Wiesz, co tak naprawdę wkurza ludzi? Kobieta u władzy. Faceci boją się jej, a jednocześnie chcieliby znaleźć się z nią w łóżku. Inne kobiety po prostu jej zazdroszczą... Moja droga na sam szczyt nie była usłana różami, a jeśli już ktoś tak sądzi, to z pewnością miały ogromne kolce.
Nie raz słyszałam o sobie opinię, że tkwię jak zadra w tyłku, ale być może to właśnie efekt tego, co musiałam przejść, by być tu i teraz. Prawdopodobnie niedługo nazwiesz mnie suką. Uwierz mi - nie zaprzyjaźnimy się. Nawet nie próbuj. Widzę jak nerwowo rozglądasz się po moim biurze i błądzisz wzrokiem po ścianach. Ogarnij się kobieto, jak na razie masz najwięcej szans na tę robotę.
Przyglądam się tobie z niedowierzaniem, raz po raz spoglądając w rozłożone na biurku CV. Takie kwalifikacje, a chcesz być moją asystentką. Prezentujesz się całkiem dobrze, wyjątkowo byłabym w stanie dać ci dzisiaj nawet posadę managerki ds. PR w tej firmie, ale nie zrobię tego - mam jeszcze jakieś zasady. Dalej wwiercam się w ciebie wzrokiem, lubię kiedy inni czują się przy mnie niekomfortowo.
Wypielęgnowanym czerwonym paznokciem, rytmicznie stukam w dolną wargę. Nienaganna fryzura, miła aparycja i idealnie dobrany strój, a do tego duża wiedza na temat branży i mojej firmy. Jestem pod wrażeniem. Bawię się długopisem od Swarovskiego, niewielkie kryształki połyskują w świetle zapalonej lampy. Powstrzymuję się kiedy uświadamiam sobie, że takie zachowanie zdradza moją nerwowość.
- Dlaczego chcesz pracować właśnie ze mną? - To pytanie zawsze wybija je z rytmu. Poprzednie siedem nie wiedziało wiele o firmie, a to pytanie wręcz je pogrążyło. Na tę chwilę prezentujesz się najlepiej, nie spieprz tego. Łapię się już na tym, że nawet ci kibicuję. Co za żałosne uczucie.
- Jesteś jedną z najlepszych polskich projektantek, a ja chcę uczyć się od najlepszych. Dodatkowo obserwuję tę firmę od początków jej istnienia i masz niesamowity zmysł jeśli chodzi o prowadzenie przedsiębiorstwa. Wyciągnęłaś je z prawdziwego bagna i wzbiłaś na sam szczyt. Jeśli nie zostanę twoją asystentką pozwól mi chociaż sobie towarzyszyć i opisać twoją historię. Stworzenie biografii takiej kobiety to dla mnie spełnienie marzeń - wyrecytowałaś na jednym oddechu, pewnie poświęciłaś wiele godzin na naukę tego przed lustrem. Prawie parsknęłam śmiechem. Poza rozglądaniem się po gabinecie i tym idiotycznym tekścikiem szło ci doskonale. Minus pięć punktów za próbę lizania mnie po tyłku. Mogą robić to tylko nieliczni, a takich zażyłości jeszcze ze sobą nie mamy.
Zachowując zimną twarz pokiwałam głową i ponownie przyjrzałam się twoim dokumentom. Między nami zapadła cisza, zastanawiałam się czy coś jeszcze chcę wiedzieć. Przepytałam cię niczym agent KGB, ale w końcu mam prawo wiedzieć o tobie wszystko.
W kalendarzu zapisałam po tobie jeszcze pięć innych dziewczyn. To będzie długi dzień, a ja mam już dość swojej najprzyjemniejszej wersji. Przejdźmy więc zatem do mojej ulubionej części:
- Czy masz do mnie jakieś pytania? Ja wiem już wszystko, co chciałam. - Pokaż na co cię stać. Tylko tak dowiem się, jak bardzo ci zależy. Zerknęłam na wibrujący telefon - cztery nieprzeczytane wiadomości.
"Tęsknię za Tobą - Michael"
"Impreza u mnie. Dziś. Będzie Marcin. A"
"Wpadnę do Twojego gabinetu"
"Daj znać jak skończysz"
Ostatnie dwie wiadomości to Paul, mój dyrektor do spraw marketingu. Seksowny, żonaty drań. "Prawie" nieosiągalny. Beznamiętnie odpowiadam na twoje pytania, myślami krążąc przy sprzęcie Paula wsuwającym się we mnie wczoraj, na tym biurku.
- Jak wygląda standardowy tydzień pracy? - Przywołujesz mnie na ziemię. Potrzebuję chwili, by zebrać myśli do kupy. Zależy czyj, uśmiecham się sama do siebie, po czym swobodnie odpowiadam:
- Jeśli dostaniesz tę pracę, wymagam byś w biurze była przede mną, a na moim biurku co ranek ma czekać gorąca, aromatyczna kawa. Po moim przyjściu masz około godziny, by zebrać wszelkie niezbędne informacje: poczta, wiadomości, które mogą mnie interesować, umówione spotkania, zebrania jakie mnie czekają i przychodzisz z tym do mnie. Potem wszystko będzie zależało od mojego grafiku.
- Jakie cechy powinna mieć idealna kandydatka na to stanowisko? - Wybacz, że nie skupiałam się wcześniej, ale wydaje mi się, że zadajesz celne pytania. Uśmiecham się pod nosem i recytuję:
- Otwarta, szczera, licząca się z moim zdaniem, radząca sobie ze stresem i godna zaufania, wszystko inne to dodatki. Jesteś godna zaufania? Potrafisz dotrzymać tajemnicy? - Opieram się w fotelu i czekam na odpowiedź. To kluczowe, byś nie paplała na prawo i lewo, co dzieje się w moim życiu. Na twojej twarzy maluje się konsternacja i zdziwienie, ale po chwili odpowiadasz.
- Cóż... tak, potrafię. Jeśli chcesz mieć stuprocentową pewność możemy podpisać nawet jakąś klauzulę poufności czy coś takiego... - Oooch przeszłaś na "Ty"?
- Ok, świetnie. W takim razie jeśli nie masz więcej pytań, możemy zakończyć naszą rozmowę. - Twoja twarz się rozpromienia.
- Mam rozumieć, że dostałam tę pracę? - Pocierasz brwi, delikatnie rozmazując makijaż. Masz niewiele wpadek na koncie, fantastyczne doświadczenie, nieskazitelny wygląd ale... nie dam po sobie poznać, że jak dotąd jesteś najlepszą kandydatką.
- Beato, w ciągu tygodnia dam ci odpowiedź. Dziękuję za miłą i rzeczową rozmowę.
Wstaję i wygładzam delikatną garsonkę. Wyciągam rękę i żegnam się. Widzę lekki grymas i rumieniec wstydu na twojej twarzy. Z pewnością myślisz, że nie zadzwonię... Napawa mnie to pewną satysfakcją. Wychodzisz.
Zanim rozlega się kolejne pukanie do drzwi dobieram się do smartfona, by odpowiedzieć na wiadomości.
"Też tęsknię. Daj znać jak wrócisz z podróży. xx"
"Ok, będę. Mam z nim do pogadania. Podaj godzinę"
"Paul, daj mi 2 godzinki i zajrzyj do mnie..."
Mam wrażenie, że kolejne rozmowy ciągną się w nieskończoność. Część kandydatek nie potrafi nawet złożyć zdania bez "eee" wstawki. To cholernie frustrujące. W trakcie monologów o życiu, szkole i przepracowanych zawodach błądzę myślami, zamiast skupiać się na tym co opowiadają. Chcę "dobrodusznie" dać szansę każdej z nich, ale nie oszukujmy się. Już wybrałam swoją ofiarę. Beata, ma największe szanse by zostać prawą ręką prawdziwej diablicy.
Ostatnia rozmowa nie należy do najprzyjemniejszych. Bezdźwięczny głos, szarej myszki próbuje przebić się przez hałas dobiegający zza okna. Dziewczyna, opowiada o swoim doświadczeniu, cztery prace w ciągu roku. Nigdzie nie zagrzała na dłużej miejsca, zapala mi się czerwona lampka. Drobnymi dłońmi ciągle miętosi rąbek białej bluzki... Chryste! Mam ochotę strzelić ją po łapie. Chwytam palcami nasadę nosa i wciągam głęboko powietrze, muszę się uspokoić. Myszka kontynuuje nie zwracając na mnie uwagi. Grzebię przez chwilę w torebce, po czym wyciągam wizytówkę znajomego redaktora, z jej wykształceniem nada się na redaktorkę do jednej z gazet, a Sławek dodatkowo lubi takie wyzwania, więc może wyrobi ją i laska wyjdzie na ludzi. Ruchem ręki pokazuję jej, by przerwała. Nie dam rady dalej słuchać. Widzę, że się tu nie nadaje. Brakuje jej tego czegoś. Wyciągam do niej drugą dłoń i podaję wizytówkę.
- Słuchaj, wiem, że starasz się jak możesz ale nie chcesz dla mnie pracować. Widzę to. - Dziewczyna siedzi ze spuszczoną głową, nie patrzy na mnie, z pewnością czuje się upokorzona. Jakaś drobniutka cząstka mnie próbuje besztać moje rozszalałe ego, na nic jej starania. I tak właśnie sięgam na wyżyny swojej dobroci. Macham nieszczęśnicy przed głową wizytówką. - Trzymaj. Zadzwoń do niego i powiedz, że cię przysyłam. Będzie miał dla ciebie robotę. - Patrzy na mnie zdziwiona, jakby wyrosła mi druga głowa.
Niepewnie bierze wizytówkę, ogląda z obu stron. Zupełnie jakbym oferowała jej pracę w sextelefonie. Wsuwa ją do malutkiej torebeczki, wstaje, grzecznie dyga, żegna się po czym wychodzi. Z ulgą opadam na fotelu. Potrzebuję czegoś na rozluźnienie. Wybieram z kontaktów numer Paula.
- Jesteś mi potrzebny w gabinecie. Teraz. Sprawa jest bardzo pilna.
- O co chodzi?
- To głęboki temat, a ja mam bardzo ciasne okno czasowe. Pospiesz się proszę.
Rozłączam się dumna ze swoich słownych gierek. Pilotem opuszczam rolety w gabinecie, nie chcę by pracownicy sąsiedniego biurowca zaglądali do mnie. Ostrożnie zsuwam majtki, uważając by nie zahaczyć obcasami drogiej koronki. Dotykam palcami łechtaczki i spokojnie zataczam kółka. Nie mam czasu na gry wstępne jak do biura wpadnie dyrektor. Przypominam sobie wczorajsze igraszki i powoli staję się wilgotna. Po kilku minutach rozlega się pukanie do drzwi.
-To ja Paul. Jestem jak prosiłaś. - Słyszę męski, niski głos. Wstaję z fotela i spokojnym krokiem podchodzę do drzwi, naciskam na klamkę i delikatnie uchylam, zerkając czy moja, jeszcze obecna, asystentka jest na swoim miejscu. Tak jak sądziłam, Iwona ostatnie dni spędza w gabinecie dyrektora finansowego. Przynajmniej mogliby stwarzać pozory oddanych pracowników i chociaż raz nie flirtować w godzinach pracy... Chwytam Paula za granatowy krawat i z poważnym wyrazem twarzy wciągam go do pokoju. Zamykam drzwi przekręcając zamek, by nikt nam nie przeszkadzał i ruszam przed nim do niewielkiego stolika z fotelami. Nie mam na sobie majtek i wiem, że zauważy to gdy tylko spojrzy na moją obcisłą spódnicę.
- Usiądź proszę. - Wskazuję miejsce w rogu gabinetu, a on posłusznie siada, po czym próbuję usadowić się mu na kolanach.
- Ona o nas wie! - wykrzykuje nagle blokując moje próby fizycznego kontaktu.
- Hm? Kto?
- Moja żona. Dostałem dzisiaj wiadomość. Napisała: zniszczę tę sukę...
Patrzę na niego bez emocji, nawet on mnie za taką ma... czy jest mi przykro? Ani trochę.
- No i? Co w związku z tym? To jak już wie, to możemy się pieprzyć. Przynajmniej teraz z czystym sumieniem dla ciebie. - Łapię go za nadgarstki i siadam mu na kolanach. Ktoś musi zapanować nad rozedrganym chłopczykiem, a ten właśnie patrzy na mnie przestraszony i zszokowany. - No co? Wydaje mi się, że jeszcze rano liczyłeś na seks. Nie mam całego dnia na przyjemności. Pieprzymy się czy nie? - Nic nie odpowiada... Dostał wylewu, czy co?
Dalej ciągnę swoją inicjatywę. Rozpinam mu rozporek, czuję, że na mnie reaguje - już się podniósł... Wciąż jestem wilgotna. Unoszę się, by zsunął nieco bokserki i opadam, wbijając go w siebie. Nie mam czasu myśleć o głupotach, czy zazdrosnych żonach - kurach domowych z kieliszkiem wina w dłoni. Biorę to co chcę, a w tej chwili chcę Paula. Czuję lekką niepewność z jego strony, przez chwilę się nie rusza i tkwi we mnie, widzę, że jednak resztki krwi pozostały w mózgu - intensywnie myśli...
- Ach... pieprzyć to - syczy przez zaciśnięte zęby - i tak już ją zdradziłem, co za różnica czy zrobię to jeszcze raz. - Wstaje razem ze mną z fotela i kładzie mnie na biurku. Raz po raz wsuwa się we mnie szybko, mocno. Co chwilę zwalnia, by potem przyspieszyć, czuję jak się o mnie ociera. Wiję się pod nim w rozkoszy, jęczę, podnoszę się i niezgrabnie rozpinam mu koszulę, tylko odrobinę. Składam niepozorny pocałunek na umięśnionej klatce piersiowej, a potem w widocznym miejscu pozostawiam malinkę. Skoro już wie, to niech żonka ma jakiś dowód. Napawam się tą złośliwostką i dochodzę. Chwilę po mnie finiszuje mój kochanek, unoszę się jeszcze trochę i zostawiam czerwoną szminkę na jego ustach.
- Ok, myślę, że możesz już iść. Chcę się ogarnąć, no i muszę zmyć Twoją spermę z siebie i biurka, nie chcę by dalej niosły się jakieś plotki po biurze jeśli przyjdzie Cecylia. Wychodząc zamknij drzwi proszę. - Próbuję się ruszyć, ale on nadal tkwi między moimi nogami. Patrzy się na mnie zmrużonymi oczami. Mam się przestraszyć? Buuu... ale się boję. - Kurde Paul! Rusz się, czego jeszcze chcesz? Spuściłeś się, było nam przyjemnie, nie pierwszy raz zresztą. Wracajmy do swoich egzystencji. - Patrzę na niego już lekko wkurzona. Nie mam czasu na jakieś jego chore gierki.
Moje życie to jeden wielki grafik. Jeśli jeszcze chwilę tak zostanę, rozwalę sobie cały dzień i będę podwójnie wkurwiona. Odpycham go dłońmi i Paul się odsuwa. Czuję ciepło spływające po moich udach. Ugh... Ma to swoje minusy... Sięgam po chusteczki i szybko wycieram lepką ciecz. Kątem oka widzę jak Paul podciąga bokserki i spodnie. Patrzy na mnie bez wyrazu. Sądzę, że bije się z myślami.
- To się źle skończy! - Odzywa się w końcu, skupiam na nim spojrzenie, ale mokrą chusteczką nadal wycieram z biurka ślady naszych drobnych przyjemności.
- Co? - Jestem żywo zainteresowana. Czyżby bał się swojej żony? Kolejny mały chłopiec pod pantoflem... Wyrzucam chusteczki do śmietnika i opuszczam spódnicę. Zaraz zacznie mi się użalać nad sobą. Nie daj Boże jeszcze powie, że go omotałam i to moja wina. - No co?
Przyglądam się mu i czekam aż w końcu coś powie. Otwiera usta, wiedziałam, że nie usłyszę nic przyjemnego, ale żeby sięgać dna i aż tak stracić w moich oczach... Żałosne.
- Ona się ze mną rozwiedzie. Na sto procent, a przecież ja nie chciałem, ja myślałem, że ona się nie dowie. Niszczysz wszystko co napotkasz na swojej drodze. Nawet moje małżeństwo. Jest racja w tym, co o tobie mówią. Pieprzona egoistka! - Wycelował we mnie palcem, a jeszcze przed chwilą się ze mną posuwał na biurku. Chciał mnie idiota ukarać, czy co? Aż prychnęłam śmiechem i naprawdę pierwszy raz od dłuższego czasu szczerze się śmiałam.
- Co ty pieprzysz chłopczyku?! Czy ty siebie słyszysz? Że niby ja niszczę małżeństwo, a ty to bezbronny, prawie ofiara... Może jeszcze powiesz mi, że cię zgwałciłam. No większych idiotyzmów nie słyszałam. - Wysyczałam przez zęby. Poprawiłam włosy i nieco spokojniejszym głosem powiedziałam. - Paul, dobrze ci radzę, jeśli nie chcesz stracić pracy albo samemu z niej zrezygnować, to wyjdziesz teraz przez te drzwi i wrócisz do domu, co tam będziesz robić gówno mnie obchodzi, ale uspokoisz się i wrócisz jutro rano do pracy, a ja udam, że to co się przed chwilą stało nie miało miejsca. Tobie radzę to samo. - Wciągnęłam powietrze, by jeszcze bardziej opanować swoje nerwy. - A sprawy między tobą, a żoną załatwiaj sam i mnie w to nie mieszaj. Trzeba było trzymać fiutka w spodniach, nikt ci nożem nie groził. - Patrzył się na mnie wściekłym wzrokiem jakby chciał mnie zabić, ja z kolei byłam na to zupełnie obojętna.
Nie pierwsza osoba pała do mnie nienawiścią. Oczywiście nigdy nie sądziłam, że stanie się tak między Paulem, a mną. No, ale nie pierwszy i nie ostatni raz jakiś facet obwinia mnie o swoje niepowodzenia. Widzę jak zaciska pięści, odwraca się na pięcie, przekręca zamek w drzwiach i wychodzi, trzaskając tak, że aż dreszcz przebiega mi po plecach. Skurwysyn. Zbieram majtki i torebkę i ruszam do prywatnej łazienki przy gabinecie. Muszę się ogarnąć. Już po osiemnastej, nie mam czasu na powrót do mieszkania. Agata napisała, że impreza zaczyna się chwilę po dwudziestej, a to drugi koniec miasta... Nie mam ochoty na wyścigi taksówek. Wybiorę coś z ubrań, które mam pod ręką.
Po drodze do łazienki, zahaczam o ogromną szafę - pełno w niej ubrań, do których mam sentyment, ale także strojów, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego. Coś z nowej kolekcji to dobry wybór. Stawiam na skórzane czarne spodnie i odważną białą koszulę z jedwabiu. Odkryje trochę więcej niż mam ochotę dzisiaj pokazać, ale muszę przyznać, że na projekcie wyglądała niesamowicie. Cóż, dzisiaj okaże się, czy wywoła zachwyt, czy lepiej schować ją na dno szafy. Zadowolona z wyboru ruszam przed siebie...
Szybki prysznic postawił mnie na nogi, teraz tylko lekko poprawić makijaż i ogarnąć włosy. Pół godziny i jestem gotowa. Przeglądam się w gigantycznym lustrze.
- No no, wyglądam zjawiskowo. - Przyznaję nieskromnie, wbijając wypielęgnowane stopy w cieliste szpilki. W międzyczasie zamówiłam taksówkę, powinna być za jakieś pięć minut. Zdążę zjechać windą na sam dół. Zazwyczaj o tej porze jestem już sama w biurze, ale wychodząc zauważam, że kilku moich projektantów jeszcze jest w sali konferencyjnej. Z pewnością dogrywają szczegóły przed przyszłym pokazem. Co prawda mają na to jeszcze trzy tygodnie, ale napawa mnie radością ich zaangażowanie. Kto wie, może nawet sięgnę w głąb swojej duszy i przyznam im jakąś premię?
Wsiadam do windy i opieram się o tylną ścianę, w głośnikach gra jakaś spokojna melodia, zamykam oczy i powoli, ciężko wypuszczam powietrze z ust. Co bym dała za porządnego dymka. Czuję jak winda pędzi w dół. Po całym napiętym dniu, rozmowach, seksie i kłótni zwykły zimny prysznic nie wystarczy, potrzebuję czegoś mocniejszego. Z nieba spadła mi ta imprezka. Winda zwalnia i powoli się zatrzymuje. Nie wiedzieć czemu odliczam w myślach jeden, dwa, trzy, cztery i ruszam przed siebie, gdy drzwi zaczynają się rozsuwać. Ku zaskoczeniu odbijam się od czyjejś klatki piersiowej i tracę równowagę. Silne dłonie łapią mnie za łokieć i przytrzymują na miejscu. Wyszarpuję rękę wkurzona, że znowu ktoś wchodzi mi w drogę.
- Mógłby pan uważać! - Fukam i wymijam go, kątem oka zerkając na całą jego sylwetkę. Wysoki, dobrze wygląda w garniturze. Na twarzy też niczego sobie.
- Nie ma za co - odpowiada szyderczo - mogłaby się pani nauczyć manier, dziękuję z pewnością by pani nie zabolało.
Przechodzi obok mnie z szelmowskim uśmiechem i znika w windzie. Cham i prostak... ale przystojny. Nim drzwi się zamkną, rzucam mu jeszcze jedno przeciągłe spojrzenie. Ma ładne oczy, ale jest chamem. Roztargniona oglądam się ostatni raz i przechodzę przez wielki marmurowy hall. W tym samym momencie przychodzi powiadomienie, że moja taksówka już czeka. W samą porę.
- Do widzenia Pani Ewo! - ochroniarz żegna mnie z tym samym wyrazem twarzy odkąd tu jestem. Lekki uśmiech, małe przymrużone oczy. Troszkę jakby napawał się tym, że opuszczam ten budynek i być może nigdy nie wrócę. Jest creepy.
- Do zobaczenia Panie Marku. Jutro też będę - odpowiadam w nadziei, że może wzbudzi to w nim inną reakcję, ale nie. Facet ma po prostu taką twarz...
Głośno stukając obcasami przechodzę przez automatycznie rozsuwane drzwi i wsuwam na nos okulary przeciwsłoneczne, w nadziei, że jeszcze dosięgną mnie promienie zniżającego się słońca. Od razu uderza mnie zapach spalin... bolączka naszych czasów. Wszędzie dym, smród i beton. Taksówka czeka na mnie tuż pod drzwiami. Kierowca spostrzegając, że idę w jego kierunku wyskakuje z auta i szarmancko otwiera mi drzwi. Wsiadam z gracją, a szpakowaty pan usiada się za kierownicą.
- To dokąd pani się wybiera?
Podaję mu adres i zanurzam się we własnym smartfonie. Droga będzie długa, w radiu opowiadają o korkach w centrum, a ja chcę być u Agaty przed dwudziestą. Nerwowo wybijam stopą rytm do piosenki, która akurat leci w radiu. Przyłapuję się, że dodatkowo nucę "You're beautiful" Jamesa Blunta. Rzucam spojrzeniem znad okularów i widzę w lusterku, że kierowca taksówki uśmiecha się pod nosem. Nie wiadomo skąd zaczyna padać deszcz, a ja robię się senna. Zbyt długi dzień w pracy...
Zdecydowanie powinnam odpocząć, ale firma sama się nie poprowadzi. Może, jeśli w końcu zatrudnię kompetentną asystentkę, będzie ona w stanie chociaż przez chwilę mnie zastąpić. Może Norbi da radę... A może powinnam się mniej pieprzyć z idiotami? Ta myśl mi się nie podoba, zaraz wewnętrzny psycholog przeprowadzi analizę mojego życia i dojdę do tego, że złamane serce zrobiło ze mnie okropną kobietę. Może mszczę się na facetach, wykorzystując ich i porzucając? Zaczynam wyrzucać sobie wszystkie winy i prać swoje brudy. Nie umiem się od tego powstrzymać. Opieram głowę o dłoń i obserwuję jak obok taksówki, powoli jak żółw przesuwa się pociąg osobowy... prawie pusty.
Tak jak zapowiadali w radio, w centrum miasta zatrzymuje nas gigantyczny korek. Wzdycham głośno próbując zatrzymać wkurzenie, sama nie wiem na co... przecież wiedziałam, że utkniemy w centrum na jakiś czas. Ale gdyby część ludzi poruszała się komunikacją miejską, byłoby luźniej. Lekko zawiedziona ściągam okulary i upycham je do torebki.
- No tak już tu jest popołudniami droga pani - odzywa się taksówkarz - ale niech się pani nie martwi, potem pojedziemy skrótem i będziemy na miejscu raz dwa. Proszę się zrelaksować.
Wykrzywiam usta obdarowując mężczyznę najmilszym uśmiechem na jaki mnie stać, ale w głębi aż we mnie kipi. Łatwo powiedzieć zrelaksować. Nie jestem zrelaksowana nawet podczas seksu, a co dopiero mówić podczas jazdy samochodem zatłoczoną ulicą. Spoglądam nerwowo na zegarek. Jest już prawie dziewiętnasta, przebicie się zajmie pewnie ponad godzinę. Pięknie... nienawidzę się spóźniać. Dzwonię do Agaty, niech tylko nie wpuszcza do mieszkania tych dwóch piszczących wariatek z naprzeciwka. Nie trawię tych dziewczyn. Po trzech sygnałach wreszcie odbiera.
- Hej, co jest? Ja tu jeszcze w proszku latam. - Czemu to mnie nie dziwi? Ta dziewczyna nigdy nie wyrabia się na czas... Na jej miejscu już dawno miałabym wszystko przygotowane, sama byłabym zapięta na ostatni guzik i czekała cierpliwie na swoich gości. - No dawaj Ewka, co tam? Coś pilnego? Ja z gołym tyłkiem latam po chałupie, jak coś ważnego to mów, jak nie to się zgadamy jak przyjedziesz.
- Spóźnię się - zdążyłam wtrącić w momencie kiedy po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. - Nie zapraszaj tylko tych wariatek z mieszkania obok, nie zdzierżę ich piskliwych głosików.
Usłyszałam w słuchawce ironiczne prychnięcie. Agata ma okropną umiejętność wkurwiania mnie swoją ignorancją nawet na odległość. Tylko ona to potrafi, wręcz mam wrażenie, że robi to z premedytacją i napawa się tym na swój chory sposób.
- Zobaczę co da się zrobić - odpowiada z nutą uśmiechu - ale umówmy się, że to jednak moje party i niewiele masz tu do powiedzenia - teraz już wcale nie ukrywa, że ją to bawi i śmiejąc się rozłącza rozmowę.
Czemu się z nią przyjaźnię? Nie wiem. Podobno mamy ze sobą wiele wspólnego... Taksówka mknie przez ulice, których nawet nie próbuję rozpoznać, widać kierowca jedzie jakimś skrótem, by ominąć korki, o których trąbią w radiu. Ponownie próbuję wygodnie usadzić się z tyłu, ściągam szpilki i kładę nogi na siedzeniu, taksówkarz zerka w lusterko ale tego nie komentuje. Wyczuł kasę kochanie.
Zamykam oczy i skupiam się na szumie deszczu i dźwięku kropel rozbijających się o szyby samochodu. Radiowa paplanina zmienia się w kolejną piosenkę. Jej spokojne rytmy mnie uspokajają. Och od dawna nie czułam tej błogości. Wyszukuję ją telefonem. Kilka kliknięć i Psychopath - Anaïs ląduje na moim Spotify. Może to jakieś rozwiązanie, muzyka... Żeby tylko nie złagodziła mojego charakteru. Z tą myślą pozwalam sobie na chwilę zapomnienia i odpływam.
- Jesteśmy na miejscu - budzi mnie uprzejmy głos kierowcy. Spogląda na mnie w lusterku i przyjaźnie się uśmiecha. - Chyba udało się pani zrelaksować.
- Na to wygląda - odpowiadam zaspana.
Z pewnością wyglądam teraz jakby mnie coś sponiewierało. Cała misterna pielęgnacja w pizdu. Dobrze, że w windzie będę mogła zobaczyć jak duże straty wyrządziła mi ta niespodziewana drzemka. Płacę kierowcy i przy okazji zostawiam spory napiwek. Skonsternowany pan pyta czy ma na mnie poczekać.
- Nie, chwilę tu zabawię. Mam do pana numer jeśli będę potrzebowała transportu, zadzwonię. - Na tyle na ile pozwala mi godność wysiadam z taksówki, wygładzam strój i delikatnie zamykam drzwi samochodu.
Dzięki Bogu przestało padać. Pocieszam się w myślach, choć i tak kierowca dowiózł mnie wręcz pod same drzwi kamienicy, w której mieszka Agata. Potrzebuję tej imprezy dzisiaj bardziej niż powietrza. Nie wiem kogo (poza Marcinem) zaprosiła ta wariatka. Ruszam przed siebie, popycham ciężkie drzwi i chwilę później znajduję się we wnętrzu chłodnej kamienicy, głośna muzyka rozbrzmiewa echem odbijając się od ceglastych ścian.
Na pozór stary budynek, w środku urządzony został jak nowoczesny loft: czerwona cegła, lakierowany na czarno metal... ba znalazła się nawet szklana winda, gdyby komuś, tak jak mi, nie chciało się iść na trzecie piętro. Sama nie wiem jak Agata jest w stanie opłacić to mieszkanko, kosztuje krocie. Wiem, bo wygadała się po rozstaniu z Krzyśkiem, kolesiem dwadzieścia starszym od niej. Na bank była jego utrzymanką, a teraz z pewnością ma już kogoś innego. Ale nie mnie oceniać, sama nie jestem święta. Na tę myśl uśmiecham się do siebie i wsiadam do windy, która właśnie się otworzyła.