Pomysł Alyssy wydawał się czystym szaleństwem i w pewnym momencie zaczęłam żałować, że zgodziłam się w to wciągnąć. Zakradanie się do domu bogini i jeszcze kradzież była czystym szaleństwem.
- Ty jesteś pewna, że wiesz co robisz? - pytam, gdy opuszczamy obóz. Mam tylko nadzieję, że nie patrzę na obóz po raz ostatni. W porannym blasku Aly zdawała się błyszczeć srebrem jeszcze bardziej.
- Pewnie, że tak. Nie mam nic do stracenia. - mówi z całkowitą pewnością siebie. Pewnie, że chcę ocalić Leona ale świadomość, że jakiś bóg może nas zabić albo zrzucić na nas jakąś klątwę nieszczególnie napełnia mnie optymizmem.
Zmierzamy do Empire Stare Building nigdzie się nie zatrzymując. Według Alyssy "nie mamy na to ani trochę czasu". W sumie racja. Poza tym mamy środek lata, jest upalnie i jak na złość obok nas przejeżdża samochód z lodami. Kiedy już mam zemdleć od tego gorąca wchodzimy do holu. Na szczęście jest klimatyzacja więc czuję ogromną ulgę. Podchodzimy do lady.
- sześćsetne piętro, sprawa życia i śmierci - mówi Aly i wykłada 5 złotych drachm. Dopiero teraz zauważam, że trzęsą jej się ręcę. Może jednak nie była taka pewna siebie?
Portier odziwo dość obojętnie na nas spogląda, podaje nam kartę i zgarnia drachmy. Dziękujemy skinieniem głowy i wchodzimy szybkim krokiem do windy.
Zawsze zastanawiało mnie, czy bogowie specjalnie dobierają tak obciachową muzykę, aby w razie jakiegoś zagrożenia odstraszyć wrogów. Od muzyki w windzie można było dostać zawału ucha. Kątem oka przyglądam się Alyssie. Pobladła i miała taką minę jakby za moment chciała wcisnąć przycisk STOP i zjechać z powrotem na dół. Teraz już w pełni nabieram przekonania,że jej pewność siebie była tylko maską dla strachu.
Droga mija nam w milczeniu aż w końcu drzwi się otwierają. Naszym oczom ukazuje się jak zwykle majestatyczny Olimp. Z fontann w kształcie Amorów tryska krystalicznie czysta woda, na ławce siedzą pomniejsi bogowie żartując i się śmiejąc. W altanie słychać śpiew nimf. Niby dzień jak codzień na Olimpie ale dla każdego półboga to miejsce będzie po prostu niesamowite.
- Mam nadzieję, że wiesz gdzie idziemy. - moja przyjaciółka tylko na mnie spogląda i idzie na przód. Oczywiście idę za nią.
Alyssa doskonale znała drogę do domu Artemidy (o ile można taki wielki budynek nazwać domem) mimo, że nigdy tam nie była. Chowamy się za wielkim posagiem i obserwujemy dom. Jest naprawdę ogromny, cały srebrny a w ogrodzie są posadzone krzaki w kształcie zwierząt. Nad drzwiami wejściowymi widnieje zawieszony ozdobny łuk i strzała. Od razu można poznać, kogo to willa.
- Dobra, - zaczynam szepcząc - czy dobrze mam rozumieć, że zakradamy się do domu twojej matki i... - nie udaje mi się dokończyć, ponieważ moja przyjaciółka zaczyna kaszleć i... chyba się dusić.
- Aly.. ej Aly co ci jest?!
- nie, nic... to tylko... - znowu kaszle - chyba się po prostu zakrztusiłam z wrażenia
- nie... - nie rozumiałam czemu, ale czułam, że jakaś część Aly umiera. Jakby ktoś... wysysał z niej życie? Nawet jako córka Tanatosa nie potrafiłam tego pojąć. Aly pada na kolana próbując złapać powietrze. Nagle traci przytomność a mi udaje się ją złapać w ostatniej chwili zanim runęła na ziemię. Teraz zdaję sobie sprawę, że na prawdę może umrzeć! Ale sama nic nie zdziałam! Potrzebuje kogoś pomocy, nie pozwolę aby się udusiła. Nie pozostaje mi nic innego jak...
- Pomocy! Artemido, chodzi o Aly! Pomóż!
Być może właśnie w tym monecie straciłam przyjaciółkę ale przynajmniej nie będę miała wyrzutów sumienia, że pozwoliłam jej umrzeć. Na reakcje nie trzeba było czekać długo. Słyszę otwierące się drzwi. Wychodzę zza posągu. Stojąca w drzwiach Artemida (mamy "szczęście", że akurat jest w domu) wyglądała wprost olśniewająco. Oczy zdawały się błyszczeć srebrem, długa suknia z różnymi zwierzęcymi motywami także połyskiwała, rude włosy spływały na ramiona i do tego ta olśniewająca biżuteria. Takiej postaci Artemidy jeszcze nie widziałam, z czystym sumieniem można było powiedzieć, że wygląda równie dobrze jak Afrodyta.
- co się dzieje? - pyta bogini i do nas podchodzi.
- Aly... nie wiem co się stało ale chyba umiera, albo jej część umiera, nawet ja nie potrafię tego określić!
Artemida z gracją klęka obok niej i wykonuje jakiś dziwny gest ręką. Moje uczucie nagle znika, ale Aly nadal po prostu leży nieprzytomna.
- Dobrze, że mnie wezwałaś. Nie rozumiem tylko dlaczego w ogóle się tutaj pojawiłyście. Zaraz mi to wytłumaczysz.
Przełknęłam nerwowo ślinę. O tym planie nikt się nie miał dowiedzieć. A tym czasem przywódczyni całej tej akcji leży nieprzytomna a jej boska matka nakazuje mi opowiedzieć po co tutaj przybyłyśmy. Dlaczego za każdym razem gdy ktoś próbuje ratować komuś życie, musi wpadać na takie przeszkody?
- Ja... - chce zacząć ale zauważam jak srebrne zwierzęta pojawiają się i podnoszą a potem wnoszą Alyssę do domu. Zostajemy tylko ja i Artemida.
- Chyba nie będziemy stać tutaj na dworze? Zapraszam - wskazuje ręką na dom i rusza w jego stronę. Bez słowa podążam za nią.
Gdy weszłam do środka, myślałam, że oślepnę. Być może dlatego, że jestem przyzwyczajona i lepiej widzę w nocy a tutaj wszystko się błyszczało. Większość rzeczy była ze srebra ale jak wiadomo co za dużo to nie zdrowo więc niektóre rzeczy i meble były z białego drewna. Wchodzimy do ogromnego salonu. Był urządzony w stylu starożytnej Grecji ale z nutą nowoczesności. Na stoliku do kawy stały srebrne posążki leśnych zwierząt, na białych półkach stały greckie wazy, sofy były bardziej szare ale także błyszczały a w kominku palił się srebrny ogień.
- Usiądź - bogini siada na sofie. Dla wszelkiego bezpieczeństwa siadam na tej drugiej. Artemida pstryka palcami i do pokoju wlatują ptaki. Niektóre trzymały łyżeczki, inne filiżanki a jeden większy trzymał dzbanek z herbatą. Wszystko to postawiły na stoliku. Ręce zaczęły mi się pocić co się nigdy nie zdarza a ja nienawidzę się pocić. Tym czasem Artemida ze spokojem nalewa sobie herbaty.
- Tak więc - spogląda na mnie biorąc łyka - co was tutaj sprowadza? I dlaczego się tak chowałyście?
Czy naprawdę miałam teraz jej wszystko opowiedzieć? Nie wiem czy okłamanie bogini cokolwiek da. Jeżeli prawda i tak wyjdzie to ja, Leo i być może też Aly możemy się pożegnać z życiem. Z drugiej strony jeżeli powiem prawdę to także istnieje prawdopodobieństwo, że przypłacę za to życiem. Ale i tak już nie zdołamy ukraść strzały bez wiedzy Artemidy zanim Leo nie umrze.
- My.. - "trudno, tak czy owak zginę a może jednak uda się uratować Leona - potrzebujemy pomocy. Musimy uratować pewnego obozowicza - gdybym powiedziała, że chodzi o Leona to już pewnie wszyscy bylibyśmy trupami - a w zamian Hades żąda innej duszy. Aly opowiadała, że pani posiada strzałę dzięki której można zabić tytana. Ale chyba bała się o to zapytać...
- I dlatego chciała ją wykraść? - domyśla się bogini.
- Tak.. - odpowiadam świadoma, że mogę teraz zginąć.
- Oh, gdyby ona tylko słuchała. Strzała zadziała tylko z moim błogosławieństwem. - Artemida znowu wzięła łyk herbaty podczas gdy ja wpatrywałam się w nią próbując zebrać myśli. Czy jej reakcja oznaczała, że nie zginiemy? Czyli, że nic by nam nie dała kradzież? Czyli Leo zginie?
- Oh... no tak. Tego nie mówiła. Ma pani racje, pewnie nie wiedziała.. ale w takim razie...
- Pozostaje pytanie, czy udzielę tego błogosławieństwa. - ok, niech będzie, po raz kolejny się domyśliła.
- To udzieli go nam pani? - może nie powinnam pytać. Może w tym momencie myśli, że jestem niewychowana i mnie zabije.
- Rozważę to. Póki co możesz teraz do niej iść albo napić się herbaty.
- Na prawdę dziękuję ale chyba pójdę do niej. Jeszcze raz bardzo dziękuję, że pani wyszła i jej pomogła. - Niepewnie czekam na odpowiedz ale Artemida tylko siorbie herbatę. Kłaniam się i idę do pokoju do którego zwierzęta zaniosły Aly.
Córka Artemidy leżała na łożku nadal nieprzytomna. Siadam na fotelu obok łóżka. Nagle ogarnia mnie strach. Co ona mi powie, gdy mnie zobaczy i to w dodatku w domu jej matki? Może bardziej niż Artemidy powinnam się bać jej? Aly potrafi być na prawdę nieprzewidywalna.
Siedząc tak wracam myślami do obozu. Podczas gdy ja tutaj siedzę Leo walczy (mam nadzieję, że nadal walczy) o życie. Zastanawiam się, co robi teraz Nico. A może zszedł do podziemia aby negocjować z ojcem? Byłoby wspaniale usłyszeć, że Hades daruje Leonowi i zostawi go przy życiu. Tak, byłoby wspaniałe ale doskonale wiem, że to nierealne. Jeżeli chce wymiany to będzie chciał ją dostać i nie zmieni zdania. Tyle rzeczy się pomieszało. Mogę tylko mieć nadzieję, że nie dojdzie to żadnej wojny.
Z zamyślań wyrywa mnie cichy jęk. Aly zaczyna niepewnie ruszać głową a potem otwiera oczy. Zdezorientowana rozgląda się po srebrnym pomieszczeniu a potem zatrzymuje swój wzrok na mnie. No to się teraz zacznie...
- Gdzie... gdzie my jesteśmy? Co się w ogóle stało? - powoli siada na łożku.
- Straciłaś przytomność. Ty umierałaś. Co ci się stało?
- Nie wiem... zaczęłam się dusić. Co się stało kiedy zemdlałam? Gdzie jesteśmy?
- Wiesz... - zaczynam niepewnie. Jak mam stracić tą przyjaźń, to chyba teraz - nie wiedziałam co robić. Jak już mowiłam, umierałaś! Dlatego...
- Wezwała mnie - wstrzymuje oddech. Do pokoju wchodzi Artemida. Kto mnie teraz zabije? Niepewnie spoglądam na Aly. Jej mina mówi już wszystko.
- że... CO?! - krzyczy i posyła mi mordercze spojrzenie.
No i jest kolejny rozdział, tym razem dłuższy. Mam nadzieję, że się spodobał, chętnie przyjmę jakieś rady no i piszcie czy powinnam pisać dłuższe rozdziały ;)