Ruthless, FLUSH#1 | 18+ ZAKOŃ...

By marcelaxx_

185K 5.4K 732

Danielle Verdaz od dziecka zmagała się z trudną sytuacją rodzinną. Wychowana w domu pełnym przemocy, używek i... More

♠️
Prolog
I. Poison
II. Nie bój się marzyć
IV. Mroczne widmo bolesnej przeszłości
V. Wieczór pełen cudów
VI. Jak uschnięta paproć stała się diamentem
VII. Jedenaście cyfr
VIII. Ukryj się ze mną przed światem
IX. Chwila słabości
X. Wspólny złoty środek
XI. Kłamstwa
XII. Pośród szklanych ścian
XIII. Trzy zasady
XIV. Middlemist's Red
XV. Głuchy telefon
XVI. Nieokiełznane pragnienia
XVII. Oczami dziecka
XVIII. Krusząca się maska
XIX. O biednym kaczątku, które wpadło w sidła bestii
XX. Ostatni płatek storczyka
XXI. Wszystko ma swoją cenę...
XXII. Obiecałeś...
XXIII. Elisabeth Verdaz
XXIV. Witaj w domu, Danielle
Epilog
Playlista
Kilka słów...

III. Bezwzględna dusza Dextera Riaza

6.1K 211 20
By marcelaxx_

Hejka, życzę miłego czytania <3

~*~

Dexter nie miał dziś dobrego nastroju, choć, raczej można byłoby policzyć na palcach u dłoni dni, w których go miał. Brakowało mu w dochodach ponad stu pięćdziesięciu dolarów i chyba wiedział, gdzie ma ich szukać. Zawiózł Melanie do szkoły, mieszczącej się niedaleko kasyna, do którego zajrzał tego poranka. Jego wizyta miała dwa powody, które jedynie podsycały żar płynącej w jego żyłach złości. Po pierwsze miał zamiar złożyć komuś niemiłą wizytę, a po drugie ta pieprzona rekrutacja.

Chciał spędzić ten dzień tylko z córką, ale nie mógł zabrać jej ze sobą do Royal Flush. Obiecał sobie, że jej noga nigdy tu nie postanie. To dziecko było dla niego skarbem, a skarby trzyma się z dala od przeklętej ciemności, mieszającej się ze zgnilizną ludzkich dusz.

Wpadł wściekły do budynku, ignorując wszystkich pracowników oraz ewentualnie pojedynczych klientów. Nawet Margot nie odważyła się powiedzieć mu zwykłego ,,Dzień dobry".

Przeszedł przez korytarz i chwycił za klamkę drzwi. Wszedł do środka pomieszczenia, w którym przesiadywał nikt inny jak Chain Swindler. Podszedł do biurka i rzucił na balat wykaz wyciągów z konta, które nadzorował właśnie, siedzący przed nim szatyn, który nie szczędził mu chytrego uśmiechu.

Swindler uniósł zaintrygowany brew, po czym opadł na oparcie fotela i założył nogę na nogę. Riaz płonął z furii, jednak nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Chain był chyba jedynym człowiekiem, który nie bał się Dextera.

- Co to? - Chwycił plik kartek, oblizał palce i zaczął przekręcać stronę po stronie. - Och, jesteś na minusie.

- Nie wkurwiaj mnie nawet. - Cisnął w niego gromami. - Gdzie jest pieprzone sto pięćdziesiąt trzy tysiące? - Jezu, aż musiał poluzować krawat. Był bliski uduszenia Chaina.

- Potrzebowałem ich. - powiedział niewzruszony.

- Powtórz, bo udam, że się przesłyszałem. - Szatyn zaśmiał się pod nosem. - Czy ty się zaśmiałeś? - zacisnął mocniej szczękę.

- Wolny kraj. - mruknął, wbijając w Riaza rozbawione spojrzenie.

- Nie zapominaj kim jestem. - Dał krok w przód. - I z kim, do kurwy, rozmawiasz. Jesteś cwany. - zacmokał. - Jednak nie można ukryć wszystkiego. - Swindler zmrużył powieki. - Masz czas do jutra. - Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. - Jeśli nie zobaczę ich z powrotem na koncie, postaram się o najbardziej obskurną celę.

- Och, w takim razie z chęcią się nią z tobą podzielę, panie Riaz. - przystanął.

- Masz czelność mi jeszcze grozić? - założył dłonie na piersi i zwrócił się w jego stronę.

- Nie śmiałbym. - położył rękę na piersi. - Jednak najgorsze, co może zdarzyć się człowiekowi to przegrać własną grę, czyż nie? - potarł dolną wargę, dostrzegając jak Dexter zbliża się do biurka i kładzie na nim dłonie.

- Przegranie własnej gry jest niemożliwe, gdy każdy pionek wie, gdzie jego miejsce. - zmierzyli się znaczącymi spojrzeniami. - Masz czas do jutra. Z chęcią będę obserwował jak znikasz za kratami.

Odepchnął się od biurka i ruszył w stronę wyjścia, zatrzaskując za sobą drzwi. Wszedł do swojego gabinetu i zasiadł od razu przy masywnym biurku. Wybrał odpowiedni guzik na panelu, a następnie usłyszał znajomy głos Ridley.

- Tak, panie Riaz?

- Przyprowadź je do mnie. - mruknął, nie czekając a odpowiedź.

Margot wybrała spośród zgłoszonych dziesięć kobiet, które aplikowały na stanowisko barmanki. Wpuszczała je kolejno do gabinetu Dextera, jednak każda z nich opuszczała go albo zapłakana, albo skwaszona. Westchnęła, kiedy ostatnia z nich wyszła pięć sekund po tym jak przekroczyła próg pomieszczenia.

- To są te twoje dobre kandydatki? - mruknął, przerzucając dokumenty. - Żadna z nich nie potrafi sklecić logicznego zdania. - Margot stanęła tuż naprzeciwko jego biurka.

- Klasyfikowały się w wymaganiach.

- Do burdelu, nie kasyna. - trzasnął szafką.

- Potrzebujemy do kadry jeszcze jednej. - Dała krok w przód, jednak przystanęła, gdy spojrzał na nią z furią w oczach. - Mogę...

- Wyjdź. - rozchyliła lekko usta. - Masz problemy ze słuchem czy raczej ze zrozumieniem?

- Nie, oczywiście, że nie. - cofnęła się. - Przepraszam jeśli cię uraziłam. To się nie powtórzy.

Nie odpowiedział. Wyszła z gabinetu i skierowała się do baru, z którego dochodził nieznajomy głos. Zatrzymała się tuż przy ladzie, skanując wzrokiem szczupłą brunetkę ubraną w czarne baleriny, beżowy płaszczy, który sięgał jej do pasa oraz jeansy. Tłumaczyła coś jednej z barmanek.

- Co tu się dzieje? - Ridley stanęła naprzeciwko nieznajomej.

- Pani przyszła na rekrutację, ale tłumaczę, że była otwarta do 12. - Blondynka posłała Danielle wkurzone spojrzenie. - Nie dociera.

- Jest 11:50. - Verdaz skinęła głową na zegarek. - Przyszłam na czas. - szepnęła, zaciskając dłonie na blacie. - Proszę, bardzo mi na tym zależy.

- Pan Riaz skończył już rekrutować, także przykro mi, ale musi pani opuścić kasyno. - Danielle przygryzła wargę, jednak nie poruszyła się o centymetr. - Mam wezwać ochronę?

- Och, nie. - pokręciła głową. - Ale... Czy mogłabym zamienić słowo z panem Riazem? - wszystkie popatrzyły na siebie z powagą, a po chwili wybuchnęły głośnym śmiech. Skuliła się lekko.

- Skarbie, ty wiesz kim jest Dexter Riaz? - wbiła wzrok w swoje dłonie. - Będę szczera... - zerknęła na rudowłosą. - To jest jedno z najlepszych kasyn w Bostonie. Popatrz na siebie, a później rozejrzyj się dookoła. Takie jak ty... - Margot skrzywiła się pod nosem. - nie pasują do takie miejsca jak to. - Poczuła łzy w oczach. Cheryl miała rację. Jest za słaba. - A teraz do widzenia.

Skinęła głową i dała krok w tył. Odwróciła się, a cichy jęk wyrwał się z jej gardła, gdy poczuła jak zderza się z czymś twardym. Mocne perfumy dotarły do jej nozdrzy, a duża dłoń chwyciła ją za nadgarstek. Wpatrywała się przez chwilę w guziki czarnej koszuli, a następnie przeniosła wzrok na silne przedramiona oraz barki, które napięły się pod ciemnym materiałem. Dotarła do ust, a kiedy spojrzała w te oczy, rozchyliła wargi.

On.

Stał tuż przed nią, skanując jej bladą twarz. Przełknęła głośno ślinę, której zaczęło jej brakować. Chryste, to spojrzenie. Nie mogła, nie potrafiła odwrócić od niego wzroku.

Drgnęła, gdy mocniej ścisnął jej nadgarstek, a następnie przeniósł wzrok za jej plecy.

- Wyjaśni mi ktoś, co tu się, do kurwy, dzieje? - Gdy do jej uszu dotarł znajomy tembr głosu. Zadrżała. - Straciłyście nagle języki?

- Dexter...

Danielle rozszerzyła w przerażeniu oczy. Jakie są? Potwornie zimne. Boże, stała przed samym Dexterem Riazem.

- Panie Riaz. - spojrzał na Margot, która nie kryła nawet szoku. - Co ona tu robi?

- Ja... - Ścisnął ją mocniej i zmiażdżył od dołu stalowymi oczami.

- Nie pozwoliłem ci mówić. - Zacisnęła usta w wąską linię i dała krok w tył.

- Puść. - szepnęła, na co zmarszczył brwi. - Puść mnie. -Zacisnął mocniej żuchwę.

Odwróciła wzrok, gdyż nie wytrzymała jego ciężkiego spojrzenia.

- To nie jest akurat nasza wina. - Ridley w końcu się odezwała. - Weszła tu... nie wiem z resztą jak... - skinęła w stronę ochroniarzy. - i pytała o pracę. Mówiłam jej, że rekrutacja jest zamknięta i, że nie szukamy takich jak ona. - Nie przestał patrzeć na Danielle. - Więc ją odesłałam, ale coś ciężko jej to idzie.

- Ja... - głos jej się załamał. - Ja przyszłam tu przed dwunastą. - zmrużył powieki. - Rekrutacja była do dwunastej. Mam jeszcze dwie minuty. - szepnęła. - Czy... - zawahała się przez chwilę. - Czy ja mogę z panem porozmawiać? - milczał, marszcząc brwi. - Zajmę chwilę.

- Mówiłam jej, że nie... - puścił Danielle, ignorując Margot i ruszył w stronę swojego gabinetu.

- Minuta. - Verdaz rozchyliła usta, po czym zerknęła na zszokowane kobiety. - Nie podejmuj decyzji za mnie. - rzucił do Margot, kiedy mijał ladę.

Zacisnęła palce na pasku od torebki i przeszła obok baru, czując na sobie palące spojrzenie rudowłosej. Zignorowała szepty i niemiłe komentarze na temat jej ubrania. Weszła cicho do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi. Rozejrzała się wokół, a wielka gula urosła jej w gardle na widok bogactwa, jakie ją otaczało.

- W tym momencie... - przeniosła wzrok na Riaza, który opierał się biodrami o krawędź biurka. - marnujesz mój cenny czas. - zacisnęła usta w wąską linię i złączyła dłonie z przodu ciała. - Skoro nic nie zamierzasz powiedzieć... - zamierzał odepchnąć się od biurka.

- Nie. - weszła mu w słowo. Zastygł. - Ja... - odchrząknęła. - Ja chciałam z panem porozmawiać. Potrzebuję tej pracy. - szepnęła, ściskając w dłoni torebkę.

- Nie przerywaj, gdy ze mną rozmawiasz. - Założył dłonie na torsie.

- Och, przepraszam. - skubała skórki od paznokci. Czuła się taka mała pod wpływem jego dominującej postawy. - Wiem, że nie spełniam wymagań, ale naprawdę mi zależy. Pracowałam już za barem, więc myślę, że jestem w stanie sobie poradzić. - zaśmiał się mrocznie, po czym odbił się od blatu i dał krok w przód.

- W Poison za mało płacą? - zmarszczyła brwi, gdy zlustrował ją od dołu do góry.

- Nie pracuję w tamtym klubie. - szepnęła. - Nie jestem prostytutką, jeśli to pan insynuuje.

- Nie obchodzi mnie to kim jesteś ani po co ci ta praca. - Poczuła niemiły ucisk w piersi, jednak się nie wycofała. - Jakie studia skończyłaś? - rozchyliła drżące wargi.

- Ja... - przymknęła powieki. - Nie ukończyłam żadnych studiów.

- W takim razie uważam rozmowę za zakończoną. - spięła się, kiedy obszedł biurko i sięgnął do szafki. - Wyjdź. - spojrzał na nią, gdy ta nie poruszyła się nawet o centymetr. - Wezwę ochronę, jeśli nie wyjdziesz stąd w przeciągu sekundy.

- Okej. - dała krok w tył. - Może nie mam wykształcenia, ale nie jestem głupia. Studia raczej nie powinny definiować tego kim jesteśmy. - powiedziała niepewnie. - Zależy mi na tej pracy, ale zrozumiem też pana decyzję. - Patrzył uparcie na teczkę, jednak słyszał każde jej słowo. - Złożył pan na mnie skargę. - poderwał na nią wzrok. - W Poison. - doprecyzowała.

- Nie rzucam słów na wiatr. - Odłożył papiery na biurko.

- Wiem. - uniosła delikatnie kąciki ust. - Ja również nie. - Nie wiedział, dlaczego jeszcze z nią rozmawiał. - Miałam nadzieję, że jeszcze kiedyś je zobaczę. - zmarszczył brwi.

- Co takiego? - Naparła zębami na dolną wargę.

- Pana oczy. - zaśmiał się gorzko. - Proszę o jedną szansę. - Ruszył w jej kierunku, przez co zaczęła się cofać. - Jedną. Jeśli pan pożałuje, odejdę. - Zatrzymał się metr od niej, a jego mocne perfumy po raz kolejny sprawiły, że przeszedł ją dreszcz.

- Wiesz o co prosisz?

- Wiem. - spojrzała na niego od dołu.

- Nie masz zielonego pojęcia, na co się piszesz. - Objęła się ramionami. - Wymagam od swoich pracowników.

- Zrozumiałe. - przytaknęła.

- Zero spoufalania się z klientem, punktualność i szacunek. Do mnie jak i tych, którzy tu przychodzą. - skinęła. - Odpowiedni strój, słuchasz poleceń Margot, dziesięć dolarów za godzinę, okres próbny przez miesiąc. - rozchyliła lekko usta.

- W ogłoszeniu... - zaczęła.

- Podwyższę ci pensję, jeśli nie wylecisz stąd do końca tygodnia. - przełknęła głośno ślinę.

- Och, dobrze. - spojrzał w jej zielone oczy i nie ujrzał żadnego przejawu złości, tylko ta pieprzona dobroć. Miał ochotę zaśmiać się jej w twarz. - Czyli daje mi pan szansę?

- Nie, ja nie daję szans. - zerknęła na swoje baleriny. - Patrz mi w oczy. - poderwała głowę. - Zmień te buty, bo nie mogę na nie patrzeć. - Poczuła pod powiekami zdradliwe szczypanie. - Wiesz dlaczego nie pasujesz do tego miejsca? - odwróciła wzrok. - Bo jesteś słaba.

- Nie wie pan, jaka jestem. - szepnęła. - Ja pana nie oceniłam, więc proszę również nie oceniać mnie. - Zacisnął mocniej szczękę. - Od kiedy mogę zacząć?

- Od jutra. - skinęła głową. Chciała wyjść, lecz chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. Syknęła z bólu. - Nie tym tonem i nie w ten sposób.

- Ja... - Wpatrywała się w jego oczy, szukając w nich... w sumie sama nie wiedziała czego. Czegokolwiek. - Powinnam już iść.

- Nie pozwoliłem ci odejść. - Pochylił się nad jej twarzą. - Imię. - wychrypiał.

- Słucham?

- Podaj mi swoje imię.

- Danielle. - Jego palce rozluźniły się na jej ramieniu. - Danielle Verdaz.

- Nie jesteś z Bostonu. - stwierdził.

- Nie, pochodzę z Detroit. - Przeszły ją ciarki na wspomnienie tego miasta.

- Jutro 20. Spytam Margot czy pojawiłaś się punktualnie albo sam to zweryfikuję. - Puścił ją i dał krok w tył.

- Oczywiście. - Odgarnęła czarny kosmyk za ucho. - Czy teraz mogę już wyjść? - przejechał palcem po żuchwie.

- Możesz. - Przytaknęła, po czym odwróciła się do niego tyłem i chwyciła za klamkę.

- Miłego dnia. - posłała mu uprzejmy uśmiech, a sekundę potem zniknęła za drzwiami jego gabinetu.

Przeszła obok baru, słysząc po raz kolejny niemiłe komentarze. Zignorowała je. Wbiegła po schodkach i wypadła na ulicę. Przeszła chodnikiem kawałek, aby zniknąć za rogiem. Oparła się plecami o kamienicę i odchyliła głowę w tył. Przymknęła powieki, z którym wypłynęło kilka słonych kropel. Bo jesteś słaba. Tej dziewczynie można było zarzucić wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że była słaba. Jej ciało przeszło więcej niż Dexter mógłby pomyśleć.

Otarła policzki rękawem płaszcza i ruszyła w stronę przystanku. Dostała tę pracę, jednak nie była pewna czy aby zdoła ją utrzymać. Musisz wytrzymać szepnęła sobie w myślach. Dla kochanej Beth. I dla siebie.

***

- Przyjąłeś ją? - zerknął kątem oka na Ridley, która stała przed jego biurkiem z rozchylonymi ustami. - Przecież ona...

- Podważasz moje decyzje? - uniósł ku górze brew.

- Nie... ja... - przymknęła powieki i pokręciła głową. - Przepraszam. - Nie skomentował tego. - Po prostu jestem zdziwiona.

- Nie muszę ci się tłumaczyć kogo zatrudniam, a kogo nie. - Powrócił wzrokiem do tekstu. - Wdrążysz ją. - posłał jej surowe spojrzenie. - Nie wiem jak to zrobisz, ale ma to ogarnąć. Nie toleruję pomyłek. - A cokolwiek tolerujesz?

- Oczywiście. - przytaknęła. - Czy potrzebuje pan czegoś jeszcze?

- Nie, możesz odejść. - mruknął, poprawiając okulary.

Usłyszał stukot obcasów, a następnie dźwięk zamykanym drzwi. Rzucił papiery na blat biurka i opadł na oparcie fotela. Potarł dolną wargę, odtwarzając sobie w głowie obraz zielonych oczy, które o dziwo nie były przepełnione strachem. Były czułe, wrażliwe i tak bardzo niewinne. Dlaczego myślał o tak absurdalnych rzeczach? A dostrzegalna w nich dobroć... Skrzywił się z obrzydzenia.

- Danielle. - mruknął.

Jej imię rozlało się po jego języki niczym najsłodszy smak, co jeszcze bardziej go rozzłościło. Była naiwna. I słaba. Tak bardzo krucha. Zapragnął zniszczyć każdy pieprzony przejaw jej dobroci. Wydawało mu się to tak cholernie łatwe. Zaśmiał się pod nosem i chwycił za telefon. Wstał z krzesła, krążąc przy regałach. Usłyszał po chwili szelest i lekko zachrypnięty głos.

- Dexter. - uniósł kąciki ust.

- Harper.

- Czym zawdzięczam sobie twój telefon? - mruknął, zerkając w stronę drzwi.

- Sprawdź mi jedną osobę. - Włożył dłoń do kieszeni czarnych spodni.

- Potrzebuję jej danych. - Przejechał językiem po wnętrzu policzka.

- Danielle. - zacisnął mocno szczękę. - Danielle Verdaz.

- Hmm... Gdzieś słyszałem już to nazwisko. - Dexter zmarszczył brwi. - Przeszukam jej życiorys. - skinął głową, czego Harper dostrzec nie mógł. - Jutro po południu prześlę ci plik.

- Do 12. widzę go u siebie. - nie zdążył mu odpowiedzieć, gdyż Riaz się rozłączył.

Zablokował telefon i usiadł z powrotem za biurkiem.

- Nie wytrzymasz tu tygodnia. - Mroczny uśmiech pojawił się na jego twarz.

***

Danielle przekroczyła próg domu, zdejmując czarne balerinki. Skrzywiła się lekko na wspomnienie niemiłego komentarza, dotyczącego jej obuwia. Wiedziała, że jest może pierwszego sortu, ale buty były zadbane, więc nie zamierzała się ich pozbywać, a poza tym było jej w nich wygodnie.

Odwiesiła płaszczyk i przeszła przez korytarz. Cheryl szykowała się do pracy, więc nie chciała jej przeszkadzać. Z resztą i tak było jej wstyd, gdyż nie posłuchała jej wczorajszej rady i poszła dziś na rozmowę o pracę do kasyna. Liczyła, że skończy się to fiaskiem, jednak jak wielkie było jej zdziwienie, gdy Riaz zgodził się na okres próbny.

Będąc na zmianie w restauracji nie mogła wyprzeć go sobie z głowy. Mimo, że jego ton był surowy, a komentarze niemiłe, obraz jego oczu niczym pętla odtwarzał się w jej głowie. Był władczy, dominujący i tak jak wspominała wczoraj Cerny, naprawdę przystojny. Ludzie opisywali go jako bezwzględnego. Rozumiała już dlaczego. Idąc do Royal Flush była zdesperowana. Potrzebowała pieniędzy, jednak teraz zaczynała mieć coraz większe obawy. Co jeśli Cheryl miała rację? Co jeśli faktycznie nie da sobie tam rady? Według Margot nie pasowała do tamtego miejsca i cóż, trudno było jej zaprzeczyć. Była inna niż kobiety, które tam pracowały. Była skromna, lecz ceniła sobie swoją wartość i nie zamierzała brać sobie do serca ich nic niewartych słów.

- Dani? - Przystanęła w progu pokoju, dostrzegając jak Cheryl kroczy w jej stronę w pełni już gotowa do wyjścia.

- Cześć. - Zacisnęła usta w wąską linię. - Nie chciałam ci przeszkadzać. - posłała jej uprzejmy uśmiech. - Czy właściciel się odzywał?

- Nie, ale pewnie wpadnie tu na dniach po kasę. - przytaknęła. - Nie martw się. Siedzimy w tym gównie razem.

Creny należała do innego świata, jednak Veradaz szczerze polubiła tę kobietę. Na początku przytłaczała ją jej osobowość, ale po kilku miesiącach wspólnego mieszkania, zrozumiała, że dzięki niej nie czuła się aż tak samotna. Cheryl była jedyną osobą, która jej nie oceniała. Była jedyną osobą, która okazała jej troskę.

- Wiem. - Wyciągnęła ku nie dłoń, którą rudowłosa od razu chwyciła. - Cieszę się, że cię tu poznałam.

- Och, Danielle. - przyciągnęła ją do siebie i zamknęła w swoich ramionach. - Podziwiam cię, dziewczyno. - uśmiechnęła się lekko w jej włosy. - Jesteś najtwardszą babką jaką znam.

- Ty również jesteś twarda. - pomasowała jej plecy, na co cicho westchnęła. Miło było wrócić do mieszkania, w którym czeka na ciebie spokój i przyjemne ramiona koleżanki.

- Bywa różnie. - Oderwały się od siebie. - Świat bywa niesprawiedliwy, co raczej jest logiczne. Co by było, gdyby wszyscy byli równi sobie? Nie nauczyłabyś się walczyć o siebie. - uniosła kąciki ust. - Jezu, zrobiło się zbyt... - szukała odpowiedniego słowa.

- Smętnie? - Zaśmiała się pod nosem i przytaknęła głową.

- Smętnie. - Potarła jej ramiona. - Gdzie zniknęłaś rano? - Spięła się lekko. - Miałam pomóc ci w szukaniu pracy. Pukałam w drzwi, ale nie odpowiadałaś, więc weszłam do środka, bo myślałam, że coś ci się stało, a ciebie nie było. - Rozchyliła lekko usta.

- Och, no tak. - Odchrząknęła cicho i wbiła wzrok w ciemne oczy Cerny. - Ja... - zagryzła wargę.

- O kurwa. - Przyłożyła dłoń do czoła. - Dani... - Pokręciła głową. - Byłaś u pieprzonego Riaza. - Przełknęła głośno ślinę.

- Tak. - szepnęła. - Wiem, że mnie ostrzegałaś, ale ja potrzebuje tej pracy, Cheryl.

- Laska, ty się podłożyłaś pod pociąg! - Wyrzuciła dłonie ku górze. - Boże... - przyparła dłoń do czoła. - Ty jesteś za dobra na to miejsce! - Chwyciła ją za ramiona. - Riaz nie oszczędza.

- Och, wiem, że jest oschły...

- Oschły?! - skrzywiła się lekko. - To jest pierdolony psychol. - szepnęła, gdyż ściany mają uszy i nie zdziwiłaby się, gdyby Dexter miał tu swoich ludzi. - P s y c h o l. - przeliterowała. - Płakałaś?

- Nie. - Zacisnęła usta w wąską linię. - Zgodził się mnie wysłuchać. - Cheryl odchyliła się do tyłu, jakby co najmniej ktoś miał ją potraktować kwasem.

- Że co? - złagodniała. - On nie słucha ludzi.

- Dał mi minutę, więc musiałam się uwinąć. - wzruszyła ramionami i założyła kosmyk hebanowych włosów za ucho. - Choć jego partnerka chyba mnie nie polubiła.

- Partnerka? - zgięła się w pół i wybuchnęła śmiechem. - Skarbie, on nie ma partnerki. On rżni... - Odchrząknęła na widok grymasu na twarzy Danielle. - Nieważne. On nie miewa partnerek. No chyba, że do seksu. - dodała. - Słyszałam, że miał żonę, ale biedna nie wytrzymała zbyt długo. Widziałam jeden artykuł na temat ich rozwodu, jednak zniknął tak szybko jak się pojawił. Ceni sobie prywatność, w sumie się nie dziwię. Jest na świeczniku, otacza się różnymi ludźmi, więc to logiczne, że chce chronić swoją córkę. - Verdaz rozszerzyła zszokowana oczy.

- Och... - zagryzła lekko wargę. - Nie miałam pojęcia, że był żonaty, a tym bardziej, że ma dziecko.

- Taa, też się dziwię. - przejechała dłonią po rudych włosach. - Co ci powiedział? - posłała jej zmartwione spojrzenie.

- Nie był miły, ale... - wzięła głęboki oddech. - przyjął mnie na okres próbny.

- O chuju święty. - rozdziawiła buzię. - Jak ci się to udało? Przecież ten żniwiarz ścina wszystko. - Danielle uniosła kąciki ust, gdy ta zbierała szczękę z podłogi.

- Nie wiem. - szepnęła. - Chyba naprawdę potrzebowali osoby na to stanowisko.

- Cholera. - mruknęła, chodząc w tę i z powrotem.

- Jesteś na mnie zła? - Poruszyła drżącymi wargami, mocno obejmując się przy tym ramionami.

- Co? - Cheryl przystanęła. - Nie jestem na ciebie ani trochę zła. Skąd ten pomysł? - Kiedy wychowujesz się w rodzinie pełnej przemocy, każdy twój ruch jest pretekstem do gniewu, lecz Cerny tego nie mogła wiedzieć.

- Nie wiem, przepraszam. - Otarła łzę, która spłynęła jej po policzku. Cheryl znalazła się tuż obok niej.

- Hej, co się dzieje? - Uniosła dłoń, aby otrzeć jej policzek, jednak Danielle drgnęła. Zamarła z dłonią i zmarszczyła brwi. - Dani?

- To nic. - Cheryl widziała jak całe jej ciało nagle się napięło. - W porządku.

- Nie jest w porządku. Ty drżysz. - zerknęła na swoje dłonie i przymknęła powieki. - Hej, jestem tu. - szepnęła, jednak się nie poruszyła. - Jesteśmy w domu. - przytknęła. - Nic ci tu nie grozi. - Rozchyliła lekko wargi.

- Przepraszam, ja... - pociągnęła nosem. - Jestem idiotką.

- Co ty gadasz? - Chciała ją przytulić, jednak nie umknął jej mały krok, który Verdaz dała w tył. - Nie jesteś żadną idiotką.

- Wszystko się posypało. - Przetarła rękawem mokry nos. - Poszłam do kasyna, do którego nie pasuję.

- Bo to miejsce to pomiot szatana. - Zacisnęła usta w wąską linię. - Nie chciałam na ciebie naskoczyć. Nie chciałam cię przestraszyć.

- Och, nie. - posłała jej przyjazny uśmiech. - Nie boję się ciebie. - Cheryl przyjrzała jej się uważnie. - Znaczy... - wbiła w Cerny przerażone spojrzenie. - Nieważne.

- Gdybyś chciała pogadać, zawsze możesz do mnie przyjść.

- Czy... - przełknęła głośno ślinę. - Czy mogłabym się do ciebie przytulić?

- Oczywiście, że tak. - podeszła do niej i ostrożnie objęła ją ramieniem. - Chcesz spróbować? - zmarszczyła brwi. - Pracować u Riaza?

- Tak. - szepnęła, na co skinęła głową. - Chciałabym.

- W porządku. - czuła jak nadal mocno drży. - Chcę, żebyś coś wiedziała.

- Tak? - poderwała na nią spojrzenie.

- Riaz potrafi zmanipulować człowieka. - posłała jej blady uśmiech. - Jest władczy i w ogóle, ale także przystojny i zapewne pieprzy na solidną dziesiątkę. - Danielle oblała się rumieńcem. - Proszę cię, nie zbliżaj się do niego i broń Boże, nie zadurz się w tym mężczyźnie. On jest jak trucizna. Wchodzi mocno pod skórę i krąży w żyłach, zabijając od środka. - Przeszły ją ciarki. - Nie ufaj mu, to zły człowiek.

- Okej. - powiedziała po dłuższej chwili milczenia. - Nie musisz się martwić, ja chcę zarobić na studia. Nie szukam tam miłości.

- I dobrze. - wetknęła jej pukiel włosów za ucho. - Dexter Riaz nie zna pojęcia miłości. Jedyne, co jest ci w stanie dać to mroczna pustka.

Marcela 🖤

Continue Reading

You'll Also Like

108K 4.1K 47
Gabriel Braxton - zimny czterdziestolatek, który od lat nie pozwala nikomu zbliżyć się zbyt blisko. Bella - młoda, bezczelna i pełna życia dziewczyna...
120K 4.2K 37
,,Niebezpiecznie jest za bardzo się zapatrzyć" Przeszłość bywa brutalna i zostawia na człowieku znaczące piętno. Na Dylanie Torresie odbiła się niewy...
399K 3.4K 10
#2 Lost in Passion Życie trzydziestojednoletniego Zandera Kensingtona kręci się wokół samotnej opieki nad czteroletnią córeczką oraz pracy w rodzinne...
Clemency By Celeste

Teen Fiction

110K 5.2K 45
Mija trochę czasu od ostatniej rozmowy Nicholasa i Hope. Kobieta po kilku miesiącach rozpaczania bierze się w garść i postanawia spełniać swoje marze...
Wattpad App - Unlock exclusive features