ASTER | Seongjoong

By Anonimowaok

3K 476 107

Druga część SPLIT Czasem człowiek nie zdaje sobie sprawy jak ogromny jest świat i jak wiele mniejszych świató... More

Daleko od domu
Niepokój
Zadanie ósme
Listy
O ten jeden dzień dłużej
Mało-ludzka prawda
Kłamstwa
Wiadomość
Miska orzechów
Konflikt
Odbicie
Zdrada
Winny
Bal śmierci
Dobry kłamca
Zadanie dziewiąte
Luki do załatania
Strefa testowa
Lekcja empatii
Akcja ratunkowa
Nowy członek drużyny
Plan B
Odbicie
Sieć powiązań
Nowa karta
Tęsknota
Fioletowa bluza
Nie twoja wina
Spowiedź
Przyjaciel
Obietnica
Droga prawda
Próba zaufania
Nowe kroki
Początek
Tarta owocowa
Brat Yeosanga
Śledztwo
Bliskie ramiona
W środku nocy
Huk strzału
Waluta za życie
Piąte koło u wozu
Plan B
Błąd
Ster
Cena za prawdę
Potwory
(nie)Potwory
Zastępstwo
Trudne odpowiedzi
Martwy krzyk
Urok osobisty
Przybrani rodzice
Wyrok
Ostatnie dobranoc
Zaburzone zaufanie
Tajemnica
Piekielne słońce
Akta
Byle przetrwać
Granice
Odwiedziny
Ryzyko

Nowe życie

31 6 0
By Anonimowaok

San, unieruchomiony na tylnych siedzeniach, w towarzystwie dwóch nieznajomych mężczyzn, nie rozumiał dlaczego wciąż jeszcze żyje. Był to dość abstrakcyjny temat do rozważań, natomiast wydawało mu się oczywiste, że tamci ludzie korzystając ze swojej przewagi, przeprowadzą szybką egzekucję, nie poświęcając im większej uwagi. Przecież wychował się w tych warunkach, więc doskonale wiedział, jak przedstawiciele obozów radzą sobie z wszelakiego rodzaju przestępcami. Nie przeprowadzano procesów, jeśli nie chodziło o członków społeczności. Nie stosowano żadnych kodeksów, a większość zasad szyto na potrzeby konkretnych przypadków. Codzienność wiązała się z dużą ilością wyzwań, więc nie traciło się czasu na problemy, które dało się załatwić szybkim strzałem z broni. Wyjątkiem były sytuacje, gdy władze obozu miały przygotowany jakiś konkretny plan. Tak musiało być też w tym przypadku, chociaż Choi nie potrafił przewidzieć, co ich czeka. 

Martwił się o chłopaka, którego ze sobą zabrali. Nie powinien bawić się w sentymenty, a mimo to sumienie nie dawało mu spokoju. Gdyby miał do czynienia ze starszym zakładnikiem, którego zgarnęli jedynie dla własnych, egoistycznych korzyści. Tymczasem był to siedemnastoletni dzieciak, najpewniej potwornie przerażony zdarzeniami z ostatnich kilkunastu godzin. San tym lepiej znał jego strach, będąc w przeszłości wielokrotnie świadkiem makabrycznych obrazów. Takich, których osobie w jego wieku należało oszczędzić. 

Seonghwa, przetrzymywany w innym pojeździe, miał zdecydowanie inne rozterki. Nigdy nie spodziewał się, że przeprawa do Aster okaże się łatwa oraz przyjemna, aczkolwiek w tej sytuacji nie był nawet pewny, czy nawet dotrze do miasta na czas. Czuł się jak bezbronne dziecko, które w rzeczywistości nie ma żadnej mocy sprawczej. Takie sytuacje jak te, najlepiej uświadamiały mu jak młody i lekkomyślny jeszcze jest. Stosowali przemoc instrumentalnie, jako wyjście z każdej sytuacji, czy to potencjalnego niebezpieczeństwa, czy żeby zdobyć coś na czym im najbardziej zależy. Takie rozwiązanie wydawało się najłatwiejsze, bo nie wymagało żadnych strategicznych umiejętności. Hongjoong, jeśli w ogóle jeszcze żył, potępiłby ich postępowanie. Hwa dopiero z obecnej perspektywy potrafił docenić jego opanowanie. Od początku projektu zastanawiał się, dlaczego Hong nie zabije Sunmina, zanim ten zemści się na nim pierwszy. Nie pojmował, czemu Kim tak kara się za morderstwo, którego dokonał we własnej obronie i z jakiego powodu wściekał się na Parka, gdy puszczały mu nerwy. Teraz doskonale znał odpowiedzi. Sięganie po broń było najprostsze, a przez to tak cholernie uzależniające. Początkowo dawało poczucie władzy, bowiem miało się wrażenie, iż ma się przewagę nad każdą żyjącą istotą, gdy zaciskało się palce na trzonie broni. Okazywało się to jednak niewystarczające i ostatecznie pakowało Parka w kłopoty. Cała ta wyprawa miała służyć uratowaniu ukochanej osoby, a on siedział tu jak kretyn, skuty kajdankami, z wyrokiem śmierci zawieszonym nad głową. Nikomu nigdy tak naprawdę nie pomógł. Zawsze zjawiał się za późno, zawsze dochodził do odpowiednich wniosków już po fakcie, zawsze gubił się we własnych pragnieniach. 

Yeosang, jak zwykle, świetnie się bawił. Trochę uciskały go metalowe obręcze na nadgarstkach, ale nie mógł zaprzeczyć, że był przyzwyczajony do fizycznego bólu, więc nucił sobie jakąś melodię pod nosem, doprowadzając pozostałych pasażerów do szału. Być może była to jakaś jego taktyka, albo po prostu lubił irytować innych i odnajdywał w tym swoistą satysfakcję. Yujin, który siedział naprzeciwko niego modlił się, aby ci, którzy ich pojmali, okazali się cierpliwi. Czuł okropne ciarki na karku, kiedy Sang wydawał z siebie dźwięki. Nie byłby zaskoczony, gdyby zaraz jeden z drugim nie wytrzymał i odstrzeliliby Kanga na oczach siedemnastolatka. Ten nie przejmował się zbytnio losem dopiero co poznanego jasnowłosego, a swoim, który tamten narażał przez swoje infantylne zachowanie. 

Samochody zatrzymały się dopiero po blisko dwudziestu minutach podróży. Bez zbędnej delikatności wypchano piątkę pojmanych na zewnątrz, trzymając lufy karabinów tuż przy ich głowach, by ci nie odważyli się wykonać żadnego podejrzanego ruchu. San, który po wybuchu stracił przytomność, dopiero teraz mógł zobaczyć w jakim stanie jest Yujin. Krew wciąż spływała mu po twarzy. Hwa miał na skórze kilka zadrapań oraz powoli uwydatniających się siniaków. Choi także czuł się obolały, zwłaszcza przez odnowioną kontuzję oraz poobijane żebra. Najlepiej trzymał się Yeosang, który nie ściągał z ust chytrego uśmieszku. Patrzył na kobietę, która najprawdopodobniej przewodniczyła całemu oddziałowi. Wreszcie mogli ocenić ilość osób, z jakimi mieli do czynienia. Przerazili się, widząc zastęp blisko czterdziestu sylwetek, ustawionych równo w szeregach. W pobliżu stało kilkanaście zaparkowanych aut, a za nimi rozpościerały się blaszane magazyny, będące najwyraźniej siedzibą ludzi, którzy, jak przypuszczali, byli przedstawicielami Potomków. 

-------------------------------------

Brązowowłosy pierwszy raz od wielu tygodni rozchylił powieki. Znajdował się w skromnie urządzonej sypialni, gdzie znajdowało się pojedyncze łóżko przykryte pościelą w kwiaty, brązowa drewniana szafa oraz jasna umywalka z wystawką kosmetyków. Podniósł się obolały do siadu, czując się tak jak po naprawdę długim śnie. W pomieszczeniu brakowało okien, natomiast źródłem strumienia ciepłego światła była lampa zawieszona nad jego głową. Te okoliczności nie wydawały mu się w żaden sposób dziwne. Wstał, jak gdyby nigdy nic i podszedł do lustra, widzącego nad kranem. Miał smukłą twarz o zdrowych barwach oraz krótko obcięte włosy. Ubrany był w błękitną piżamę, odrobinę na niego przydużą. Jedyne co mogło jakkolwiek go zaskakiwać to niewiadomego pochodzenia ślady na rękach. Ponadto potwornie bolała go noga. Podniósł lewą nogawkę, aby sprawdzić źródło dyskomfortu i skrzywił się widząc olbrzymią bliznę idącą wzdłuż uda. Nie pamiętał jej pochodzenia, niemniej nie była to jedyna rzecz, której nie pamiętał. Wpatrując się w swoje odbicie, nie był w stanie wykrzesać z siebie żadnej informacji na własny temat. Powinien się tym przejąć, ale zachowywał stoicki spokój, poprawiając niesforne kosmyki włosów. Nałożył krem na suchą cerę, po czym jak gdyby nigdy nic, sięgnął do szafy po świeże ubrania. Pokój sąsiadował z prywatną łazienką, w której wziął szybki prysznic i się przebrał w zwykłą białą koszulkę oraz beżowe spodnie. Nie miał pojęcia, jaki był dzień, ani która godzina. Postępował mechanicznie, jakby miał wyuczoną rutynę, którą pamiętało jego ciało, ale nie umysł. Ten był kompletnie pusty, jakby ktoś go zrestartował. Sądząc po wyglądzie, mógł mieć około dwudziestu lat. Chociaż jego oczy zdradzały zmęczenie, to nie widział po sobie żadnych ewidentnych znaków choroby. Te blizny... pozostałości po igłach, one już się wygajały. 

Wsunął na stopy trampki. Chodził z trudem, jakby dopiero co nauczył się poruszać kończynami. Zawiązanie sznurowadeł także przysporzyło mu niemały problem, ale poradził sobie z lekko drżącymi dłońmi. Na wieszaki zawieszona była niebieska bluza. Czy to oznaczało, że lubił kolor niebieski? Co to znaczy lubić? W jednej z jej kieszeni odnalazł kluczyki do małego mieszkania, którego najwyraźniej był właścicielem. Zresztą, nie było najmniejszej szansy by w tym miejscu zmieściła się jeszcze jedna osoba. 

Wyszedł na dobrze oświetlony korytarz i zamknął za sobą drzwi. Nie przerażał go ten widok. Wszystko wydawało się znajome, choć zarazem miał wrażenie, że nigdy wcześniej tutaj nie był. Te kontrastujące odczucia mieszały mu w głowie. Nikt go nie pilnował, choć najwyraźniej powinien, skoro chłopak nie wiedział nawet kim jest. Udawał, że wie gdzie idzie, poruszając się pustym holem. Nie było żadnej żywej duszy w pobliżu kilkunastu metrów. Jej obecność też nic by mu nie dała, bo kto normalny podchodzi do przypadkowej osoby z pytaniem "kim jestem i jak się nazywam?". Czy jakieś służby, które ewidentnie musiały funkcjonować na terenie tego obiektu, byłyby w stanie mu pomóc? Bez względu na świadomość swojej specyficznej sytuacji, był niezwykle opanowany. Kulejąc, bez pośpiechu powędrował aż do przejścia wyprowadzającego go z sektora mieszkalnego. Przed nim rozpościerało się jeszcze więcej dróg, lecz na ścianach znalazł obrazkowe wskazówki, mające być najwyraźniej pomocą dla takich jak on. Jedna z nich wskazywała na bliskie położenie windy. Oczywiście ruszył tam, nie mając żadnego lepszego pomysłu. Kierując się tam, zaczął dostrzegać coraz więcej ludzi. Część z nich nosiła robocze kombinezony, inni garnitury wraz z teczkami. Większość z nich była starsza od niego i zerkała na niego z lekką podejrzliwością, prawie jak na intruza. Nikt jednak go nie zaczepiał, ani nie wypytywał o jego pochodzenie. To całe szczęście, bo nie wiedziałby co odpowiedzieć. Stanął przy jednej z barierek, żeby spojrzeć w dół. Ten budynek miał naprawdę mnóstwo poziomów, a on nie potrafił sobie przypomnieć, co mieściło się na każdym z nich. Na samym parterze kręciło się mnóstwo mieszkańców, pędzących w nieodgadnionym celu. Wśród nich dostrzegł także kilka postaci w mundurach. Z jego położenia przypominali mrówki, lecz był przekonany, iż pełnili rolę straży. 

Wsiadł do oszklonej windy, wraz z grupą mężczyzn, taszczących ze sobą przepełnione dokumentami pudła. Miał ochotę się odezwać, ponieważ na usta cisnęło mu się wiele pytań, lecz nie chciał wyjść na obłąkanego, więc milczał podczas jazdy na sam parter. Tam już tłum czekał na swoją kolej. Wśród ścisku spostrzegł kobietę, trzymającą kurczowo za rękę małego chłopca o niemalże białych włosach. Ten przyglądał się mu z zaciekawieniem, a brązowowłosy uśmiechnął się do niego łagodnie, co dziecko zaraz odwzajemniło. Zaraz jednak blondynka wciągnęła go do windy, a chłopak zaczął przeciskać się przez panujący tłok. Trącano go ramionami, szturchano i mijano bez większej uwagi. Domniemywał, że sam też powinien gdzieś właśnie być. Nie potrafił niestety stwierdzić, czy gdzieś pracował, albo się uczył. Co jeśli ktoś właśnie na niego czeka? Ale kto?

W oddali zauważył wysokiego bruneta w mundurze. Na ramieniu miał przepaskę z wyszytym okiem. Skądś kojarzył ten symbol, ale nie zaskoczyło go to, ani nie poświęcił tej myśli ani sekundy więcej. Pragnął dostać się do niego, wierząc, że to ktoś na wzór policjanta. Z nie w pełni władną nogą, poczłapał za nim, dość prędko łapiąc zadyszkę. Był szczupły, aczkolwiek z pewnością nie miał dobrej kondycji, gdyż ten niedługi spacer kosztował go naprawdę mnóstwo wysiłku. Zawołałby mężczyznę, natomiast wolał nie skupiać na sobie uwagi gapiów. Wreszcie się do niego dostał, gdy tamten podszedł do szklanych drzwi i zamierzał przyłożyć kartę dostępu do czytnika. 

- Przepraszam!- odezwał się, zanim funkcjonariusz zniknął za progiem. Chłopak potrzebował przystanąć i złapać oddech. Nieznajomy także się zatrzymał, klucz chowając do kieszeni. Lustrował niższego podejrzliwym spojrzeniem. Wprawdzie, nie patrzył na niego jak na intruza, lecz był gotowy na każdy nagły ruch szatyna. 

- Słucham, w czym mogę pomóc?- mruknął szorstko. Pistolet połyskiwał mu za pazuchą, a jego ręka spoczywała tuż nieopodal. Młodszy zawahał się, zanim coś z siebie wydusił.

- Wie pan może... gdzie mógłbym znaleźć lekarza?- obawiał się tego, jak to zabrzmi. Bezapelacyjnie było z nim coś nie tak, lecz nie uważał siebie za kogoś niespełna rozumu. Podejrzewał, że może zeszłego dnia doznał jakiegoś urazu, który spowodował tymczasową utratę pamięci. Niewykluczone, iż na coś zachorował, a to co teraz przechodził to nieoczekiwane powikłania. To też nie tak, że stresował się swoim stanem. Był bardzo zdystansowany, może jeszcze senny po nagłym wybudzeniu. Wypadało jednak sprawdzić, co mu dolega, skoro nawet nie był w stanie się przedstawić. 

Drugi przez moment śledził oczyma swojego rozmówcę, po czym nagle przytaknął, jakby przypomniał sobie coś ważnego. Machnął ponaglająco, nakazując mu iść za nim. Nie spieszył się, ale też wyglądał na zaangażowanego w sprawę. Szli w ciszy, aż doszli na klatkę schodową. Schodami wspinali się na wyższe poziomy, a następnie wkroczyli na kolejny korytarz o jaskrawo białych ścianach. Mijali niekończący się ciąg gabinetów. Brązowowłosy przyglądał się wszystkiemu uważnie, pragnąc nauczyć się na nowo struktury tego obiektu, na wypadek jakby nie dane mu było odzyskać pamięci. Nie lękał się, mimo że byłoby to normalne, a wręcz pożądane w tym stanie zdrowia. Ta swoboda niepokoiła go bardziej niż brak wspomnień. Wysilał swój mózg, mając nadzieję, iż przypomni sobie chociażby własne imię oraz nazwisko. Odczuwał pustkę. Nie miał w sobie ani żadnej wiedzy, ani emocji. 

Strażnik w końcu wyprostował się, zaś jego pięść zawisła nad jedną z par drzwi. Zapukał delikatnie i nacisnął klamkę. Dopiero po wejściu do środka, chłopak przekonał się, że tak naprawdę nie znalazł się w żadnej klinice lub szpitalu. Przed nim stało biurko, za którym siedział siwowłosy mężczyzna. Brakowało mu standardowych atrybutów lekarza. Nie miał stetoskopu przewieszonego przez szybę, ani kozetki, na której mógłby posadzić pacjenta. Blat nie był przepełniony wzorami recept, czy długopisami do ich wypisywania. Starzec na widok gości wstał, uśmiechając się życzliwie. Przypominał dziadka, do którego chętnie przychodziło się na długie rozmowy. Być może pracował tutaj jako psycholog i znał go z poprzednich spotkań, stąd wizyta tutaj, a nie u klasycznego doktora. Zaprosił uprzejmym gestem, aby szatyn usiadł naprzeciwko niego w fotelu, zaś mundurowy ukrył się w kącie, dając im przestrzeń do konwersacji. 

- Tak sądziłem, że się tutaj dzisiaj pojawisz.- przyznał życzliwym tonem, którego tamten nie umiał rozszyfrować. Najpewniej się znali, niemniej sam nie dał rady tego stwierdzić. Był z lekka skrępowany w jego obecności. Czy należało od razu przedstawić swoje objawy, czy może zaczekać na to, co mężczyzna ma do powiedzenia.- Mam nadzieję, że twoje samopoczucie miewa się dobrze. 

- Niezupełnie. Wydaje mi się, że potrzebuję pomocy specjalisty. Niczego nie pamiętam, mojego imienia, tego miejsca, was, ani powodu, dla którego mam te obrażenia na rękach oraz bliznę na nodze. Co mi jest? To choroba? Wie coś pan o niej?- jego ciemne ślepia wypełniała nadzieja. Starszy pochylił się do jednej z szafek, z której wyciągnął teczkę, do jakiej przypięte było zdjęcie szatyna. Tuż obok widniało jego imię oraz nazwisko, Jung Wooyoung. 

- Ach tak. W ramach wolontariatu ze studiów, pracowałeś przy budowie kolejnego sektora Aster. Spadłeś z rusztowania. Nie była to duża wysokość, ale uderzyłeś się w głowę, a twoje udo przebił metalowy pręt. Przez ostatnie tygodnie leżałeś w szpitalu. Wczoraj przenieśliśmy cię do twojej nowej kwatery, byś mógł wrócić do normalnego funkcjonowania. Jesteś zdrowy, aczkolwiek nasi lekarze nie byli w stanie przywrócić ci pamięci. Być może wróci do ciebie z czasem, czego nie mogę obiecać. Będziesz potrzebował nadzoru ze strony specjalnie wyznaczonego do tego opiekuna. Przyślemy ci również twoich dawnych znajomych oraz rodziców, byś mógł się wdrażać do codzienności. Nie chcieliśmy jednak zalać cię bodźcami, więc daliśmy ci wolną rękę, byś wpierw mógł sam to sobie wszystko poukładać.- wyjaśnił, po czym podsunął Wooyoungowi teczkę. Na pierwszej stronie dokumentów znajdowały się wszystkie podstawowe dane dziewiętnastolatka, wraz z imionami jego bliskich. 

"Jung Wooyoung, lat dziewiętnaście. Syn Sim Jiwon (lat czterdzieści-dwa) oraz Jung Woohyuna (lat czterdzieści-osiem). Student technologii informatycznych pierwszego roku, pracownik biura do spraw nowych technologii na stanowisku- drugi asystent menadżera. 

Obrażenia: wstrząs mózgu na wskutek urazu głowy wraz z następstwem w postaci zaniku pamięci długotrwałej oraz tymczasowej, złamanie kości udowej, przerwanie ciągłości skóry do warstwy tkanki podskórnej, liczne zadrapania, rozległy krwotok zewnętrzny."

- Czy... czy mógłbym zobaczyć się z moją mamą?- wycedził drżącym głosem. 

- Ależ oczywiście, już ją wzywam.- 

Continue Reading

You'll Also Like

60.1K 3.7K 43
Samotność. Borykał się z nią zbyt długo, by mógł dalej uznawać się za względnie szczęśliwego człowieka. Z roku na rok gasł coraz bardziej tracąc wsze...
1.4K 76 50
Gdzie Jongho szukał korepetytora od matmy, a Yeosang chciał sobie dorobić. Nowe rozdzialy beda sie pojawiac TYLKO jak ktos wyrazi zainteresowanie :33
12.1K 2.4K 13
Inez Sobczak to dwudziestojednoletnia projektantka mody, która od lat funkcjonuje na styku dwóch światów: kreatywnej wolności i brutalnych realiów br...
2.3K 178 6
Jimin bardzo kocha Jungkooka, a Jungkook... angst ღ
Wattpad App - Unlock exclusive features