać mnie, że nie powinniśmy ze sobą być ani niczego do siebie czuć.
- Nie wierzę.
Jego twarz była całkowicie nieruchoma i nie potrafiłam odczytać z niej, że żartuje, chociaż tak bardzo tego chciałam. Mój uśmiech powoli zniknął, a ręce splecione z jego dłońmi zdrętwiały.
- Nie mówisz poważnie... - spróbowałam jeszcze raz. Wiem, że jeszcze do niedawna mnie nienawidził, ale nigdy nie dałam mu powodu, żeby zrobił coś takiego...
Ścisnął mocniej moje dłonie, przywracając mnie do rzeczywistości. Pokręciłam głową, jakby to mogło sprawić, że cofnę czas i nigdy nie usłyszę tych strasznych słów.
- To było, zanim zaczęliśmy w ogóle ze sobą rozmawiać... - zaczął. Spróbowałam cofnąć swoje dłonie, ale trzymał je teraz zbyt mocno. - Wiem, że to nie jest żadne usprawiedliwienie... Powinienem był mu odmówić i nigdy nie zgodzić się na coś takiego, ale wtedy nie myślałem, że wszystko tak się potoczy...
Zrobiło mi się niewyobrażalnie gorąco i poczułam zbierające się w oczach łzy. Nie. To nie mógł być on. Każdy. Tylko nie on.
- To te durne zakłady... Najpierw o to, co zrobiłem na weselu, potem zamknęli mnie za pobicie Daiana, a Oldman wpłacił kaucję i załatwił, żeby dali mi spokój... Nie chciał za to pieniędzy, ma ich aż nadto. Woli się rozerwać i wymyśla niemożliwe do wykonania zadania, a ja jak skończony idiota je wykonuję...
- Oldman? - wydusiłam, powstrzymując dławiący szloch. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Straciłam dom przez czyjś kaprys? Przez to, że nie miał lepszej rozrywki?
Trex skinął głową. Rozluźnił uścisk i wysunęłam z niego dłonie. Nie wierzę w to, nie wierzę...
- Potem potrzebne były pieniądze, żeby zapłacić porywaczowi. Oldman dawał mi tyle, ile chciałem, a w zamian zażyczył sobie, żebyś została moją dziewczyną. Kolejne niemożliwe zadanie. Ale przynajmniej udawałaś. Nie uwierzył, że jesteśmy razem, ale tyle mu wystarczyło. A potem jeszcze jedno, z dostarczeniem prochów jakiemuś klientowi.
Odsunęłam się od niego, przełykając palącą gorycz. Jak on mógł? Jak mógł przez cały czas to ukrywać? Jak mógł dopuścić, żebym poczuła do niego coś więcej, a potem to wszystko zniszczyć?
- Muszę już iść... - Czułam, że nie dam rady dłużej powstrzymać łez. Musiałam jak najszybciej stąd uciec. Znaleźć się jak najdalej od niego.
- Abbie... - Wyciągnął rękę w moją stronę, ale niemal od razu ją opuścił. - Przepraszam. Wiem, że nie mogę tego naprawić... Niczego na świecie nie żałuję tak bardzo jak tego...
W jego głosie wybrzmiał taki smutek, że nieproszone łzy w końcu spłynęły po moich policzkach. Sięgnęłam do klamki i otworzyłam drzwi do tego okropnego bloku. To przez niego tu mieszkałam. To on mi wszystko odebrał. To przez niego dziadek trafił do szpitala.
- Przepraszam... - Usłyszałam za plecami, zanim stare drzwi zamknęły się za mną z cichym kliknięciem.
Nie odpowiedziałam. Nie ruszyłam po schodach na górę. Opadłam na brudną podłogę i schowałam twarz w dłoniach, pozwalając łzom płynąć, a sercu rozsypywać się na kawałki.
***
TREX
- Jest Oldman?
Ochroniarz pokiwał głową i wpuścił mnie do Piachu drzwiami dla personelu.
Szedłem szybko, nie zwracając uwagi na nic co działo się wokół mnie i na to palące uczucie w środku.
Nie wiem, dlaczego przyszedłem tutaj a nie do miejsca, w którym ostatnio znajomy użyczył mi swojego towaru. Tym razem na pewno też znalazłby się ktoś, kto darmowo dał mi się nagrzać. O ile ktoś tam jeszcze w ogóle żył.
Kopnąłem krzesło przy barze i skierowałem się w stronę loży Oldmana.
Tak strasznie miałem ochotę teraz zaćpać, że prawie nie mogłem się skupić na tym, po co tu przyszedłem.
Nie możesz ćpać, Trex. Co jeśli ona jednak będzie chciała z tobą porozmawiać? A ty będziesz na haju i wszystko spieprzysz?
Nie. Ja już wszystko spieprzyłem. Nie ma szans, żeby jeszcze kiedykolwiek się do mnie odezwała.
Przypomniałem sobie jej smak, jej zapach, jej bliskość. Miękkość jej ust i ten piękny uśmiech, którym obdarzyła mnie po naszym pocałunku. Po najwspanialszym pocałunku całego mojego życia. Przepadłem bez reszty. Byłem piekielnie w niej zakochany.
No i co z tego, durniu? Wszystko schrzaniłeś.
- Trex, jak miło cię widzieć! - Uśmiech rozjaśnił twarz Oldmana siedzącego przed swoimi nieodłącznymi gorylami. - Słyszałem, że Sarah rozwodzi się z mężem. To miało pozostać w tajemnicy, kiepska sprawa.
Wzruszyłem ramionami.
- Prędzej czy później wszystkie sekrety wychodzą na jaw.
Wskazałem ręką na mężczyzn stojących za jego plecami.
- Mam mówić przy nich?
Oldman pokiwał głową, splatając przed sobą palce pełne złotych pierścionków.
Skoro i tak jest już tak fatalnie, że gorzej się nie da, to chyba mogłem mówić wprost. Byłem zdeterminowany, żeby zrobić coś, co chociaż trochę wynagrodzi jej to, co zrobiłem.
- To Aaron Redford zabił mojego brata - walnąłem prosto z mostu.
Oldman zmarszczył brwi, nie odpowiadając.
- Jeszcze dziś zamierzam wysłać go za kratki, żeby zgnił w pudle, tak jak na to zasłużył.
Po moich słowach znowu zapadła cisza. Oldman patrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Skąd wniosek, że to on?
- Jestem tego stuprocentowo pewien. I wiem też, że siedział w więzieniu za pobicie Maksa Cartera. Pobił go przez pomyłkę, bo tak naprawdę szukał mnie. Płynął na Nieustraszonym dwanaście lat temu razem z jakąś kobietą, która zginęła. I ubzdurał sobie, że to kapitan popełnił błąd. Że to wina mojego ojca. - Obserwowałem, jak Oldman staje się coraz bardziej zaszokowany. Niełatwo było wyprowadzić go z równowagi. - I teraz, kiedy wyszedł, mści się za coś, czego tak naprawdę nie było. - Wziąłem oddech, a Oldman poprawił się w swoim czarnym fotelu.
- Nie miałem pojęcia... - Potarł dłonią czoło i popatrzył na mnie zdezorientowany. - Poznałem go kilka tygodni temu, powiedział, że chce u mnie kupić towar i naprawdę nieźle się zaopatrzył. Za wszystko zapłacił. I potem pojawił się jeszcze kilka razy, żeby coś kupić lub po prostu pogadać. Kompletnie gościa nie znam. Ale jeśli to, co mówisz, to prawda, nie mam ochoty poznawać go bliżej. Przestępcy przestępcami, ale mordercy nie są tu mile widziani.
Parsknąłem.
- Bardzo dosadnie to ująłeś.
- Pamiętasz, jak za ostatnie dziesięć tysięcy miałeś dostarczyć klientowi towar? To było właśnie dla niego.
Przełknąłem ślinę. Cudowna ironia losu. Sam dostarczyłem mu środki, których użył w grze przeciwko nam.
- Co mogę dla ciebie zrobić?
Oldman wstał z poważną miną. Chciał mi pomóc. Pożałowałem, że nie przyszedłem do niego wcześniej.
Nie przyszedłem, bo nie do końca mu ufałem. A jak było teraz?
- Udowodnienie tego, co zrobił, nie będzie takie proste. On zamierza wrobić w to Ashtona. Zebrał już fałszywe dowody przeciw niemu.
Oldman pokiwał głową w chwili, gdy mój telefon zadzwonił. Poczułem ogromną nadzieję, że to Abbie. Że może jednak jest w stanie mi wybaczyć.
Ale to oczywiście nie była ona. Dzwonił do mnie Ashton.
Odebrałem. Gdy się odezwał, jego głos drżał ze zdenerwowania.
- Trex? Musimy natychmiast porozmawiać!