Meredith
Wpatrywałam się w wodę lecącą z kranu. Zdążyłam już zapomnieć, po co ją odkręciłam i dlaczego w ogóle przyszłam do łazienki. Kiedy moje myśli znowu zaczęły przypominać jakiekolwiek słowa, zaczęłam się zastanawiać, jak długo tak stałam. Wyciągnęłam rękę i zakręciłam kran, potrząsając głową. Zerknęłam przelotnie w lustro, ale szybko odwróciłam wzrok. Świadomie zrobiłam to dopiero wczoraj wieczorem i się przeraziłam. Nie chciałam dłużej patrzeć na ten obraz nędzy i rozpaczy, wystarczyło, że równie rozpaczliwe obrazy co jakiś czas przesuwały się przed moimi oczami. Spojrzawszy przez małe okienko przy suficie, przypomniałam sobie, po co tutaj przyszłam. Żeby się wykąpać. Po raz pierwszy od... sama nie wiedziałam kiedy. Nie wiedziałam nawet, którego dzisiaj mamy, a o porze dnia wnioskowałam tylko na oko, oceniając to, co widziałam na dworze.
Czując obrzydzenie do samej siebie, weszłam pod prysznic, spłukując z siebie nie tylko zewnętrzny brud, ale mając wrażenie, że po raz pierwszy od dawna, w mojej głowie też robi się jaśniej. Jakbym potrzebowała tylu dni wegetacji, żeby zdać sobie sprawę, że jeszcze żyję. Tak. Że jeszcze żyję mimo nędzności rozciągających się przede mną perspektyw. Gdyby ktoś mnie zapytał, co robiłam odkąd odłączyłam się od moich bliskich, nie umiałabym odpowiedzieć na to pytanie. Niewiele pamiętałam. Musiałam się skupić nawet na tym, żeby przypomnieć sobie, gdzie w ogóle jestem i jak znalazłam się w hostelu, w którym obecnie wynajmowałam pokój. Myślę, że moja obecność tutaj też powinna zostać uznana za pewien sukces. Równie dobrze mogłam robić to samo w lesie pod jakimś drzewem. Tam też mogłam leżeć, wgapiać się w górę na przemian z płaczem i zaspokajaniem jakichś prymitywnych, ludzkich potrzeb. To do jakiego stanu się doprowadziłam, zaczynałam odczuwać dopiero teraz. Byłam odwodniona, niedożywiona, kręciła mi się w głowie przy najmniejszym ruchu i nie wiedziałam, ile spałam i czy w ogóle spałam.
Nie wiedziałam też, czemu właśnie teraz coś zaczęło do mnie docierać. Czemu poczułam, że powinnam wstać i zająć się sobą choć w najmniejszym stopniu. Szorowałam swoje ciało tak, jakby zależało od tego moje życie. Tak mocno, że aż zaczęła boleć mnie skóra. Może w ten sposób chciałam też zmyć z siebie całą wewnętrzną agonię, wyrzuty sumienia i przemożną chęć cofnięcia czasu.
Umarłabym w tym lesie. Umarłabym w tym lesie i nie pozwoliła na ból, który trawił mnie od wielu dni i był bólem znacznie gorszym od jakichś tam tortur. Gdybym nie była tak cholernie słaba, tak cholernie mało warta w porównaniu do ludzi, którzy byli dla mnie wszystkim, mogłabym teraz gnić w grobie. A może i bez grobu, bo nie miałam gwarancji, że zostałabym pochowana. Przynajmniej gniłabym z czystym sumieniem. Z przeświadczeniem, że zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić, by nie sprowadzać zagłady na swoją rodzinę. Świadomość, że mój ojciec zginął przez coś, co ja oddałam od tak, sprawiała, że momentami sama, gołymi rękami, chciałam wykopać dla siebie ten grób. Gdzieś podświadomie czepiałam się jednak pewnej myśli i teraz, wychodząc spod prysznica na brudną podłogę podrzędnego hostelu, w którym opłaciłam dwa tygodnie z góry, żeby nikt mnie nie niepokoił, uświadomiłam sobie, że ta sama myśl sprawiła, że się wreszcie podniosłam.
W końcu na śmierć zawsze przyjdzie pora, prawda?
Jeśli im się nie uda, jeśli coś pójdzie nie tak, w sierpniu i tak moje dylematy pozostaną nic niewarte, a sprawiedliwość dosięgnie mnie sama, bez mojego udziału. Nie mogłam powiedzieć, że na to czekam, bo o niczym tak nie marzyłam, jak o ich sukcesie (o ile ja w ogóle jeszcze o czymkolwiek marzyłam) i o tym, by mieli szansę na długie i szczęśliwe życie, na które zasługiwali, jak nikt na tym świecie.
Obiecałam coś Syriuszowi. Choć sama nie wiedziałam, co mu obiecuję i choć byłam pewna, że nie jest to nic warte, tej jedynej obietnicy chciałam mu dotrzymać. Żeby nie pomyślał, że to przez niego. Żeby nie obwiniał się, że mnie nie dopilnował, choć była to ostatnia rzecz, jakiej oczekiwałam. Znałam go jednak, znałam ich wszystkich i wiedziałam, że moją śmierć uznają za coś, czemu są winni.
Znałam ich i dlatego nie pojechałam na pogrzeb własnego ojca. Nie wiedziałam gdzie są i co się z nimi dzieje, ale wiedziałam, że za punkt honoru obiorą sobie właśnie to, by się tam pojawić. Dlatego ja tego zrobić nie mogłam. Im mniej o mnie wiedzieli, im mniej mieli powodów, żeby o mnie myśleć, im rzadziej mnie widywali (w ogóle), tym łatwiej będzie im o mnie zapomnieć. Chcąc nie chcąc, tak działa ludzka psychika i wiedziałam, że ich głowy też z czasem się temu poddadzą. Poza tym na pewno mieli bardzo dużo do zrobienia. Świat sam się nie ocali.
Uświadomiwszy sobie, że nie mam żadnych czystych ubrań, które mogłabym na siebie założyć, po raz pierwszy od wielu dni użyłam różdżki i wyczarowałam komplet bielizny, byle jaką koszulkę i pierwsze z brzegu szorty. Potem wykorzystałam ją jeszcze do sprawienia sobie szczoteczki, pasty i szczotki do włosów, po czym znowu wepchnęłam ją do kieszeni. Moje myśli o tym, że może gdybym prowadziła zwykłe życie przeciętnego mugola, nie zdołałabym skrzywdzić tylu osób, zabrnęły już tak daleko, że każde dotykanie różdżki przyprawiało mnie o dreszcze.
Kiedy już się odświeżyłam, wzięłam głęboki wdech i spojrzałam w lustro. Było minimalnie lepiej. Na pewno czyściej. Ale to najlepsze, co mogłam o sobie powiedzieć. Po raz kolejny podziękowałam samej sobie, że ścięłam włosy. Momentami miałam ochotę zrobić to jeszcze krócej, do samej skóry, by mi nie zawadzały, ale właściwie, jakie to miało znaczenie? W czym miały mi przeszkadzać, skoro i tak nie miałam nic do zrobienia? Skoro i tak nie miałam żadnego celu?
Za każdym razem myślenie o tym, że naprawdę nie wiem, co mogłabym dalej zrobić, przyprawiało mnie o mdłości. Teraz w połączeniu z tym, że nie jadłam od dwóch dni, sprawiły, że w ostatniej chwili zdążyłam rzucić się do sedesu. Nie miałam nawet czym wymiotować, ale mimo to spędziłam tak następny kwadrans, męczona skurczami pustego żołądka. Kiedy już minimalnie mi przeszło, podniosłam się ze łzami w oczach i jeszcze raz umyłam zęby. A potem wyszłam z łazienki i stanęłam bezradnie po środku swojego zabałaganionego pokoju. Nie wiedziałam jak długo tak stałam, prostując i zginając palce obu dłoni, nie mając pojęcia co zrobić i spoglądając, co jakiś czas na rozgrzebane łóżko. Ciągnęło mnie, żeby znowu się na nim położyć i już tak zostać. Z drugiej strony byłam tak głodna, że aż robiło mi się słabo, więc wiedziałam, że muszę się posilić. Poza tym czułam, że jeśli się położę grozi to tym, że znowu wpadnę w ten obrzydliwy marazm, o którym myślenie przyprawiło mnie o kolejne mdłości. Niewiele myśląc wypadłam z pokoju, nie dbając o to, żeby zamknąć za sobą drzwi, po czym zbiegłam na parter i nie zwracając uwagi na żadnych ludzi, szybko wyszłam na dwór.
Na zewnątrz panował taki skwar, że aż zakręciło mi się w głowie. Uniosłam rękę, osłaniając oczy, po czym starając się panować nad ekscesami swojego żołądka ruszyłam na poszukiwania sklepu albo chociaż jakiegoś kiosku, gdzie kupię pierwszego z brzegu batona, żeby choć trochę zaspokoić potrzeby organizmu. To zaskakujące, że dopiero dzisiaj poczułam je tak wyraźnie. Nie do końca pamiętałam nazwę małego miasta, w którym się znalazłam, wiedziałam tylko, że jest położone gdzieś niedaleko Cambridge. To, że byłam akurat tutaj było dziełem kompletnego przypadku. Jako, że nie miałam celu, nie dążyłam w żadne konkretne miejsce. Nie wiedziałam, na ile da się wieść się takie życie, ale starałam się o tym nie myśleć, bo to i tak nie miało sensu.
Potrząsnęłam głową, bo miałam wrażenie, że pośród całego tego zgiełku, który szalał w moim umyśle już od wielu dni, wkręciła mi się jakaś piosenka, beznadziejnie niepasująca do tego, co obecnie przeżywałam. Nie pamiętałam wykonawcy, nie znałam tytułu, nawet nie do końca rozumiałam tekst, bo była po francusku, ale by ironicznie parsknąć śmiechem, wystarczyło wiedzieć, że opowiadała o miłości do życia. Nie miałam pojęcia, skąd mój mózg nagle ją wygrzebał i dlaczego teraz irytująco, co jakiś czas, miałam ochotę ją nucić. Nie wiedziałam, kiedy ją poznałam, ale miałam wrażenie, że wtedy, jak i teraz, nie mogłam być zadowolona z tego jak żyję.
Wychodziło na to, że tak bardzo spaprałam sobie życie, że wiecznie czegoś żałowałam. Właściwie "czegoś" to za dużo powiedziane. Wtedy i teraz, żałowałam tego samego. A przez co to wszystko? Przez słabość i tchórzostwo.
Z całą mocą poczułam nagle, jak te wszystkie pozornie mniej pesymistyczne myśli, które mnie dzisiaj nawiedziły były tylko złudzeniem. Chciałam zwinąć się w kłębek tam, gdzie stałam i tak zostać. Ostatkiem silnej woli się przed tym powstrzymałam, wiedząc, że takie zachowanie sprowokuje tylko niepotrzebne zainteresowanie i pytania przechodniów, których dookoła było pełno. Obiecałam więc sobie, że za kwadrans z powrotem będę w łóżku. Znowu będę po prostu gnić w poczuciu tej beznadziejnej pustki i żalu. Siłą powstrzymując łzy weszłam do osiedlowego sklepiku i wydałam ostatnie drobne, jakie brzęczały mi w kieszeni, na kilka suchych bułek, dwa jogurty i wodę. Sprzedawczyni przyglądała mi się podejrzliwie, jakby nie była pewna, czy zaraz się nie przewrócę albo nie zacznę głośno szlochać. Cóż, sama nie byłam tego pewna. Udało mi się jednak jakoś przebrnąć przez te zakupy, podziękowałam i wyszłam z powrotem na ten cholery skwar.
Spojrzałam w kierunku drogi prowadzącej do hostelu. Walczyły we mnie dwie skrajności - jak najszybciej tam pójść, znowu schować się przed wszystkimi i samą sobą. Druga, znacznie słabsza, namawiała mnie do tego, żebym znalazła sobie jakieś przyjemne miejsce gdzieś w cieniu i tam się posiliła, bo miała już dość tych obmierzłych czterech ścian. Stałam więc przez kilka minut, szklistym wzrokiem wpatrując się w chodnik. Gdybym tylko obserwowała przechodniów, pewnie każdego łapałabym na zaskoczonym spojrzeniu. Okręcając reklamówkę na palcu czułam jak słońce dosłownie mnie parzy. Chyba w końcu to zmusiło mnie do tego, żeby się ruszyć.
Z zaciśniętymi zębami poszłam w kierunku zacisznego parku, który potem przeradzał się w niewielki las. Pełno tam było rodzin z dziećmi, zakochanych par, które spacerowały za rękę i ludzi z psami, które wesoło plątały się między nogami. Szłam szybkim krokiem, przepychając się przez tą ciżbę z postanowieniem, że znajdę jakąś najdalej położoną ławkę, najlepiej przy samym lesie, by mieć jak najwięcej spokoju. Dni spędzone w samotności zaczęły zmieniać mnie w aspołecznego odludka, który czuł dziwny strach przed ludźmi, za każdym razem, kiedy musiał się z nimi zetknąć.
Byłam na bardzo dobrej drodze ku temu, żeby doszczętnie oszaleć.
Na szczęście udało mi się znaleźć jakąś zapomnianą ławkę, stojącą przy ścianie lasu, omijaną przez wszystkich, którzy chcieli zaczerpnąć trochę witaminy D i spędzić mile czas w centrum parku. Z daleka wypatrzyłam nawet obleganą budkę z lodami i wózek z watą cukrową. Obserwując wszystkich tych ludzi z bezpiecznej odległości, schowana w cieniu, gdzie wcale nie było aż tak gorąco, bo wiał lekki wiaterek, wyjęłam bułkę i zaczęłam ją skubać. Robiłam to bez żadnej przyjemności, ale zapełniała mój pusty żołądek, więc zawsze była z tego jakaś korzyść.
Patrząc na ludzi kłębiących się w parku, zaczęłam się zastanawiać, jaki jest dzień tygodnia i którego w ogóle dzisiaj mamy. Nie miałam pojęcia, jak to się stało, że mój mózg zapomniał przyswajać taką informację, skoro tak bardzo zależało mi na tym, by do sierpnia całe to piekło, które okresowo uwielbiało nas nawiedzać, dobiegło końca. Obiecałam sobie, że kiedy wrócę do hostelu, kogoś o to zapytam albo spróbuję znaleźć jakiś kalendarz, żeby nie wyjść na idiotkę. Człowiek tak bardzo nie orientujący się w czasie, to raczej niecodzienny widok. Sięgnęłam po kolejną bułkę i jogurt, czując jak robi mi się trochę lżej, a mdłości przestają mnie aż tak dręczyć.
Nie wiedziałam, jak długo już tak siedzę, ale w końcu odwróciłam wzrok. Obserwowanie dzieci, które mają rodziców; par, które mają siebie nawzajem; nawet tych, którzy mają swoje ukochane zwierzęta, stało się dla mnie zbyt bolesne. Zbyt duszące. Jedynym uczuciem, przed którym świadomie się wzbraniałam, była tęsknota. Wiedziałam, że jeśli to ona mnie przygniecie, już się spod niej nie wydostanę. A nieświadomie... bywało różnie. Odwróciłam się w stronę lasu i zaczęłam śledzić wzrokiem ptaki, przelatujące między drzewami. Starałam się też wsłuchać w odgłosy natury, żeby się wyciszyć i kiedy już mi się to udało, moją uwagę przykuła wiewiórka, wspinająca się po pniu jednego z drzew.
Obserwując jej poczynania, po raz pierwszy od dawna lekko się uśmiechnęłam. Aż poczułam, jak przez moje usta przeszło dziwne mrowienie, jakby dotąd były zdrętwiałe, niezdolne do tego, by wygiąć się ku górze. Natychmiast przybrałam poprzedni wyraz twarzy, jakbym pozwoliła sobie na coś, czego ktoś mi zabronił. Jakbym zrobiła coś, do czego nie miałam prawa. Mimo to dalej śledziłam wędrówkę wiewiórki, żałując, że nie mam przy sobie żadnych orzechów, żeby spróbować ją do siebie przywołać i poczęstować czymś smacznym. Wyczarowanie ich nie wchodziło w grę, nie miałam też przy sobie żadnych pieniędzy, za które mogłabym je kupić. Poza tym zanim wróciłabym ze sklepu, wiewiórka zdążyłaby zwiać. Myśl o pieniądzach przyprawiała mnie o ból brzucha. Musiałam jakoś zaopatrzyć się w gotówkę, ale to wymagało ode mnie jakiegokolwiek kontaktu z magicznym światem. Poza tym i tak byłam pewna, że wszystko było już w rękach Voldemorta, a jeśli nie - zaraz w nie trafi. Nie wyobrażałam sobie, że będę mogła tak po prostu wejść do Gringotta i poprosić o wypłatę pieniędzy w mugolskiej walucie. W końcu wszyscy już wiedzieli, komu przez tyle czasu pomagałam. To ciekawe, że bycie smakowitym kąskiem dla zwyrodnialców na usługach Voldemorta, uświadomiłam sobie dopiero teraz.
Uświadomiłam sobie i... wzruszyłam ramionami. Zamiast przejmować się niebezpieczeństwem, które może mi grozić, kiedy tak po prostu chodzę sobie po ulicach mugolskich miasteczek, zaczęłam się zastanawiać, czy da się pobrać pieniądze korespondencyjnie. Nie potrzebowałam ich dużo, tylko na jakieś podstawowe potrzeby. W momencie, w którym pożałowałam, że nie mam w zasięgu żadnej sowy, żeby to sprawdzić, aż podskoczyłam, bo na oparciu po drugiej stronie ławki usiadła właśnie... sowa. Zamrugałam zaskoczona, przyglądając jej się przez dłuższą chwilę. Ona też mi się przypatrywała, przekręcając głowę, jakby upewniała się, z kim ma do czynienia. Po chwili, podskakując, przemieściła się w moją stronę i wyciągnęła nóżkę, a ja dopiero teraz zobaczyłam, że ma do niej doczepiony list. Zamarłam, zaciskając palce na bułce i kompletnie ją zniekształcając. Nie musiałam wiedzieć, od kogo jest, i tak nie chciałam go czytać. Siedziałam więc bez ruchu, patrząc na sowę, a ona patrzyła na mnie. Po kilku sekundach zahukała zniecierpliwiona, jeszcze bardziej wyciągając nóżkę. Zaczynało to wyglądać komicznie.
— Nie mogę — powiedziałam cicho, czując się kompletnie idiotycznie. — Możesz go wyrzucić, nikt nie będzie miał żalu, serio.
Sowa patrzyła na mnie tak, jakby chciała powiedzieć, że równie dobrze ja mogę to zrobić, wcześniej uwalniając ją od koperty. Uznałam, że ma rację i szybko odwiązałam rzemyk, którym list był przymocowany. Rzuciłam go na trawę i podkopnęłam pod ławkę.
— Już — powiedziałam do sowy, mając wrażenie, że tak bardzo tęskniłam za możliwością rozmowy, że zaczęłam gadać do ptaka i myśleć, że mnie rozumie. — Wypełniłaś zadanie, możesz uciekać.
Sowa zahukała z oburzeniem, zleciała na ziemię, ze złością ominęła moje nogi, wzięła list w dziób, po czym rzuciła mi go na kolana. Westchnęłam ciężko, spoglądając na kopertę jak na tykającą bombę. Szybko domyśliłam się, że sowa mi nie odpuści.
— Zapłacili ci za to? — burknęłam z niechęcią. Spojrzałam na zgniecione resztki bułki, które trzymałam w ręku. Po chwili zastanowienia wyciągnęłam ją w stronę sowy. — A może mi dasz się przekupić? Jesteś głodna?
Sowa najpierw zmierzyła wzrokiem szczątki bułki, a potem mnie. Nie ruszyła się nawet o milimetr.
— Hm, to chyba znaczy nie — mruknęłam, wyrzucając bułkę na trawę i otrzepując dłoń o szorty. Z ciężkim sercem sięgnęłam po kopertę, a sowa zahukała przyjaźnie, jakbym w końcu zaczęła spełniać jej oczekiwania. Zerknęłam na nią i pomyślałam, że może jak zobaczy, że otwieram list, w końcu da mi spokój.
Myliłam się, bo nie poruszyła się nawet kiedy wyjęłam pergamin z koperty. Nie wiedziałam, kto ją tak przeszkolił, ale z pewnością komuś bardzo zależało, żebym przeczytała ten list. Postanowiłam się więc poddać, bo ostatnie o czym marzyłam to bycie dręczoną przez upartą sowę przez dwadzieścia cztery na siedem. Drżącymi palcami rozłożyłam pergamin i zaczęłam czytać. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to masa poprzekreślanych słów.
Mer,
Nie mam pojęcia, jak zacząć ten list, ani co napisać. Domyślam się, jak bardzo jest Ci ciężko i jak bardzo masz wszystkiego dosyć. Niczego od Ciebie nie chcemy, naprawdę, jeśli nie chcesz, nie musisz do nas wracać. Nie chcę też po raz setny pisać Ci, że nie mamy żalu i że nikt z nas nie jest Twoim wrogiem. Nie będę już powtarzać tego, co od nas usłyszałaś, bo nie pomoże to ani Tobie ani nam. Chcemy tylko wiedzieć, czy jesteś bezpieczna. Tyko to. Tylko daj znać, że nic Ci nie jest. Nie musisz pisać gdzie jesteś, co robisz ani co zamierzasz. Daj znać, że jesteś bezpieczna. Nie musisz się tłumaczyć, dlaczego nie było Cię na pogrzebie Twojego Taty, ale martwimy się, że coś się stało. Twój stryj nie ma z Tobą kontaktu, też drży o Ciebie z niepokoju. Nami się nie przejmuj, jesteśmy bezpieczni i działamy, ostatecznie wszystko to... dobrze się skończyło.
Myślimy o Tobie, pamiętaj o tym. Czekamy na wiadomość i błagamy na wszystko, żebyś ją do nas wysłała. Bez żadnych zobowiązań, wystarczą dwa słowa. Proszę.
Lily
Ps. Syriusz...
Postscriptum zostało bardzo dokładnie przekreślone, jedyne co byłam w stanie z niego wyczytać to pierwsze słowo. I to pierwsze słowo wystarczyło, żeby z oczu popłynęły mi łzy. Szybko się jednak opanowałam, ocierając je wierzchem dłoni i starając się ignorować fakt, że płyną kolejne. Po krzywych literach i stylistyce listu widziałam, że Lily pisała go w wielkich emocjach. Pewnie nie za bardzo wiedząc, jak powinna dobierać słowa. Złożyłam pergamin na pół, próbując odciąć swoją świadomość od tego, co przeczytałam.
— No, już — powiedziałam do sowy, drżącym głosem. — Masz, czego chciałaś. Możesz spadać.
Zamiast tego ptak znowu usiadł na oparciu ławki i wyciągnął w moim kierunku drugą nóżkę. Dopiero teraz zauważyłam, że ktoś przywiązał do niej małe pióro i jeszcze mniejszy kałamarz wypełniony atramentem. Zrozumiałam, że sowa nie tylko chciała zmusić mnie do zapoznania się z listem, ale też do tego, żebym na niego odpowiedziała.
— To jakaś paranoja — prychnęłam ze złością, odwiązując kolejny rzemyk. — Zabieram to, jesteś wolna. Dostarczyłaś przesyłkę, w obowiązki sowy nie wchodzi już nic innego. Jeśli nie jesteś głodna i gardzisz moją bułkę, możesz lecieć tam, skąd przyleciałaś. Żegnam.
Mój wywód spotkał się z tylko z gniewnym pohukiwaniem, a sowa nawet nie drgnęła. Zdenerwowana do granic możliwości, zaczęłam się zastanawiać, czy gdybym teraz zaczęła uciekać, to poleciałaby za mną i na oczach ludzi nagabywała mnie tak samo. Tutaj byłyśmy na tyle schowane przed wścibskimi spojrzeniami, że nikt nie zwracał na nas uwagi. I dobrze, jak nic ktoś zaraz doniósłby do najbliższego szpitala psychiatrycznego, że w parku siedzi wariatka, która rozmawia z nawiedzoną sową. A ja nie chciałam... nie mogłam odpisać. Im mniej, tym...
W moje przekonywanie samej siebie, wkradł się gwałtowny szelest. Jakby ktoś przedzierał się przez gęste krzaki. Podskoczyłam, a pergamin i kałamarz wysunęły mi się z rąk. Atrament się wylał i właśnie powoli wsiąkał w trawę, a sowa wyglądała tak, jakby chciała wydłubać mi oko. Zignorowałam ją, spoglądając w stronę lasu.
— Pewnie pies komuś uciekł i wpadł w ten gąszcz — mruknęłam sama do siebie, jednocześnie mając dziwną potrzebę podzielenia się swoimi spostrzeżeniami z towarzyszącą mi sową. Naprawdę było ze mną źle. — Widzisz, nie mam czym odpisać. Wypadki chodzą po ludziach. Możesz się stąd zbierać.
Znowu na mnie zahukała, ale przestałam poświęcać jej uwagę, bo ten dziwny szelest brzmiał inaczej, niż jakby między krzakami biegał psiak. Poza tym szybko się oddalał, a ja mogłabym przysiąc, że usłyszałam też czyjś przyspieszony oddech. Rozejrzałam się szybko, spoglądając w kierunku ludzi w parku, ale nikt nie przebiegł na tyle blisko mnie, bym mogła usłyszeć coś podobnego. Podniosłam się i niepewnie spojrzałam w gąszcz. Sowie chyba wyczerpała się cierpliwość, bo zerwała się z ławki i z premedytacją pacnąwszy mnie otwartym skrzydłem w tył głowy, szybko odleciała.
— Wielkie dzięki — mruknęłam, patrząc na jej oddalającą się sylwetkę.
Przez chwilę jeszcze spoglądałam w stronę lasu, ale dźwięki się już nie powtórzyły. Chciałam więc usiąść i spróbować zapomnieć o liście, który męczył mnie jeszcze bardziej niż głód pół godziny wcześniej, ale zanim zdążyłam się poruszyć, w lesie ktoś krzyknął. Nie było mowy, że się przesłyszałam. Szybko obeszłam ławkę i obejrzałam się za siebie. Wyglądało na to, że nikt poza mną tego nie usłyszał. Dłuższą chwilę wahałam się, czy powinnam interweniować, ale cokolwiek się tam działo, zapewne dotyczyło mugoli. Mimo mojego obecnego wstrętu do magii, żaden z nich nie stanowił dla mnie zagrożenia, a myśl, że komuś może dziać się tam krzywda, nie dawała mi spokoju. Tyle się mówiło o napaściach na kobiety... Choć po krzyku ciężko było mi stwierdzić, czy głos należał do kobiety czy do mężczyzny, ta myśl ostatecznie sprawiła, że śmiało weszłam w las. Jeszcze nie tak dawno mi samej grożono, że...
Potrząsnęłam głową, wiedząc, że jeśli teraz poddam się przeszłości, nikomu nie będę w stanie pomóc. Z krótkim wahaniem sięgnęłam po różdżkę i rzuciłam na siebie zaklęcie niewidzialności, po zastanowieniu dodając jeszcze zaklęcie wyciszające. Lepiej było nie zwracać na siebie uwagi mugoli z różdżką w ręku. Przez dłuższą chwilę szłam po prostu przed siebie, nie mając pojęcia, w którą stronę powinnam się skierować. W myśl tego, że nie chciałam zwracać na siebie uwagi, nie mogłam zawołać i poprosić tego kogoś, żeby mnie nakierował.
Kiedy zaczynałam już myśleć, że może to jakieś dzieci, które po prostu się bawią, a ja panikuję bez powodu, krzyk się powtórzył. Tym razem był znacznie cichszy i miałam wrażenie, że ktoś bardzo cierpi. Przyspieszyłam kroku, dopiero teraz zdając sobie sprawę jak daleko w głąb lasu zdążyłam się zapuścić. Za drzewami, w niewielkim oddaleniu od siebie, usłyszałam jakąś szamotaninę. Zaczęłam biec. Dopadłam do pnia potężnego dębu i zamarłam.
Postać klęczącą na ziemi otaczała grupa osób w pelerynach. Na pewno nie byli to mugole. Dziewczyna, którą jeden z nich trzymał za włosy, miała całą twarz we łzach i krwi.
— I po co ci było uciekać przez pół kraju, co? — zapytał jeden z zakapturzonych mężczyzn. — Powinnaś wiedzieć, że i tak cię złapiemy.
— Ja nie.. ja nic... ja nigdy nie chciałam — wyszlochała dziewczyna, a jeden z mężczyzn uderzył ją w twarz tak mocno, że aż się zachwiała.
— Tak, tak — zaśmiał się kolejny z nich. — Twój pech, że zaczęłaś się uodparniać na eliksir. Wiesz, co z takimi każe robić Czarny Pan, prawda? Myślałaś, że biegnąc w stronę ludzi, powstrzymasz nas przed wypełnieniem polecenia? Polałoby się tylko więcej krwi. Nieładnie skazywać niewinnych na śmierć.
— Ja nigdy nie chciałam — wybełkotała znowu dziewczyna, próbując wyswobodzić włosy z uścisku oprawcy. — Usuńcie mi pamięć... ja nic nikomu nie powiem... usuńcie mi pamięć, proszę...
— Usuwanie pamięci nie jest równoznaczne ze sprzątaniem po sobie. Chcesz później chodzić jak kołowata między mugolami, żeby zwrócić na siebie uwagę? Pamięć da się naprawić, a my nie mamy teraz czasu na takie wpadki. Sierpień coraz bliżej.
Z moich ust wydarł się zdumiony okrzyk, nad którym nie zdołałam zapanować. Szybko zatkałam buzię dłonią, zapominając, że i tak mnie nie słyszą. Dowiedzieli się. Voldemort dowiedział się o dacie, po której już nic nie da się odwrócić.
Próbując się pozbierać po tej informacji i jakkolwiek zareagować, mocniej zacisnęłam palce na różdżce. Jaka była szansa, że dam radę pięciu rosłym facetom, zapewne podwójnie niebezpiecznym przez naćpanie ich eliksirem Voldemorta? Tak bardzo osłabiona zaniedbaniem samej siebie? Swoją drogą informacja o tym, że były organizmy, które uodparniały się na ten specyfik, mogła być... im bardzo pomocna. Pożałowałam, że sowa nie mogła już dłużej mnie znieść i odleciała. Znalezienie następnej, by dać im znać, zajmie za dużo czasu. A może... a może Patronus? Potrząsnęłam głową, zostawiając to na później. Miałam teraz większy problem. Zanim jednak zdołałam się przełamać i zainterweniować, jeden z mężczyzn wyjął z kieszeni nóż i dostawił go do gardła dziewczyny.
— Proszę, nie — wyszlochała, rękami czepiając się peleryn swoich oprawców, jakby już nie wiedziała, jak ma ich prosić o litość.
Wyszłam zza drzewa, ruszając szybko przed siebie, ale wszystko stało się tak szybko, że nie zdążyłam dobiec na czas.
— Nie brudź — warknął jeden z mężczyzn, wskazując na nóż. — Tryśnie krwią. Zrób to zaklęciem.
— O nie — prychnął nonszalancko morderca. — Za mała frajda.
I bez zastanowienia odjął nóż od gardła dziewczyny, wbijając go w jej plecy.
Znowu krzyknęłam i momentalnie mnie sparaliżowało. Mężczyzna, który trzymał dziewczynę za włosy, puścił jej bezwładne ciało tak, że twarzą uderzyła o ziemię. Trawa szybko barwiła się na czerwono.
— Idziemy — zakomenderował ten, który wyglądał na dowódcę grupy. — Mugole będą mieli zagadkę kryminalną na trzydzieści następnych lat, kiedy ją znajdą. Zabierzcie jej różdżkę.
Jeden z nich go posłuchał, po czym prawie równocześnie się deportowali. Czując, jak po policzkach płyną mi łzy, podeszłam bliżej, spoglądając na nieruchomą dziewczynę. Była młodziutka, nie dałabym jej więcej niż dwadzieścia lat. Rozejrzałam się bezradnie dookoła z myślą, że chociaż powinnam ją pochować, ale później mój wzrok przykuło coś, co śmierciożercom, zbyt pewnym siebie, najwyraźniej umknęło.
Dziewczyna wciąż oddychała.
Ronald
Nie wiedziałem, który już raz przemierzam tą samą drogę. Między schodami, a tą częścią korytarza na piętrze, na którą nikt się nie zapuszczał, bo i nie było takiej potrzeby - wszyscy idealnie mieściliśmy się po drugiej stronie. Chodziłem w kółko i bez celu, walcząc sam ze sobą, wiedząc, że już za długo zwlekam. Że zwlekam już o cały rok za długo. Nawet ponad rok. Wcale nie było tak, że wszyscy to widzieli, tylko ja pozostawałem ślepy.
Nie byłem ślepy. Za to głupi już tak.
Zastanawiałem się, co sprawiało, że właśnie dzisiaj postanowiłem w końcu załatwić tą sprawę, postawić wszystko na jedną kartę i powiedzieć prawdę. Może to, że nadszedł ten cholerny, tak wyczekiwany przez wszystkich dziesiąty czerwca i póki co jeszcze nic nie zdążyło się odwalić. Połowa ludzi w tym domu snuła się z kąta w kąt, podejrzliwie zerkając na wszystko, co jakkolwiek odbiegało od normy. Podskakując na każdy głośniejszy dźwięk, nawet jeśli było to zbyt mocne odstawienie szklanki na blat. Nie mogłem powiedzieć, że mnie to wszystko dziwi, sam byłem kłębkiem nerwów, ale atmosfera, która między nami zapanowała stała się nie do zniesienia. Wcale nie pomagała mi wypełnić dzisiejszego postanowienia. Zacząłem się wahać, że może jeszcze powinienem poczekać, ale... po co i na co? W najgorszej możliwej wersji zostały nam dwa miesiące. Więc jeśli tylko te dwa miesiące mogłem jeszcze wykorzystać... dlaczego nie? Dlaczego nie spróbować naprawić czegoś, co spieprzyłem już dawno temu?
Przystanąłem i spojrzałem w dół schodów. Nikogo nie było widać. Każdy próbował zająć się swoimi sprawami, choć wszystkim marnie szło skupianie uwagi. Nie wiedziałem, gdzie teraz przebywa Hermiona i jakim pretekstem powinienem wywabić ją z domu. Brzeg jeziora skąpany w blasku słonecznych promieni wydawał mi się idealnym miejscem na taką rozmowę. Tylko czy na pewno? Zagryzłem wargę, opierając się o balustradę. Hermiona nie lubiła upału, zawsze bolała ją od niego głowa. No, durniu, jak zwykle dajesz ciała, przemknęło mi przez głowę. Zdenerwowało mnie to jeszcze bardziej. Byłem na siebie tak zły, jak chyba jeszcze nigdy w ciągu swojego życia. Nawet wtedy, kiedy medalion Salazara Slytherina wyprowadził mnie na manowce i postanowiłem zostawić ich z tym wszystkim samych. Wtedy to nie była do końca moja wina, nie odpowiadałem za to, jak horkruks na mnie działał. Choć to on podżegał moje głupie myśli do złego, wiedziałem, że bez niego na głupich myślach wszystko by się skończyło. A teraz niszczyłem wszystko sam, własnoręcznie i na oczach wszystkich, z którymi obecnie przyszło mi żyć. Sprawiało to, że było mi wstyd nie tylko przed Hermioną, ale przed nimi wszystkimi.
Bo kochałem tą dziewczynę. Kochałem do szaleństwa i nic nie mogłem na to poradzić, choć momentami próbowałem, żeby ułatwić sobie życie. Wmawiałem sobie, że jest irytująca, przemądrzała i kłócimy się ze sobą średnio raz na dwa dni, niezależnie od tego, czy temat sporu rzeczywiście tego sporu wymagał.
Ale to nie przez to cały czas miałem wątpliwości, czy powinienem powiedzieć jej prawdę. To nie ona była w tym wszystkim problemem, bo zbyt długo i zbyt często powtarzałem sobie, że to ja nie będę dla niej zbyt dobry. Myślenie o tym, że byłem jedną z osób, która miała ogromny udział w pokonaniu Voldemorta, wcale mi nie pomagało. Wcale nie sprawiało, że w moich oczach stawałem się kimś... kimś jej godnym. Próby tłumaczenia sobie, że być może beze mnie Harry nie osiągnąłby tego wszystkiego, co już zdołał osiągnąć, już dawno odpuściłem. Choć był moim przyjacielem i kochałem go jak własnego brata, nigdy nie wyleczyłem się z tego obrzydliwego kompleksu, że on może wszystko, a ja jestem tylko kolejnym dzieckiem Weasleyów.
Och, jakie to myślenie było płytkie, jakie wstrętne. Dzieckiem Weasleyów. To raczej powinien być mój powód do dumy. Miałem piątkę wspaniałych, zdolnych braci i siostrę torpedę, która ze wszystkim i zawsze potrafiła sobie poradzić. Bill od czasów szkoły był geniuszem, wszystko przychodziło mu bez najmniejszego trudu. Charlie doskonale wiedział, czemu chciał się poświęcić i kiedy już to zrobił, swoją wiedzę o smokach przekuł w swój największy talent i powinność. O Percym może powinienem przemilczeć, ale mimo jego licznych błędów, osiągnął w Ministerstwie Magii oszałamiający sukces. Fred i George, którzy nigdy nie mieli ciągot do nauki, zajęli się czymś, czego nikt przed nimi nie wymyślił i sami byli w stanie stworzyć asortyment sklepu, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Cholera wie, jaki sukces by osiągnęli, gdyby nie wojna i... śmierć Freda. A Ginny? Choć była najmłodsza i każdy z nas zawsze miał poczucie, że jesteśmy za nią odpowiedzialni, wcale nie potrzebowała naszej pomocy. Zawsze trzy kroki przede mną, zawsze sprytniejsza i wiedząca, czego chce. W końcu ona i Harry nie mieli takich problemów, jak ja z Hermioną. Powiedzieli sobie wszystko, co powinni powiedzieć i mimo sypiących się wokół nieszczęść, oni na przekór wszystkiemu byli razem szczęśliwi.
A ja byłem tylko Ronem. Tylko przyjacielem Harry'ego Pottera. Nic więcej sam nie osiągnąłem, nic więcej nie umiałem robić dobrze, nie miałem żadnej pasji. Może poza szachami, ale co mi z tego, że tak dobrze potrafiłem w nie grać? To też nie była do końca moja zasługa, bo to bracia nauczyli mnie, jak rozgromić każdego przeciwnika.
Wyprostowałem się gwałtownie, potrząsając głową. Wiedziałem, że z takimi myślami totalnie przeginam, że wszystko, co próbuję sobie wmówić jest kwestią perspektywy, z której na to patrzę. Gdybym choć próbował spojrzeć na siebie przychylniej, pewnie okazałbym się nie gorszy od mojego rodzeństwa. Tyle, że nie potrafiłem tego zrobić i chyba z tego rodziły się wszystkie moje problemy. To moje ranienie ludzi, których kochałem, choć sam najchętniej natrzaskałbym sobie po twarzy za to, co wygadywałem. Nie mogąc uwierzyć w siebie zawsze winiłem za to innych, udając, że moje niepowodzenia i wątpliwości, nie są wytworem mnie samego. Nawet kiedy na horyzoncie znowu pojawił się ten... ten bułgarski przygłup. Choć przecież wiedziałem, że Hermiona nie ma z nim kontaktu już od dawna, choć nie było teraz możliwości, by jakkolwiek mogli się spotykać, nawet gdyby tego chcieli, i tak nie potrafiłem się uspokoić. Przetłumaczyć sobie, że to, za co wyżyłem się na Hermionie leży tylko w mojej gestii. Czy nie pokazała mi wtedy, w Hogwarcie, całując mnie do utraty tchu, że być może jej... że być może jej też... na mnie zależy? Nawet jeśli było to dla mnie tak abstrakcyjne jak wyobrażenie sobie Malfoya w Gryffindorze, ona chyba też coś do mnie... czuła.
Przełknąłem ślinę, uświadamiając sobie, że mój problem jest znacznie bardziej poważny, niż kiedyś wyłożyłem Syriuszowi. Nie chodziło tylko o to, że nie potrafię mówić o uczuciach. Ja nawet nie potrafiłem o nich myśleć jak dorosły człowiek.
— Ja nie... ja nie potrafię jej niczego powiedzieć. Nie potrafię. A kiedy widzę, jak ten Krum...
— Wybacz, że to powiem, ale ty sobie coś uroiłeś. Krum się pojawił, bo Fleur zwerbowała go do Zakonu w dobrej wierze. Słusznie zrobiła, bo każdy sojusznik jest nam na wagę złota. Hermiona rozmawiała z nim tak jak z dobrym znajomym, nie dając ci żadnych powodów do zazdrości. Co więcej, nawet gdyby rozmawiała z nim inaczej, bardziej sugestywnie, nadal nie mógłbyś mieć do niej żadnych pretensji, bo wasza relacja stoi w miejscu. Ona nie będzie na ciebie czekać całe życie. I lepiej pojmij to teraz. Zanim będzie za późno.
— Czasami sobie myślę, że mi i Hermionie nie jest pisane. U reszty to wszystko... jakoś tak inaczej idzie. W tym domu są same zakochane pary i...
— Nie same.
— Jeszcze do niedawna należałeś do tej grupy. Wszyscy potrafią mówić wprost o swoich uczuciach. Ja nie i tylko ciągle czuję tą cholerną złość na samego siebie. A potem przelewam ją na Hermionę, może nie do końca słusznie.
— I zaczynasz jakkolwiek reagować tylko wtedy, kiedy na horyzoncie pojawia się potencjalny konkurent? Tak się nie da. Musisz ruszyć z miejsca i nawet jeśli nie ze względu na siebie, to na Hermionę, uwolnić was z tego koszmaru. Albo odpuść i zostańcie przyjaciółmi z całkowitą wolnością w sferze życia uczuciowego, albo przestań szukać dennych wymówek, że nie potrafisz mówić o tym, co do niej czujesz i po prostu to powiedz.
— Łatwo ci wydawać osądy, kiedy jesteś całkiem inny ode mnie.
— Nikt cię nie uświadomił, że życie to ciągłe opuszczanie swojej strefy komfortu? Albo to zrobisz, albo szansa na coś bardzo pięknego przemknie ci koło nosa. Masz dwie opcje, ale niezależnie od tego, którą wybierzesz, nie możesz karać jej za swój własny brak odwagi. Jeśli Krum wykorzysta okazję i będzie wiedział, jak się koło niej zakręcić - brawo, punkt dla niego. Za to też nie będziesz miał prawa wyskakiwać do niej z pretensjami. Zrób jak uważasz, ale w walki ze swoimi demonami przestań wciągać Hermionę, bo jest warta o wiele więcej niż to, co aktualnie od ciebie dostaje.
Nikt nigdy wcześniej nie sprecyzował tak bardzo moich problemów z samym sobą jak Syriusz. Nikt nie był też tak bardzo szczery, szczery tak, że aż momentami bolało. Ale samo to, jak zakończył swój wywód powinno już wtedy zadziałać na mnie jak kubeł zimnej wody — że jeśli przez własną głupotę stracę Hermionę, będę ostatnim frajerem tego świata. Cóż, wtedy zrobiłem tylko to, na co zdołałem się odważyć. Przeprosiłem ją, znowu zaczęliśmy normalnie ze sobą rozmawiać, a ja naprawdę robiłem wszystko, żeby co drugi dzień nie sprawiać jej przykrości. Jako, że Krum w naturalny sposób zniknął z horyzontu, było to dla mnie łatwiejsze. Wiedziałem jednak, że jeśli im się uda, a z całych sił wierzyłem, że tak będzie, bułgarski przygłup jeszcze dostanie swoją szansę. Musiałem więc wytrącić mu ją z rąk i po prostu go uprzedzić. Powiedzieć jej wszystko to, co... we mnie było. I zobaczyć, co ona na to. Jeśli mnie odtrąci... cóż, będzie to jakieś rozwiązanie moich dylematów. Najgorsze pod słońcem, ale zawsze jakieś będzie.
Gdybym miał ująć w kilku słowach, co sprawiło, że szybkim krokiem zbiegłem po schodach, nie dałbym rady. Na chwilę przystanąłem na korytarzu, zastanawiając się gdzie ją znajdę. Postanowiłem sprawdzić w kuchni, skąd dochodziły czyjeś głosy. Kiedy wszedłem do pomieszczenia, w środku zastałem Jamesa, Syriusza, Remusa i Harry'ego, którzy o czymś głośno rozmawiali. Pewnie o horkruksie, bo to był u nas temat na czasie, odkąd Dumbledore opowiedział nam historię rękojeści. Kiedy się im przyjrzałem, zrozumiałem, że określnie tego, co się tutaj działo, rozmową było zbytnio na wyrost. Rozmawiali tylko Harry i Remus, James spał z rękami złożonymi na stole, a Syriusz wgapiał się w blat, jakby ten był najbardziej interesującą rzeczą na świecie.
— Wszystko dobrze? — zapytałem, podchodząc bliżej. Wyglądało to dość dziwnie. Swoje pytanie kierowałem w dużej mierze do Syriusza, ale zerkałem też na Jamesa.
— Tak, a co ma być źle? — odpowiedział Syriusz pytaniem na pytanie, podnosząc na mnie wzrok. Po plecach przebiegł mi dreszcz, kiedy zajrzałem w pustkę, którą miał w oczach.
— Jeszcze nic nie spada nam na głowy, na razie możemy więc uznać, że magia wskrzeszeń nie lubi w obchodzenie rocznic — powiedział Harry.
— A James? — zapytałem, mierząc jego ojca wzrokiem. Wciąż było mi dziwnie mówić do niego po imieniu, ale nie próbowałem już wracać do formy "pan". To teraz też byłoby dla mnie dziwne. — Może niech pójdzie się położyć, a nie śpi tak na twardym.
— Nie śpi — mruknął Rogacz zaspanym głosem, unosząc głowę. — Trochę mnie muli, bo pół nocy przesiedziałem nad notatkami, które dał mi Voldemort. Wiesz, wdraża mnie w życiorys Dumbledore'a.
Remus parsknął śmiechem.
— Coś pokręciłeś.
James zmarszczył brwi, analizując, o co mu chodzi.
— Fajnie byłoby dostać jakieś notatki od Voldemorta, może co nieco by nam rozjaśniły — dorzucił Harry, puszczając do ojca oko. Zaśmiałem się, a James w końcu zrozumiał.
— Ech, szydercy — prychnął, znowu układając głowę na ramionach. — W każdym razie wiecie, o co mi chodzi. Dumbledore ma tego od cholery, więc siedziałem do piątej nad ranem, a i tak nie skończyłem. Teraz mam tak ciężki łeb, że dajcie spokój.
— Jutro kończy się nasza niewola, więc będzie można działać bardziej, niż tylko czytając notatki. Sam intensywnie myślę, gdzie moglibyśmy w pierwszej kolejności zacząć szukać, ale na razie nic nie przychodzi mi do głowy — westchnął Harry. — Może to dlatego, że cały czas podświadomie blokuje mnie przymus siedzenia tutaj.
— Zmiana daty nie sprawi, że wszystkie twoje problemy się rozwiążą — mruknął tępo Syriusz. — Jutro będą tak samo trudne, jak są dzisiaj.
Nikt nic nie powiedział. Miałem wrażenie, że dół, w którym od kilku dni tkwił Syriusz, zamiast zmniejszyć się po liście od rodziców Neville'a, tylko się pogłębiał. Miałem ogromną nadzieję, że nie dojdzie do momentu, w którym nie da rady się już z niego wygrzebać.
— To wszystko jest takie... takie irytujące — warknął nagle Remus, zrywając się od stołu. Zaczął chodzić w kółko po kuchni, a my wodziliśmy za nim zaskoczonym wzrokiem. Potarł niespokojnie ramię, po czym stanął przy blacie i zaczął stukać butem o podłogę.
— Co konkretnie, Luniaczku? — ziewnął James. — Jeśli to samo, co zawsze, to nie było pytania.
— Nie było pytania — warknął Remus, a ja jeszcze przez chwilę mu się przyglądałem. Wszystkim za bardzo udzielał się stres, podziwiałem więc Jamesa, że w tym wszystkim poddaje się senności. Gdyby ktoś mi dzisiaj powiedział, żebym się zdrzemnął, to chyba bym go wyśmiał.
— Widzieliście może Hermionę? — zapytałem pozornie obojętnym tonem, co oczywiście z automatu sprawiło, że w swojej głowie zabrzmiałem bardzo nienaturalnie.
— Nie — odburknął Remus, a ja zmarszczyłem brwi, przenosząc na niego wzrok.
— Luz, tylko spytałem — odpowiedziałem pospiesznie.
— Co tak agresywnie, Remusie? — zdziwił się James, znowu podnosząc głowę i wyglądając przy tym, jakby go to zirytowało. — Nie dalej jak kwadrans temu, sam uspokajałeś Remusa. Przestań gryźć ludzi.
— Harry'ego — poprawił go automatycznie Syriusz.
— Tak, tak Harry'ego.
— Musiałeś użyć właśnie tego słowa? Właśnie tego? — Uniósł się jeszcze bardziej Lunatyk.
Wymieniliśmy z Harrym zaskoczone spojrzenia.
— O co ci chodzi? — zapytał w końcu Syriusz zmęczonym głosem. — Jakie słowo ci tak bardzo nie podpasowało?
— Gryźć! — wrzasnął Remus, po czym chyba sam zrozumiał, że przegina, bo się zreflektował i zakrył twarz dłońmi. — Przepraszam. Przepraszam, naprawdę. Nie wiem, chyba zaczyna mi odbijać. Od paru dni znowu... znowu myślę o mojej likantropii, a dzisiaj cały ten stres mnie wykańcza i to wszystko się we mnie skumulowało. Odwala mi, przyznaję się bez bicia i jeszcze raz przepraszam.
Zanim ktokolwiek z nas zdążył mu odpowiedzieć, do kuchni weszła Dora i zatrzymawszy się w drzwiach, popatrzyła po nas tak, jakby chciała zadać nam jakieś pytanie, ale nie była pewna, jak powinna to zrobić.
— Co? — zapytał Remus, patrząc uważnie na żonę. — Stało się coś?
— Czy... ja... czy ja wyglądam tak jak zawsze?
Wbiliśmy w nią zaskoczony wzrok.
— Eee... — zawahał się Harry. — No tak. A... a czemu pytasz?
— Bo mi odwala — pożaliła się, nieświadomie cytując swojego męża. Opadła na krzesło obok Syriusza i podparła się o stół. — Mam wrażenie, że kolor włosów mi się zmienia, chociaż świadomie nic z nim nie robię. Ostatnie dwadzieścia minut spędziłam na staniu przed lustrem i z której strony bym na nie nie patrzyła, wyglądają inaczej.
Wszyscy w tym samym momencie zaczęliśmy wpatrywać się w jej głowę i byłem pewien, że z boku musiało wyglądać to bardzo zabawnie.
— Nie widzę różnicy — powiedział w końcu James, mrugając gęsto, jakby chciał wyostrzyć spojrzenie. — Ale ja jestem tylko facetem i jeśli kolor twoich włosów zmienił się o pół tonu i teraz ich kolor ma nazwę, której nie znam, to ci nie pomogę.
— Dla mnie też wyglądają tak samo, jak zawsze — zgodził się Syriusz.
Razem z Harrym również przytaknęliśmy.
— Wiesz dobrze, kochanie, że czasami, kiedy jesteś pod wpływem silnych emocji one same zmieniają kolor, nie panujesz nad tym — powiedział Remus uspokajającym tonem, biorąc ją za rękę. To niesamowite jak szybko stłamsił własne lęki, byle tylko ją pocieszyć. — Dzisiaj wszyscy żyjemy w stresie, może stąd te różnice.
— Może — odparła powoli Dora, po czym wzruszyła ramionami. — Ale nie czuję się jakoś strasznie zestresowana. Nie lubię tego robić na zapas, a skoro jest spokój, to i ja jestem w miarę spokojna. Ale ten dzień jest taki... dziwny. Taki... fuj.
— Co wy wszyscy dzisiaj wygadujecie, to ja pojęcia nie mam — mruknął James, znowu wyglądając tak, jakby przysypiał. — "Taki fuj". Ale w sumie... jakby człowiek ujął to innymi słowami, to coś w tym jest. Dawno nie czułem się taki... taki skapciały.
Remus westchnął.
— Dobrze, że nikt z zewnątrz nas nie słyszy, bo osobiście chyba nigdy nie byłem świadkiem rozmów na tak wysokim poziomie.
— Ty nadajesz im ton — mrugnął do niego James, co sprawiło, że napięcie lekko się rozładowało, bo wszyscy parsknęli śmiechem. Też się zaśmiałem, bardziej z grzeczności, bo nawet przez chwilę nie zapomniałem o swoich dzisiejszych planach.
— Doro, widziałaś gdzieś Hermionę? — zagadnąłem ją cicho, kiedy Harry i Remus znowu pogrążyli się w rozmowie, James wyglądał jakby naprawdę zasnął, a Syriusz... Syriusz sprawiał wrażenie, jakby i tak niczego nie słyszał.
— Ostatnio była w salonie, może jeszcze ją tam spotkasz. — Już miałem jej podziękować i ulotnić się we wskazanym kierunku, kiedy nagle chwyciła mnie za nadgarstek, a oczy jej rozbłysły. — A co, a co?
Przełknąłem ślinę, uciekając przed jej wzrokiem. Prześwietlał mnie na wylot. Czy ja miałem na czole wypisane wszystkie swoje wątpliwości?
— Eee... chciałem... chciałem z nią porozmawiać? — W tym momencie czułem się tak onieśmielony, że zabrzmiało to bardziej jak pytanie, niż spokojne stwierdzenie faktu.
— W końcu — szepnęła podekscytowana. Popatrzyłem na nią ze zmarszczonymi brwiami i z powrotem usiadłem na krześle. Postanowiłem nie zgrywać głupka, skoro w jakiś sposób i tak się domyślała.
— Skąd wiesz, że chcę się... rozmówić akurat w tej sprawie? — zapytałem, z trudem dobierając słowa.
— Bo jesteś tak przerażony, że nie wyglądałbyś tak, gdybyś chciał pogawędzić z nią o pogodzie — odparła, szczerząc do mnie zęby. — No idź. Korzystaj póki jeszcze masz czas i możliwości. Żyjemy takim życiem, że człowiek nigdy nie jest pewien jutra.
Popchnęła mnie lekko ku wyjściu z kuchni, a ja tylko nieśmiało się do niej uśmiechnąłem. Miałem jakieś głupie przeczucie, że gdybym wszystkim obwieścił swoje dzisiejsze zamiary, utworzyliby wokół mnie koło i zaczęliby kibicować niczym cheerleaderki. Wtedy już na sto procent bym odpuścił.
Po opuszczeniu kuchni zmusiłem się, żeby śmiało ruszyć do salonu, na nic nie czekać i już się nie wahać, bo znałem swoje możliwości i wiedziałem, że jeszcze bez powodu zawieje mnie na górę i wtedy całą operację będę musiał rozpoczynać od nowa. Zamarłem jednak w progu, usłyszawszy, że w salonie trwa bardzo ostra dyskusja, jeśli nie awantura. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie wszyscy wrzeszczą na siebie wzajemnie, tylko Linnet i Mikkel. Po chwili przysłuchiwania się, zrozumiałem, że temat znowu dotyczy Mer. Wzrokiem wyłowiłem wciśniętą w fotel Hermionę i odetchnąłem z ulgą. Poszukiwania mogłem uznać za zakończone sukcesem. Pierwszym do kolekcji tych dzisiejszych zmagań z samym sobą.
— To jest wprost nieprawdopodobne, że mnie poili tym świństwem od Voldemorta, a ty się migałeś, skoro to ty jesteś taki beznadziejnie bezwzględny! — krzyczała właśnie Linnet. Razem z Mikkelem sprawiali wrażenie jakby obecność Ginny i Hermiony nic im nie robiła, a one dwie wyglądały, jakby były przerażone tym, co się dzieje. Podejrzewałem więc, że kłótnia powstała ze zwykłej rozmowy.
— Ja jestem rozsądny, a nie bezwzględny! Po prostu... za błędy się płaci, czy nie tak?!
— To dlaczego na mnie się nie mścisz za to, co zrobiłam Jamesowi?
— Bo nie byłaś sobą.
— Mer też nie była sobą, robili jej krzywdę, gdyby mogła decydować z trzeźwym umysłem, nigdy by nie...
— Jesteś tak nudna z tym swoim tłumaczeniem jej, że nie chce mi się tego słuchać.
— A ty jesteś cholernym durniem i czasami się nie dziwię, że zlądowałeś właśnie w Durmstrangu, tam jest pełno takich...
I tak dalej, i tak dalej. Gdybym ja miał wyrokować w tej sprawie, stwierdziłbym, że oboje są nudni i niepotrzebnie wciąż wracają do tego tematu. To nie był pierwszy raz, kiedy Mer była powodem ich sporu, a zamiast jakoś się dogadać, albo choćby uszanować swoje wzajemne zdanie, cały czas skakali sobie do oczu. Drgnąłem, kiedy uświadomiłem sobie, że pewnie niektórzy z takim samym zniecierpliwieniem myśleli o mnie i o moim zachowaniu względem Hermiony. Wcale nie dodało mi to pewności siebie, ale widziałem, że razem z Ginny już na mnie spojrzały, więc nie było odwrotu. Zastukałem we framugę, wymyślając pretekst naprędce.
— Hermiono, Harry cię szukał — powiedziałem, mając nadzieję, że brzmię wystarczająco obojętnie, żeby już nikt poza Dorą, nie zaczął żywić wobec mnie żadnych podejrzeń. A najbardziej chodziło mi o Hermionę, dopóki sam jej wszystkiego nie powiem.
— Już lecę — odpowiedziała, chyba z ulgą przywitawszy fakt, że może wymiksować się ze świadkowania tej aferze. Zagryzłem wargę, widząc, że Ginny też skorzystała z okazji i podniosła się razem z nią. Linnet i Mikkel zdawali się niczego nie zauważać, a mi przemknęło przez głowę, że jeśli tak dalej pójdzie, będziemy świadkami kolejnego, dramatycznego rozstania. No, może przegiąłem. Żadne rozstanie nie będzie bardziej, ani nawet tak samo dramatyczne jak te, które zafundowali nam Meredith i Syriusz. Przez jakiś ułamek sekundy zastanawiałem się, czy Mer otrzymała nasz list, ale później znalazłem się na korytarzu z Hermioną i moje myśli pochłonęło coś zupełnie innego. Ginny po cichu zamknęła za sobą drzwi do salonu, stając obok nas.
— Boże, Ron, spadłeś nam z nieba — westchnęła, udając, że ociera czoło. — Tej dwójce odbija, już miałam dość słuchania tego. Wiem, że mnie nie wołałeś, ale wybacz, że się podpięłam. Pójdę z Hermioną sprawdzić, o co chodzi Harry'emu, może też się przydam. Coś się stało w ogóle, że masz taką minę?
Zająknąłem się, nerwowo pocierając kark.
— Tyle... tyle, że... Harry wcale nikogo nie wołał — wypaliłem, czując jak moją twarz oblewa rumieniec. Nienawidziłem tego, czułem się wtedy obnażony ze wszystkich swoich uczuć, nawet jeśli próbowałem ukryć je bardzo głęboko. Choć nie patrzyłem w ich kierunku, czułem, że zarówno Hermiona, jak i moja siostra, wpatrują się we mnie jak w durnia. Nie wiedziałem jak z tego wybrnąć.
— Ach, tak, jasne — powiedziała nagle Ginny i palnęła się w czoło. — Jednak zmieniam zdanie, przypomniało mi się, że Fred... że Fred coś ode mnie chciał, więc... więc ten. To ja idę.
Po czym ruszyła w kierunku schodów na piętro, a ja mogłem przysiąc, że puściła do mnie oko.
— Dobra, teraz się tłumacz — zagadnęła mnie Hermiona, zakładając ręce na piersi. — O co chodzi? W końcu Harry czegoś chce czy nie?
— Czy wszystkie kobiety w tym domu mają rentgen w oczach — burknąłem pod nosem sam do siebie, po czym szybko się zreflektowałem, przenosząc wzrok na Hermionę.
— Co mówiłeś? — zapytała, marszcząc brwi. — Ron, czy ty się dobrze czujesz? Wyglądasz, jakbyś był chory.
— Chory na głowę? — zapytałem, szczerząc do niej zęby i próbując z tej dziwacznej sytuacji stworzyć jeszcze okazję do normalnej rozmowy.
— Nie, tak wyglądasz zawsze, teraz mam na myśli jakąś gorączkę czy coś, bo jesteś strasznie rozpalony i oczy ci błyszczą — odparła, uśmiechając się krzywo.
Jak zwykle byliśmy w punkcie wyjścia. Przekomarzanie się zawsze było czymś, co wychodziło nam najlepiej i z czym czuliśmy się najswobodniej. Może dlatego jak dotąd nie potrafiliśmy poważnie porozmawiać o sobie. Co ciekawe, Hermiona też nie próbowała inicjować żadnej rozmowy, na co miałem dwa wytłumaczenia, jedno w jakiś sposób gorsze od drugiego. Pierwsze było takie, że odtrącana moim beznadziejnym zachowaniem, bała się podejmować ten temat. Drugie, że wcale nie chciała go podejmować, bo nic do mnie nie czuła i to, że pocałowała mnie podczas Bitwy o Hogwart, było tylko chwilą dziwnego zapomnienia pod wpływem szalejącej w niej adrenaliny. W końcu wszędzie wokół trwały walki, był taki rozgardiasz... Wzdrygnąłem się na samą myśl o tym, że to ta druga opcja jest tą prawdziwą.
— Zaczynasz mnie przerażać — mruknęła Hermiona, mierząc mnie uważnym spojrzeniem. — Powiesz, o co ci chodzi? Skoro Harry niczego ode mnie nie chce, to...
— Ja coś chcę — wszedłem jej w słowo, zanim zdążyłem ugryźć się w język. — Ale... ale to nie tutaj. Wyjdziemy na zewnątrz?
Przez chwilę wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami, a we mnie zaczęła wzbierać dziwna irytacja, że naprawdę kobiety mają jakiś szósty zmysł, o którym nam, facetom, nawet się śniło. Ewentualnie w całym tym stresie byłem teraz wyczulony na każde, nawet najmniejsze drgnienie powieki i widziałem to wszystko dużo dokładniej, niż na codzień.
— Jasne — zgodziła się w końcu, kiedy już myślałem, że jeszcze chwila i się przewrócę.
Niewiele myśląc wyszedłem z domu i będąc już na zewnątrz przypomniałem sobie, że przecież powinienem przepuścić ją pierwszą. Cofnąłem się więc, idąc tyłem i przez to nie widząc, że Hermiona była tuż za mną. Wpadłem na nią, a ona, żeby nie upaść, musiała przytrzymać się framugi drzwi.
— Cholera jasna, przepraszam — bąknąłem, znowu mając wrażenie, że twarz zaczęła mi płonąć.
— W porządku — uśmiechnęła się Hermiona, ale już zbyt długo ją znałem, żeby nie widzieć, że też się niepokoi. Chociaż nie byłem do końca pewien, czy niepokój to dobre określenie. Właściwie nie miałem pojęcia, jak nazwać to, co widziałem na jej twarzy, więc chyba jednak nie znałem jej tak dobrze, jak myślałem.
— Proszę — mruknąłem, wskazując dłonią na wyjście z domu i starając się nie popełnić już żadnej gafy.
Schodząc po schodkach ganku, minęliśmy się z Lily, która była tak zamyślona, że zauważyła nas dopiero wtedy, kiedy o mały włos na nas wpadła.
— Och — mruknęła, mrugając gęsto, jakby myślami była zupełnie gdzie indziej i teraz próbowała przywołać się do porządku. — Wybaczcie. Jestem dzisiaj strasznie roztargniona.
— Coś się stało? — zapytała natychmiast Hermiona.
— Mam wrażenie, że dzisiaj wszyscy w tym domu nie mogą pozbierać myśli — mruknąłem pod nosem, wpychając dłonie do kieszeni. Byłem poirytowany, że znowu ktoś nam przeszkadza, bo wiedziałem, że zaraz od nowa będę musiał się do wszystkiego zbierać. Miałem już w głowie ułożone wszystko, co chciałem powiedzieć, a każda dygresja sprawiała, że robiła mi się sieczka z mózgu.
— Nic się nie stało, po prostu się martwię — westchnęła Lily. Dopiero teraz dostrzegłem, że ma w rękach jakieś kwiaty, których nazwy nie znałem. — Minął już rok od tego nowego początku i robiłam sobie coś na kształt... rachunku sumienia? Nie wiem, jak inaczej mogłabym to nazwać. Myślałam o wszystkim, co się wydarzyło. O tym, co zrobiłam dobrze, a o tym co kompletnie skopałam... Myślałam o Felixie i o tym, że nie odwiedzamy go już od tak wielu miesięcy... Jakoś nie mogę się dzisiaj pozbierać, wszystko jest takie... — zamrugała nagle, jakby się zreflektowała i na szybko próbowała przywołać na twarz coś na kształt dziarskiego uśmiechu. Był tak wymuszony, że aż ściskało mi się od tego serce. — Plotę od rzeczy. Nie słuchajcie mnie.
— Nie pleciesz, mówisz o swoich uczuciach — wyrwało mi się, zanim zdążyłem się zastanowić, czy aby na pewno chcę się odezwać. — To... ważne. Żeby, no wiesz... mówić o nich głośno.
Oczywiście, że się speszyłem, nie mogło być inaczej. Pewne strategiczne słowa, włączając w to wszystko, co związane z uczuciami, były tak trudne do wymówienia, że wręcz kaleczyły mi gardło. Złowiłem szybkie spojrzenie Hermiony i odchrząknąłem zakłopotany.
— Tak, to prawda, o uczuciach trzeba mówić głośno — uśmiechnęła się do nas blado Lily, patrząc przez chwilę na mnie, a później przenosząc wzrok na Hermionę. Uśmiechnęła się szerzej. — No, nie będę wam przeszkadzać. I tak szłam do domu, sprawdzić, co u mojego marudera. Od rana narzekał, że boli go głowa, więc to pewnie stąd te moje wylewne dzielenie się obawami. Po prostu się o niego martwię.
— James był w kuchni — odparłem pospiesznie. — Nie wyglądał na chorego, trochę tylko przysypiał, ale mówił, że to przez to, że nie spał w nocy.
— Nikt tak bardzo jak mój mąż potrafi nie wyglądać na chorego, nawet jeśli czuje się najgorzej na świecie — westchnęła Lily, zagryzając wargę. — Ale może to tylko na zmianę pogody, sama czuję, że te upały nie potrwają już długo. Ciśnienie się zmienia.
— Na pewno tak — powiedziała Hermiona, próbując ją pocieszyć, ale wszyscy w domu byliśmy zwolennikami teorii, że nowe leki Jamesa nijak nie umywały się do tych, które brał wcześniej i Merlin raczył wiedzieć, jakie będą ich skutki na dłuższą metę. Kompletnie nie dziwiło mnie to, że połowa domu się o niego martwiła. Właściwie skłamałem mówiąc o połowie — wszyscy się o niego martwiliśmy.
Lily pogładziła Hermionę po ramieniu, mi rozczochrała włosy nad czołem, chociaż byłem od niej sporo wyższy, po czym podążyła w kierunku drzwi wejściowych. Znowu zostaliśmy z Hermioną sami, a ja znowu musiałem zebrać się w sobie. Czując, że mimowolnie się czerwienię i obiecując sobie, że już po wszystkim wynajdę na to jakiś sposób, niezdarnie machnąłem dłonią w kierunku jeziora.
— Może... pójdziemy tam? Jeszcze nie miałem okazji się przejść, a wygląda naprawdę ładnie.
— Jasne, też już parę razy na nie popatrywałam i jakoś jeszcze nie znalazłam okazji na spacer — odpowiedziała, po czym ruszyła w kierunku wody. Stłumiłem w sobie głupi odruch, by wziąć ją za rękę, chociaż miałem na to przemożną ochotę. Zresztą nie pierwszy raz w swoim życiu.
Myśl o tym, że zaraz prawdopodobnie rozstrzygnie się to, czy kiedykolwiek będę mógł to robić przyprawiała mnie o jakieś dziwne, irytujące skurcze żołądka, które sprawiały, że miałem ochotę się wycofać. Zerknąłem kątem oka na jej zamyślony profil, ale ciężko było cokolwiek wyczytać z jej twarzy. Albo mi się wydawało, albo miała policzki lekko czerwieńsze niż jeszcze kilka chwil temu? Może to gra światła? Nigdy wcześniej nie odczuwałem swojego braku pewności siebie tak bardzo, jak teraz. Wyrzucałem sobie nawet to, że prowadzę ją nad jezioro, daleko od pozostałych domowników i być może wychodzi na to, że robię z tej rozmowy jakiś cyrk. Tak, na pewno wszyscy tak myślą. Dobrze, że bliźniacy byli od rana czymś zajęci i mnie nie widzieli, bo nie uniknąłbym przytyków z ich strony.
— Czemu tak wzdychasz? — zapytała Hermiona, kiedy byliśmy w połowie drogi do jeziora. Dookoła było naprawdę pięknie, aż pożałowałem, że znaleźliśmy się tutaj w takich, a nie innych okolicznościach.
— Ja? — zapytałem zbity z tropu. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że wzdycham.
— Odkąd ruszyliśmy westchnąłeś już sześć razy — zakomunikowała mi Hermiona. — Coś cię gryzie i zastanawiam się co.
— Gryzie — przytaknąłem, uświadamiając sobie, że nie ma żadnego znaczenia, czy zaczniemy rozmawiać teraz, czy dopiero wtedy, gdy dotrzemy do jeziora. — Od dawna się z tym męczę i doszedłem do wniosku, że... no, muszę przestać.
— Co przestać?
— No męczyć się z tym — odparłem kulawo. Dobra, zdawałem sobie sprawę, że to nie będzie proste, ale żeby aż tak? — Jak oni wszyscy to robią? — westchnąłem głośno, stawiając po prostu na szczerość. Za długo kręciłem i za długo udawałem przed samym sobą, przed nią i przed wszystkimi.
— Jacy wszyscy i co robią? Ron, mów jaśniej, proszę, to naprawdę stresujące — poprosiła Hermiona, zagryzając wargę. — Cokolwiek chcesz mi powiedzieć, po prostu wykrztuś to z siebie.
— Miałem na myśli Harry'ego, Jamesa, Remusa... nawet Syriusza, chociaż to trochę czas przeszły — powiedziałem, kiedy dotarliśmy do piaszczystej plaży. — Oni wszyscy nie mają z tym problemu.
— Z czym nie mają problemu? — zapytała Hermiona, a ja już po niej widziałem, że naprawdę siłą zmusza się do spokoju.
— Z mówieniem o... — przełknąłem ślinę, spoglądając na niespokojną taflę jeziora. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że wcale nie jest tak ciepło, jak mi się wydawało, kiedy wychodziliśmy z domu. — O tym wszystkim. — Widząc jej minę, przełknąłem ślinę. — No dobrze, już dobrze. Dam radę. Zrobię to. Przepraszam cię, że tak kręcę. I że jestem taki... taki okropny dla ciebie. Po prostu ja kompletnie nie potrafię mówić o tym, co... o tym, co czuję.
Miałem wrażenie, że kiedy wreszcie to z siebie wyrzuciłem, zrobiło mi się minimalnie lżej. Przynajmniej w końcu jasno nakierowałem ją na to, o czym chciałem rozmawiać.
— Och — mruknęła, choć zabrzmiało to prawie jak jęk. Ośmieliłbym się nawet powiedzieć, że jak jęk... ulgi? — To o tym chcesz mi powiedzieć.
Uśmiechnęła się szeroko, a choć niebo powoli się chmurzyło, ostatnie promienie słoneczne prześwietliły jej piękne, brązowe tęczówki. Na chwilę zaparło mi dech w piersiach. Nagle poczułem, że muszę powiedzieć jej prawdę. Że już się nie boję i że będzie mi źle jeśli tego nie zrobię, a nie wręcz przeciwnie, jak dotąd o tym myślałem. Wiatr szarpał burzą jej gęstych włosów i nie panując nad sobą, podniosłem rękę i odgarnąłem jej niesforny kosmyk z twarzy. Na chwilę, nie mogąc się powstrzymać, zatrzymałem palce na jej ustach, by szybko się zreflektować i schować rękę za plecami. Hermiona spłonęła rumieńcem, ale uśmiechnęła się szerzej. Wziąłem to za pewne przyzwolenie do tego, by w końcu do wszystkiego jej się przyznać.
— Widzisz... nie umiem mówić zbyt pięknie — odchrząknąłem zakłopotany, znowu pocierając kark. — Nigdy nie było mi z tym po drodze, ale chcę żebyś wiedziała, że...
— Takie rzeczy zazwyczaj można powiedzieć w dwóch słowach — poradziła mi pogodnie Hermiona, a światło słoneczne igrające z kolorem jej oczu, mąciło mi w głowie.
— Tak po prostu? — zdziwiłem się. — Chciałem najpierw wytłumaczyć ci dlaczego, po tym jak wrócił Krum... traktowałem cię tak okropnie. I dlaczego czasami jestem dla ciebie strasznie wredny. To wszystko przez moje własne... wady? Nie, może kompleksy będą tutaj lepszym słowem. Tyle razy się już kłóciliśmy, tyle obrzydliwych słów zdążyłaś ode mnie usłyszeć odkąd się poznaliśmy, ale ja już dawno zrozumiałem, jeszcze zanim... jeszcze przed Bitwą o Hogwart, że jesteś dla mnie ważna. I to dlatego... czasami mnie ponosi, bo mam wrażenie, że robię wszystko na odwrót, wszystko na opak. Dlatego tak bardzo szaleję z zazdrości o ciebie, bo boję się, że sam nie dorastam ci do pięt. Najpierw Krum, potem mi odbiło, kiedy zobaczyłem jak ty i Harry jesteście ze sobą blisko, a przecież to była tylko przyjaźń. Teraz znowu Krum, a w tym wszystkim ja... jestem pewien, że każdy z moich braci byłby dla ciebie o niebo lepszy.
— Nawet Percy? — zapytała z niedowierzaniem, jednocześnie się śmiejąc. Dostrzegłem, że w kącikach jej oczu zaszkliły się łzy. To pewnie od wiatru, pomyślałem z niepokojem.
— Nawet Percy — odparłem bez zająknięcia. — Czasami jest gnojkiem, ale ja... ja też nim dla ciebie bywam. I nie chcę już dłużej tego robić. Chcę, żebyś w końcu poznała prawdę, tylko...
— Tylko co? Ron, mówiłam ci już, takie rzeczy naprawdę można zmieścić w dwóch słowach. Tak po prostu.
Zagryzłem wargi, zbierając całe pokłady mentalnej siły, jakie w sobie nosiłem.
— No więc... dobrze — sapnąłem, nie mogąc się powstrzymać i wpatrując się we własne buty. — Hermiono, ja...
Nagle poczułem jak delikatnie ujmuje mnie pod brodę i zmusza do tego, żebym spojrzał jej w oczy.
— Teraz mów — szepnęła, a ja bez reszty utonąłem w jej spojrzeniu. Po raz pierwszy w życiu, tak bardzo pozwoliłem temu uczuciu sobą zawładnąć.
— Hermiono... kocham cię.
Zacisnęła usta, a po jej policzkach popłynęły łzy.
— W końcu — powiedziała zdławionym z emocji głosem. — W końcu to z siebie wykrztusiłeś. Uszczypnij mnie, bo nie wierzę, że nie śnię.
— Mówisz poważnie? — zapytałem, próbując żartować. Dopiero zaczęło do mnie dochodzić, na co się odważyłem. Euforia dopiero zaczynała mnie ogarniać.
— Zanim to zrobisz, możesz... zrobić coś innego. Coś lepszego — przysunęła się do mnie o kilka cali. — Bo teraz twoja kolej.
— Moja kolej? — nie zrozumiałem.
— Teraz albo nigdy, prawda?
I dopiero po tych słowach do mnie dotarło. Zanim sobie uświadomiłem, że Hermiona cytuje mnie sprzed ponad roku, zanim świadomie przywołałem do siebie tamte okoliczności i powód, dla którego tak powiedziałem, całowałem ją z takim zapamiętaniem, o jakim w życiu bym nie marzył. Ona też mnie całowała, oddając się tej pieszczocie bez reszty, przyciągając mnie do siebie tak blisko, jak tylko się dało. W pewnym momencie, stawiając nogę w tył, potknąłem się o jakiś kamień leżący zaraz przy nas i oboje wylądowaliśmy na piasku. Zaśmialiśmy się, ale nie przerwaliśmy pocałunku, a ja z całą mocą mogłem stwierdzić, że nie chcę tego przerwać już nigdy. Nie doskwierał mi nawet zimny wiatr, tak dziwny w porównaniu z nagrzanym od słońca piachem. Wszystko inne nie miało dla mnie znaczenia. Liczyła się tylko Hermiona i to, że to ja... Ja! Mogę ją teraz całować.
Nie wiem, jak długo to trwało, ale kiedy w końcu się od siebie odsunęliśmy, uświadomiłem sobie, że mam twarz całą mokrą od jej łez.
— Czemu płaczesz? — zapytałem, dysząc lekko i wciąż trzymając ją blisko siebie.
— Bo już straciłam nadzieję, że to się kiedyś stanie. Już się bałam, że to, co ja do ciebie czuję w końcu przerodzi się w prawdziwą niechęć, bo momentami miałam tego wszystkiego dosyć. Dlaczego tak bardzo dręczyłeś nas oboje? Nie mogę tego pojąć.
— Już ci mówiłem — odparłem głosem zdławionym ze wstydu. — To siedzi w moim zakutym łbie. Zawsze w nim siedziało. Nawet nie wiesz, jaką batalię musiałem stoczyć ze sobą, żeby... żeby w końcu się przemóc i zrobić to, co należało zrobić. Niezależnie od konsekwencji.
— Jakich konsekwencji?
— W końcu... nie odpowiedziałaś mi. Nie wiem, czy ty...
— Czy ja też cię kocham? — zapytała z niedowierzaniem Hermiona, biorąc moją twarz w dłonie. — Przecież to takie oczywiste, Ron. Myślałam, że mówię ci to już wtedy... w Hogwarcie, kiedy cię pocałowałam. Myślałam, że jeśli zrobię ten pierwszy krok, wszystko będzie dla nas prostsze.
Byłem tak szczęśliwy, że podobnie jak wcześniej swoich wątpliwości, tego też nie byłem w stanie opisać żadnymi słowami.
— A potem Harry Potter jak zwykle odwalił, zaczął wskrzeszać i nic nam nie wyszło z naszych deklaracji — zażartowałem, a Hermiona parsknęła śmiechem, pacnąwszy mnie lekko w ramię.
— Nie zwalaj wszystkiego na Harry'ego, od drugiego maja do dziesiątego czerwca mieliśmy trochę czasu, żeby uporządkować swoje sprawy. Zresztą potem też, dopóki nie zaczęło dziać się tak bardzo źle.
— Okazuje się, że jestem większym tchórzem niż myślałem, może Tiara Przydziału się pomyliła.
— Też nie wykazałam się odwagą, a ostatnio miałam wręcz wrażenie, że... mnie nie znosisz. Im bardziej się od siebie oddaliśmy, tym bardziej tłumiłam w sobie chęć powiedzenia ci prawdy, bo nie wiedziałam, jak zareagujesz. Błędne koło, Ronaldzie.
Popatrzyłem jej w oczy, mając dziwne przeświadczenie, że zdobyłem właśnie cały świat. Swój świat, bo trzymałem go w objęciach.
— Ale to już koniec tego błędnego koła, prawda? Już teraz możemy spróbować być szczęśliwi? Razem? Nawet jeśli... zostały nam dwa miesiące tego szczęścia?
Hermiona nachyliła się do mojego ucha.
— Wezmę, ile mogę — szepnęła, po czym to ona zaczęła mnie całować, a ja bez reszty się temu poddałem.
Kiedy się od siebie oderwaliśmy, poczułem przemożną chęć zadania jeszcze jednego, ważnego dla mnie pytania.
— I tak po prostu mi przebaczysz? To, jak okropny dla ciebie byłem?
— Przecież przeprosiłeś mnie już kilka tygodni temu, na imprezie zorganizowanej z okazji sukcesu Harry'ego z przemową do radia. Wciąż mam chować urazę?
— No nie, ale... — zająknąłem się, spuszczając wzrok. — Mnie gryzie to strasznie i pewnie będzie gryzło jeszcze bardzo długo.
— Będziesz miał coś w rodzaju pokuty. — Hermiona pokazała mi język. — Może następnym razem zanim powiesz o kilka słów za dużo, zastanowisz się dwa razy. Poza tym... ja też nie jestem wzorem do naśladowania. Ile razy byłam w stosunku do ciebie oschła i wyniosła? Musimy oboje nad sobą pracować. Bo teraz w końcu wszystko się zmieniło.
— Ale będzie mi dziwnie — szepnąłem z niedowierzaniem, nie mogąc oderwać od niej wzroku. — Mieć świadomość, że w jakiś sposób jesteś moja. I już nikt mi cię nie zabierze.
— Koniec zazdrości, prawda? — zapytała Hermiona, nagle poważniejąc. — Przestaniesz głupieć, jeśli jeszcze kiedykolwiek przyjdzie nam spotkać się z Wiktorem?
Uśmiechnąłem się szeroko, czując dziką satysfakcję, że to mi, a nie jemu się udało. Że to ja wygrałem, nawet jeśli on od jakiegoś czasu już w nic nie grał.
— Oczywiście. Wikuś może nawet stać się moim kumplem.
Hermiona przewróciła oczami, po czym się wyprostowała i pokręciła z niedowierzaniem głową.
— Kiedy się dzisiaj rano obudziłam, spodziewałam się wszystkiego łącznie z inwazją ufo i trąbą powietrzną, ale na pewno nie tego.
Zaśmiałem się, po czym wyplątawszy się z jej objąć, padłem jak długi na piach. Nie miałem pojęcia, czy kiedykolwiek w swoim życiu poczułem taką ulgę jak teraz. No, może w sierpniu zeszłego roku po powrocie Freda. To niesamowite, że najpierw prawie wszystko zniszczyłem, by teraz móc zaznać choć odrobiny tego szczęścia, którego tak długo sobie odmawiałem.
***
Nie wiedziałem, ile czasu spędziliśmy nad jeziorem, zaczynając rozmawiać o wszystkim i o niczym, jakbyśmy nadrabiali wszystkie te ciche dni. Podobało mi się też to, że mimo słów, które między nami padły, wciąż potrafiliśmy rozmawiać ze sobą tak po prostu, jak przyjaciele. Chyba to było w tym wszystkim tak ważne i stanowiło jeden z głównych powodów sukcesu par, z którymi obecnie przyszło nam mieszkać. Chłód znad wody zaczął nam się jednak dawać we znaki, więc uznaliśmy, że czas wracać.
Szkocja i ta wymarzona do życia pogoda. Nic dodać, nic ująć.
Kiedy weszliśmy do środka i upewniłem się, że nikogo nie ma na korytarzu, złapałem Hermionę za rękę, odwróciłem ją w swoją stronę i jeszcze raz mocno pocałowałem. Zarumieniła się i odsunęła, kiedy tylko usłyszała jakiś dźwięk dochodzący z salonu.
— Będziemy się ukrywać? Czy wszystkim powiemy? — zapytałem, sam się nad tym zastanawiając. Jakoś nieszczególnie wyobrażałem sobie oficjalne ogłoszenie w takiej kwestii.
— W końcu sami zobaczą — powiedziała po krótkim zastanowieniu. Po chwili uśmiechnęła się do mnie łobuzersko. — Wiesz, jakoś nie umiem sobie nas wyobrazić jako parę, która obnosi się ze swoimi uczuciami przed wszystkimi. Nie widzę więc problemu.
Prychnąłem śmiechem.
— Racja. Raczej nie będziemy się na siebie rzucać przy każdej możliwej okazji, chociaż...
W słowo wszedł mi jakiś okropny huk, dochodzący z góry. Z kuchni wypadło kilka osób, a ja i Hermiona momentalnie od siebie odskoczyliśmy. To był odruch, nad którym trudno było mi zapanować. Nikt jednak nie zwracał na nas uwagi, spoglądając w kierunku schodów.
— Co się stało? — zapytał nas James z niepokojem, po czym dziwnie cofnął się do tyłu. Miałem wrażenie, że się zachwiał. — To wam coś spadło?
Zanim zdążyliśmy zaprzeczyć, naszych uszu doszedł kolejny huk, a zaraz po nim krzyki.
— O nie — mruknąłem pod nosem, po czym nie zwracając na nikogo uwagi, popędziłem na górę, biorąc po kilka stopni naraz. Nie pomyliłem się, obstawiając, że odgłosy dochodzą z pokoju Freda i George'a. Wpadłem tam z takim impetem, że drzwi prawie wypadły z zawiasów.
— Co wy wyprawiacie?! — wrzasnąłem, widząc jak Fred z rozwalonym nosem, rzuca się na George'a z pięściami.
Nie odpowiedzieli mi, wpadając z rozpędu na przeciwległą ścianę. George uchylił się przed ciosem Freda, który przyłożył w szafę z całej siły i aż się wzdrygnąłem, słysząc odgłos pękającej kości. Niewiele myśląc wpadłem między nich, w tej samej chwili, w której z dołu zdążyła dobiec reszta. Fred wpadł w jakiś trudny do opanowania amok. Zgiąłem się wpół, kiedy zarobiłem od niego cios w żołądek.
— Panowie, panowie! — krzyknął Syriusz, dopadając do nas w kilku krokach, kiedy już zrozumiał, co się dzieje. Złapał Freda za ramiona i zaczął odciągać go od brata, a kiedy ja na powrót mogłem złapać oddech, jak najszybciej mu w tym pomogłem.
— Uspokój się — warknąłem, kiedy próbował nam się wyrwać. — Odbiło ci?!
— Puszczajcie mnie! — ryknął, a w oczach nie miał nic rozumnego. Czysty obłęd, który przeraził mnie nie na żarty. — Puszczajcie!
— Fred! — wrzasnęła Ginny, również wpadając między bliźniaków. George się nie poruszał, stojąc z plecami wklejonymi w ścianę. Wiedziałem już, że to nie on sprowokował całe to zajście. — To jest twój rodzony brat, jak możesz?!
Nie wiem, co na niego podziałało. Słowo "brat", które w ustach naszej siostry zabrzmiało wręcz rozpaczliwie, czy sam jej głos. Nikt, tak jak ona, nie potrafił nas zdenerwować i nikt, tak jak ona, nie potrafił uspokoić. Widocznie teraz też zadziałało to na niego jak kubeł zimnej wody, bo nagle znieruchomiał i rozejrzał się po nas, jakby próbował zebrać myśli. Ku mojemu przerażeniu w jego oczach zalśniły łzy. Widziałem go płaczącego może raz w życiu, dlatego ten widok był dla mnie tak wstrząsający.
— Przepraszam — wyjęczał, kompletnie poddając się naszym dłoniom i już dłużej się nie szarpiąc. — Przepraszam, George, to nie... ja nie chciałem tego zrobić. Mówiłem wam, że mi odbija. Odbija mi, kompletnie odbija!
Razem z Syriuszem ostrożnie posadziliśmy go na łóżku.
— Krwawisz — powiedziała Ginny drżącym głosem i przyklęknęła przed nim, wyciągając chusteczkę z kieszeni dżinsów. — Pokaż.
— Co tu się stało? — zapytał cicho James, który stał najbliżej, prawdopodobnie gotów do tego, by pomóc nam z Fredem. Wszyscy spojrzeliśmy na George'a, bo drugi bliźniak nie był w stanie nic powiedzieć.
— Posprzeczaliśmy się o coś, już nawet nie wiem o co — wydyszał George. — Po prostu od słowa do słowa, jak czasami się zdarza. I nagle on się... wściekł. Rzucił się na mnie, a ja odepchnąłem go tak niefortunnie, że przewrócił się na biurko i rozwalił sobie nos. Nawet nie podniosłem na niego ręki.
— Przepraszam — powtórzył znów Fred, kiedy Ginny zajmowała się jego nosem. — Ja nad tym nie panowałem. To działo się samo. Uświadomiłem sobie, co się dzieje, dopiero kiedy Ginny na mnie krzyknęła. Nawet nie wiecie... jakie to straszne, nosić taką dziwną wściekłość w sobie. Taką wściekłość, nad którą nie da się zapanować.
— Nie możemy już zostawiać was samych — powiedziała Lily przejętym głosem. Uklęknęła obok Ginny i delikatnie ujęła dłoń Freda. Syknął, więc nie przesłyszało mi się, że coś chrupnęło. — Zaraz się tym zajmę. Zejdźmy na dół, tu jest za ciasno. Obaj musicie odetchnąć.
Wszyscy powoli zaczęli wycofywać się z pokoju i ruszyli na dół. Podszedłem do George'a, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, ale machnął tylko ręką. Wyglądał na załamanego i nikt z nas nie miał prawa mu się dziwić. Cokolwiek działo się z Fredem, odbierało im siebie nawzajem. Znowu, tak jak wtedy, gdy... Przełknąłem ślinę. Nigdy nie potrafiłem do tego wracać. Podejrzewałem, że nigdy wcześniej nie spotkała mnie taka trauma, jak wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że Fred nie żyje. George wyszedł z pokoju za resztą, a ja nie mając większego wyboru, poszedłem za nimi. Hermiona poczekała na mnie przy drzwiach.
— Nic ci nie jest? — zapytała z troską, kiedy schodziliśmy po schodach. — Widziałam, jak dostałeś.
Już zdążyłem o tym zapomnieć, bez reszty pochłonięty strachem o przyszłość moich braci.
— Wszystko w porządku — pogładziłem ją po ramieniu. To wręcz nieprawdopodobne, że jeszcze kilka minut temu byłem tak cholernie szczęśliwy, a teraz nie został po tym nawet najmniejszy ślad.
Kiedy razem z Hermioną schodziliśmy z ostatniego stopnia, moją uwagę przykuło dziwne zachowanie Jamesa. Nie wszedł ze wszystkimi do kuchni, tylko przystanął przy wejściu, oparł się ręką o ścianę i przytknął czoło do przedramienia.
— James? — zagadnąłem go, choć paliło mi się do tego, żeby zobaczyć, co z ręką Freda. — Co się dzieje?
Podskoczył, oglądając się nieznacznie za siebie. Widocznie nie spodziewał się, że nie był ostatni w tym dziwacznym pochodzie.
— Nic, trochę... trochę dziwnie się czuję — odparł zachrypniętym głosem, potrząsając lekko głową. — Razem z Lily mamy teorię, że to może na zmianę pogody. Wiecie, podobno ludzie z takimi problemami jak moje, odczuwają takie rzeczy.
Uśmiechnął się krzywo, starając się brzmieć lekceważąco. Może nawet lekko kpił sam z siebie.
— To czasami nie jest pora na wieczorną dawkę leku? — spytała go z niepokojem Hermiona. Był blady jak ściana. — Żebyś przez to wszystko nie zapomniał go wziąć.
— Jasne, jasne — odpowiedział szybko, ale wyglądało na to, że rzeczywiście zapomniał. — Zaraz łyknę. Dzięki za troskę. A tak poza tym, życzę szczęścia.
Wyszczerzył do nas zęby, a my popatrzyliśmy po sobie zaskoczeni.
— Skąd ty... — zacząłem.
— Ale...— zająknęła się Hermiona.
— Zerknąłem sobie przez okno. W razie czego nie chciałem was podglądać, po prostu nie miałem pojęcia, że urządzacie nad jeziorem takie romantyczne sceny. — Choć wyglądał dzisiaj naprawdę słabo, oczy mu się do nas śmiały. — Cieszę się, że udało wam się przebrnąć przez te problemy, które mieliście. Ale już koniec, stary wujek James nie chce was zawstydzać. Mamy ważniejsze sprawy na głowie.
Znacząco spojrzał na wejście do kuchni, a ja zreflektowałem się i pokiwałem głową. No tak. Bliźniacy. Mimo strachu o braci, nie do końca udało mi się zapanować nad uśmiechem. To trochę jak pierwsze życzenia szczęście na nowej drodze życia, co zawsze było budujące. No i ktoś o nas wiedział. Miałem wrażenie, że dzięki temu będzie nam łatwiej. Szybko jednak musiałem porzucić rozmyślania o przyszłości mojej i Hermiony, skupiając swoją uwagę w stu procentach na bliźniakach.
— Zamienimy się z wami razem z Ronem — mówił właśnie Harry, kiedy Lily szybkim zaklęciem pozbywała się złamania z dłoni Freda. Był tak załamany, że nawet nie skrzywił się z bólu. Być może nawet go nie czuł. — George przyjdzie do pokoju, w którym śpię ja, a Ron pójdzie do Freda. Albo na odwrót mi to bez różnicy — dodał szybko, widząc, że wchodzę do kuchni.
Uniosłem lekko dłonie.
— Dla mnie to też bez znaczenia. — Westchnąłem ciężko. — Od początku, już odkąd tutaj mieszkamy, powinniśmy was rozdzielić. I lepiej was pilnować. Może byśmy tego uniknęli.
— Nie dręczmy się teraz tym, co powinniśmy byli zrobić, a czego nie zrobiliśmy, bardzo tego nie lubię — fuknęła Dora. Widziałem, że chce nas wszystkich uspokoić, ale sama wyglądała na poważnie wytrąconą z równowagi. — Ostatecznie nic poważnego się nie stało, a my teraz wiemy, że wzmożenie czujności jest konieczne.
— Ten dzień cały jest do dupy — mruknął nagle Syriusz. — Nieważne, że nic takiego się nie wydarzyło... no, może poza tym incydentem z bliźniakami, ale czuję się dzisiaj tak podle, jak już dawno się nie czułem. A moje samopoczucie w ostatnim czasie możemy ogólnie określać jako: złe.
— Jest jakaś dziwna energia w powietrzu — zgodził się Harry, drapiąc się w zamyśleniu po głowie. — Nie umiem tego określić. Jestem bardzo wdzięczny temu wszystkiemu, że nie postanowiło odpalić z grubej rury, ale i tak czuję taki dziwny niepokój.
— Tak — powiedział James dziwnym głosem. Jeszcze słabszym niż ten, który razem z Hermioną słyszeliśmy chwilę temu. Teraz stał do nas tyłem koło blatu, w jednym ręku trzymając kieliszek, a w drugim butelkę z eliksirem. Ta, w której trzymał płyn, dziwnie mu drżała, jakby ciężar flakonu lekko go przerastał. — Zdecydowanie jest... dziwny dzień.
Wszystko działo się tak szybko, że nie zdołałem nawet zarejestrować, kto ostrzegawczo krzyknął i kto podbiegł do Jamesa, żeby go podtrzymać, zanim rozwalił sobie czoło o kant blatu. Dopiero po chwili dostrzegłem Remusa i Syriusza, którzy złapali go pod ramiona, natomiast żaden z nich nie zdążył chwycić butelki, która z impetem roztrzaskała się o podłogę. Szkło pomknęło we wszystkich kierunkach, a eliksir opryskał osoby stojące najbliżej.
— Po prostu świetnie — jęknął słabo James, kiedy przyjaciele posadzili go na krześle. Syriusz natychmiast przy nim przyklęknął, podobnie jak Lily. Wierzchem dłoni otarła jego czoło z niezdrowego potu. Podobnie jak większość zebranych, z przerażeniem wpatrywałem się w szczątki butelki walające się po podłodze i resztki leku między nimi.
— Co się stało, Jamie? — zapytała Lily drżącym głosem.
— Nie wiem, jakoś tak... zakręciło mi się w głowie — mruknął, zaciskając powieki. — Łapa ma rację, dzisiejszy dzień jest do dupy. A ja razem z nim. Brawurowo pozbawiłem się tego świństwa.
— Trzeba będzie natychmiast napisać do Slughorna o nowy eliksir — powiedział z niepokojem Remus, sprzątając szkło. — Na ostatni przecież czekałeś kilka dni?
— Po co pisać, to cholerstwo i tak nie działa — warknął Rogacz z wściekłością. Ze smutkiem myślałem o tym, że pewnie wymierzoną głównie w samego siebie. — Gdyby działał, nie czułbym się dzisiaj tak... tak źle.
— To co zrobimy? — wymsknęło się bezradnie Syriuszowi.
Zanim ktokolwiek zdołał poradzić coś, co okazałoby się pomocne, Ginny odezwała się zmienionym głosem.
— Pamiętacie tą teorię z tym, że to... że to przez pogodę? — zapytała, stojąc przy oknie, tyłem do nas. Była lekko skryta za firaną.
— No moja ciotka miała straszne problemy z ciśnieniem, kiedy szło na zmiany atmosferyczne — wtrąciła Dora, jakby chciała wszystkim nam i sobie samej udowodnić, że to, co przed chwilą stało się Jamesowi, wcale nie było takie straszne. — A chyba miała chorobę wieńcową, jeśli dobrze pamiętam.
— Ale aż tak? — jęknęła Lily. — Przez pogodę?
Miałem nieodparte wrażenie, że James chwieje się w krześle.
— Może aż tak, bo... — Ginny wyraźnie zadrżał głos — pogoda zmieniła się tak drastycznie... szybko?
Odsłoniła firanę tak, żebyśmy wszyscy mogli spojrzeć przez okno. Powiedzieć, że mnie zatkało, to jak nic nie powiedzieć.
— Czy to... czy to jest śnieg? — wyjąkał z przerażeniem Remus.
____________________________________
Cześć i czołem!
Ja się tutaj dzisiaj nie rozpisuję, bo nie chcę już dłużej trzymać Was w niepewności i tak się kilka dni spóźniłam. Mam nadzieję, że to już ostatni rozdział, przy którym rozjechały mi się terminy, bo jeszcze jakieś półtorej tygodnia i będę mogła zapomnieć o wszelkich egzaminach, zaliczeniach i pisaniu magisterki.
Jeśli chodzi o ten rozdział to... hm, pewnie nie spodziewaliście się ani jednej perspektywy, ani drugiej. Tej drugiej pewnie bardziej od pierwszej, ale tak jak już pisałam na Discordzie, są sprawy, których nie da się opowiedzieć oczami postronnych. Mam nadzieję, że całość spodoba Wam się tak bardzo jak podoba się mi, mimo kilku fragmentów, które średnio zasługują na sympatię. Jestem ciekawa czy wyłapiecie kilka nawiązań, które są w tym rozdziale, będę cierpliwie czekać.
Co do końcówki, niczego nie mówię. Na co komu chamskie spojlery? Powiedzmy, że się znowu powoli rozkręcam.
Trzymajcie się ciepło i do następnęgo!
Melodia