Seattle o trzeciej nad ranem nie pachniało kawą. Pachniało mokrym asfaltem, spalinami i czymś jeszcze. Było to coś metalicznego, co osiadało na tylnej ścianie gardła i sprawiało, że miałam ochotę zedrzeć z siebie skórę.
Pachniało zerwaną więzią.
Poprawiłam kołnierz płaszcza, choć nie było zimno. Wręcz przeciwnie, pociłam się. Starannie nałożyłam na dłonie lateksowe rękawiczki, wygładzając każdą niedoskonałość. Były dla mnie jak tarcza ochronna przed mrokiem, z którym zaraz miała się zderzyć. Moje dłonie drżały, więc splotłam je mocno na piersi, udając, że tylko poprawiam identyfikator FBI przypięty do paska.
Agentka Lyra Thorne.
Stanęłam przed żółtą policyjną taśmą. Dla policjantów stojących wokół byłam profesjonalistką z Quantico. Młodą, ambitną, może trochę zbyt cichą. Jednak nie widzieli, tego co działo się wewnątrz mnie. Biel - moja aura oraz jedyna tarcza - migotała jak przepalająca się żarówka. Wyglądała jakby zaraz miała rozpaść się na drobne kawałeczki.
- Agentko Thorne? - Głos detektywa Millera był zachrypnięty i zmęczony. - Czekamy tylko na Panią. Koroner boi się tego dotknąć, dopóki pani nie... nie zrobi swojego.
Skinęłam jedynie głową. Bałam się, że mój głos zdradzi co tak naprawdę czuje. Każdy dźwięk wibrował w mojej czaszce jak uderzenie młota pneumatycznego. Uderzenia deszczu o radiowozy było słychać bardzo dokładnie, jednak ja słyszałam tylko ciszę. Nienaturalną, martwą ciszę, którą zostawił po sobie Krawiec.
Podeszłam bliżej. Ciało leżało w jednym z tych zaułków, o którym przewodniki po Seattle wolą milczeć. Ofiara była młoda. Miała może dwadzieścia trzy lata. Leżała na plecach, z szeroko otwartymi, szklistymi oczami, które wpatrywały się w zachmurzone niebo. Wyglądała spokojnie, zbyt spokojnie. Jej bluzka była rozcięta, odsłaniając klatkę piersiową.
Kucnęłam i wtedy to zobaczyłam.
To nie była jatka. To było dzieło sztuki.
W miejscu, gdzie powinno być serce, ziała pustka. Ale nie było krwi. Skóra została precyzyjnie rozcięta, a potem zszyta. W świetle policyjnych latarek szew lśnił nienaturalnym blaskiem.
Złota nić.
Wzór był perfekcyjny, przypominający pękniętą strunę. Podpis mordercy, który uważał się za artystę.
- Gdzie jest serce? - zapytał ktoś za moimi plecami.
- Nie ma - szepnęłam. - Zabrał je.
Zamknęłam oczy na ułamek sekundy. Oddziel się, Lyra. Jesteś obserwatorem. To tylko tkanka. To tylko dowód rzeczowy.. Musiałam to zrobić. Musiałam zdjąć rękawiczkę i dotknąć jej skóry, żeby złapać "echo". Moja biała aura zafalowała, próbując stworzyć barierę, ale wiedziałam, że na nic się to nie zda. Ten morderca nie zostawiał zwykłych śladów. On zostawiał wyrwy w rzeczywistości. Powoli zsunęłam lateks z prawej dłoni. Moje palce były blade, prawie przezroczyste w świetle latarni. W momencie, gdy opuszka mojego palca dotknęła zimnego nadgarstka kobiety, świat eksplodował.
Nie był to ból fizyczny. Było to zdecydowanie gorsze. Uczucie, jakby ktoś sięgnął do mojego wnętrza i szarpał za wszystkie nerwy naraz. Poczułam Jej ostatnią chwilę. Nie strach przed śmiercią, ale rozpacz. Obraz uderzył we mnie z siłą rozpędzonej ciężarówki. Twarz mężczyzny, którego kochała. Ciepło jego dłoni, a później trzask. Dźwięk pękającej liny.
Krawiec nie tylko wyciął jej serce. On odciął nić. Zobaczyłam ten magiczny kabel, który łączył ją z bratnią duszą, a potem poczułam moment, w którym został brutalnie przerwany.
– Nie... – jęknęłam, osuwając się na kolana. Biel przed moimi oczami pękła, zalana czernią tak gęstą, że nie mogłam oddychać. Ból fantomowy po odciętej duszy był nie do zniesienia. Czułam, jak moje własne serce gubi rytm, próbując dostroić się do martwej ciszy ofiary. Chodnik uciekł mi spod nóg. Czekałam na uderzenie o beton. Czekałam na ciemność.
Ale uderzenie nie nadeszło. Zamiast tego poczułam chłód. Nie ten od deszczu, ale inny – suchy, elektryzujący, pachnący ozonem i popiołem. Czyjeś ramię owinęło się wokół mnie w żelaznym uścisku, podrywając mnie w górę. I nagle ból zniknął. Po prostu wyparował, jak woda na rozgrzanej patelni. Została pustka. Błoga, absolutna nicość. Moje rozedrgane emocje zostały wchłonięte, wyciszone, zjedzone..
Otworzyłam oczy, łapiąc gwałtownie powietrze. Nade mną nie było już deszczowego nieba. Były oczy. Ciemne, prawie czarne, z pionowymi źrenicami, które powoli wracały do ludzkiego kształtu. Wokół jego sylwetki falowała czerń tak głęboka, że światło latarni zdawało się w niej tonąć.
– Oddychaj, Lyra – powiedział Riven głosem, który brzmiał jakby ktoś kruszył szkło. Na jego twarzy błąkał się ten irytujący, sarkastyczny uśmieszek, którego nienawidziłam, ale jego uścisk był niezachwiany. – Bo jeśli zejdziesz mi tu na zawał, to wpiszą mi to w papiery. A wiesz, że "Nul" w aktach wygląda wystarczająco źle.
Jego słowa dotarły do mnie z opóźnieniem, jakby przebijały się przez grubą warstwę waty. Gwałtownie odepchnęłam się od jego klatki piersiowej. Ruch był instynktowny – ucieczka. Cofnęłam się o krok, potykając o własne nogi, aż plecami uderzyłam o zimną maskę radiowozu.
– Nie dotykaj mnie – warknęłam. Mój głos był słaby, drżący, pozbawiony tej profesjonalnej stali, którą ćwiczyłam latami. Riven uniósł dłonie w geście poddania, ale ten irytujący, krzywy uśmiech nie zniknął z jego twarzy.
– Spokojnie, Thorne. Tylko cię uziemiłem. Twój "system" znowu się przegrzał. Wyglądałaś, jakbyś miała zamiar wyparować.
Miał rację i nienawidziłam go za to. Czułam się brudna. To było najgorsze w mojej mocy. Emocje ofiary – ta lepka, gęsta rozpacz po zerwanej więzi – wciąż oblepiały mnie jak druga skóra. Czułam je w żołądku, w płucach, w opuszkach palców. Ale w miejscu, gdzie Riven mnie dotknął – na ramionach i plecach – była pustka. To było jak dotyk lodowatego skalpela, który wyciął tkankę. On nie "ukoił" bólu. On go pożarł. Był Nulem. Pustką, która wciąga wszystko. Jego czarna, gęsta aura falowała wokół niego leniwie, pochłaniając światło latarni, podczas gdy moja nieskazitelna biel wciąż drżała, próbując wrócić do formy, do sterylnego porządku, który tak obsesyjnie utrzymywałam.
Drżącymi rękami sięgnęłam do kieszeni płaszcza. Wyciągnęłam małą, plastikową fiolkę. Dźwięk grzechoczących tabletek był dla mnie jak kołysanka.
– Leki? – Riven prychnął, opierając się biodrem o radiowóz. – Naprawdę myślisz, że chemia zagłuszy to, co dzieje się w eterze?
Zignorowałam go. Odkręciłam wieczko i wysypałam na dłoń dwie niebieskie tabletki. Połknęłam je na sucho. Musiałam odzyskać kontrolę. Musiałam poukładać to wszystko w szufladach w mojej głowie.
Szufladka 1: Ofiara.
Szufladka 2: Ból.
Szufladka 3: On.
– Co widziałaś, Lyra? – Detektyw Miller podszedł do nas. Patrzył na mnie z mieszanką nadziei i litości. Nienawidziłam tej litości.
Wzięłam głęboki wdech. Leki jeszcze nie działały, ale obecność Rivena – mimo że stał dwa metry dalej – działała jak naturalny tłumik.
– To nie była zbrodnia w afekcie – powiedziałam, a mój głos powoli odzyskiwał chłód. – To była egzekucja. Ale nie ciała.
Spojrzałam na zwłoki dziewczyny. Deszcz zmywał złoty blask nici, która zszywała jej klatkę piersiową.
– Sprawca szukał czegoś konkretnego. Nie chciał jej zabić dla samej śmierci. On... on był zazdrosny – słowa same wypływały z moich ust, dyktowane przez echo, które wciąż we mnie rezonowało. – Czułam jego precyzję. Jest jak chirurg. Albo krawiec.
– Krawiec? – Miller uniósł brew.
– Odciął ją – wyjaśniłam, czując, jak żółć podchodzi mi do gardła. – Nie tylko fizycznie wyciął serce. On przeciął więź. Czułam moment pęknięcia. To było jak... jakby ktoś zgasił słońce w jej świecie. Ona umarła w chwili, gdy przeciął nić, zanim jeszcze jej serce przestało bić.
Riven spoważniał. Jego sarkastyczny uśmieszek zniknął, a czarne oczy zwęziły się, wpatrując się w złotą nić na ciele ofiary.
– Złota nić – mruknął, bardziej do siebie niż do nas. – Magiczny splot. Ktoś tu próbuje bawić się w boga, Thorne. Ktoś próbuje szyć dusze na nowo.
Spojrzałam na niego ostro.
– Znasz ten wzór?
– W Nokturnie mówi się o Złodzieju Więzi – powiedział cicho, a cienie wokół niego zgęstniały. – Ale myślałem, że to tylko legenda, którą straszy się młode wiedźmy. Ktoś, kto jest tak Pusty, że musi kraść kawałki innych, żeby poczuć cokolwiek.
Przeszedł mnie dreszcz. Pusty. Tak jak Riven był Nulem, morderca był Pustym. Błędem systemu.
– On szukał idealnego splotu – dokończyłam profil, czując, jak logika zaczyna wypierać emocje. Moja biała aura powoli przestawała migotać, wracając do swojej sterylnej formy. – I nie znalazł go tutaj. Dlatego zabrał serce. Jako materiał badawczy. Będzie próbował znowu.
– Skąd wiesz? – zapytał Miller.
Spojrzałam prosto w martwe oczy dziewczyny.
– Bo czułam jego frustrację. On nie skończył. On dopiero zaczyna szyć.
Odwróciłam się od ciała, czując, że moje nogi znowu miękną. Tabletki zaczynały działać, otulając mój umysł przyjemną mgłą, ale fizyczny ból po "dotyku" wciąż pulsował w skroniach.Riven ruszył za mną.
– Dokąd idziesz? – zapytał.
– Do domu. Zmyć to z siebie – rzuciłam, nie patrząc na niego. Musiałam wejść pod prysznic. Musiałam szorować skórę tak długo, aż poczuję, że jestem znowu tylko sobą, a nie naczyniem na cudze cierpienie.
– Podrzucę cię – stwierdził. To nie było pytanie.
– Nie potrzebuję twojej pomocy, Nul – warknęłam.
Riven zaśmiał się. Dźwięk był suchy i nieprzyjemny.
– Jasne, że potrzebujesz, Vesper. – Użył tego imienia specjalnie, wiedząc, jak mnie to drażni. – Twoja aura wciąż krwawi. Bez mojego "tłumika" nie dojedziesz nawet do granicy dzielnicy, nie rzygając z bólu po drodze. Wsiadaj.
Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż zazgrzytały. Miał rację. Nienawidziłam tego, ale miał rację.
Wsiadłam do jego czarnego, starego samochodu, który pasował do niego idealnie – wyglądał jak karawan, który urwał się z pogrzebu. Kiedy zamknęłam drzwi, odcinając się od deszczu i chaosu Seattle, poczułam ten specyficzny zapach. Ozon, popiół i... coś dziwnie kojącego. Zapach absolutnej ciszy.
Wnętrze jego wozu pachniało starą skórą i tym samym zapachem, który Riven nosił na sobie jak wodę kolońską – ozonem po burzy i spalonym drewnem. Oparłam głowę o szybę, patrząc na rozmywające się światła Seattle. Moje dłonie wciąż drżały, ale ból w skroniach powoli ustępował, zastępowany przez tę dziwną, ciężką ciszę, którą emitował Nul.
Zerknęłam na niego kątem oka. Prowadził jedną ręką, luźno trzymając kierownicę. Jego profil był ostry, drapieżny. Czerń jego aury wypełniała kabinę, tłumiąc nawet dźwięk silnika.
– Przestań o tym myśleć, Thorne – mruknął, nie odrywając wzroku od drogi.
– O czym? – zapytałam chłodno.
– O tym, jak bardzo nienawidzisz tego, że tu jesteś. Twoja aura robi się kolczasta. Kłuje mnie w bok.
Zacisnęłam zęby.
– Nienawidzę tego, że jesteś jedynym, co działa – przyznałam z brutalną szczerością. – Nienawidzę tego, że osiem miesięcy temu weszłam do tamtego pokoju przesłuchań.
Riven parsknął śmiechem, ale w jego oczach nie było wesołości.
– Ah, tak. Dzień Sądu.
Wspomnienie uderzyło we mnie bez ostrzeżenia, tak żywe, jakby to działo się teraz.
Osiem miesięcy wcześniej.
Pokój przesłuchań numer 4 był duszny. Riven siedział po drugiej stronie metalowego stołu, skuty kajdankami, choć wyglądał, jakby siedział na tronie. Zatrzymali go za nielegalny handel artefaktami w Nokturnie. Miał być moim źródłem informacji.
– Nie przeczytasz mnie, aniołku – powiedział wtedy, uśmiechając się leniwie. – Jestem Nulem. Tam gdzie ty masz emocje, ja mam czarną dziurę.
– Każdy coś czuje – odpowiedziałam, pewna siebie. Zbyt pewna siebie. Byłam wtedy najlepszą profilerką w dywizji. Myślałam, że moja Biała Aura jest nieprzenikniona. Podeszłam do niego. Chciałam go tylko nastraszyć. Chciałam użyć empatii, żeby wyciągnąć z niego strach i zmusić do gadania.
Zdjęłam rękawiczkę. To był błąd.
Położyłam dłoń na stole, tuż przy jego skutej ręce. Nasze palce się zetknęły.
To nie był prąd. To nie była iskra.
To było trzęsienie ziemi.
W momencie kontaktu moja Biel uderzyła w jego Czerń. Czułam, jakby ktoś wyrwał mi powietrze z płuc. Dźwięk pękającego szkła wypełnił mi uszy.
Riven wrzasnął. To był jedyny raz, kiedy słyszałam, jak krzyczy.
Siła odrzutu rzuciła nas oboje na ściany. Lustro weneckie pękło w drobny mak. Żarówki eksplodowały.
Leżałam na podłodze, otumaniona, czując w ustach krew. Ale najgorsze było to, co czułam w środku.
Czułam go. Czułam jego mrok wlewający się w moje żyły jak gęsty olej. I czułam, że on czuje moją jasność, palącą go od środka.
Patrzyliśmy na siebie przez ciemność pokoju, przerażeni, dysząc ciężko. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to nie był atak.
To był węzeł, który właśnie się zacisnął. Nierozerwalny.
Wróciłam do rzeczywistości, czując, że moje paznokcie wbijają się w skórzaną tapicerkę fotela.
– To nie powinno się wydarzyć – szepnęłam, bardziej do siebie niż do niego. – Jesteśmy błędami statystycznymi. Ty jesteś Nulem. Ja jestem Empatą. Nie powinniśmy... rezonować.
Riven skręcił gwałtownie w moją ulicę, zmuszając mnie do złapania się uchwytu.
– Może wszechświat ma poczucie humoru – mruknął, gasząc silnik pod moją kamienicą. Odwrócił się do mnie, a jego czarne oczy lśniły w mroku. – Albo może po prostu lubi patrzeć, jak płoniemy.
Pochylił się w moją stronę. Zamarłam.
– Twoja aura się uspokoiła – stwierdził rzeczowo, cofając się. – Ból minął. Wysiadaj, Thorne. Zanim znowu zaczniesz analizować, dlaczego cię nie zabiłem.
Otworzyłam drzwi, wpuszczając do środka zimne powietrze.
– Nie zabiłeś mnie, Riven – powiedziałam, stawiając stopę na chodniku. – Bo gdybym ja umarła, ty zostałbyś sam w tej swojej ciszy. I tego boisz się najbardziej.
Trzasnęłam drzwiami, nie czekając na odpowiedź. Ale czułam jego wzrok na plecach, ciężki i lepki, dopóki nie zniknęłam w klatce schodowej.