Program Matrymonialny

By Sarrenka

208 27 47

Życie po wojnie płynie spokojnym rytmem. Jedyny problem, jakia w tym momencie Hermiona, to... samotność. Jej... More

Program Matrymonialny

208 27 47
By Sarrenka





Bo człowiek może wytrzymać tydzień bez picia,

dwa tygodnie bez jedzenia,

całe lata bez dachu nad głową,

ale nie może znieść samotności.

— P. Coelho, Jedenaście minut



          Jej związek z Ronem rozpadł się kilka lat temu. Żadne z nich nie było temu winne. Po prostu to, co łączyło kiedyś ich dwójkę, wypaliło się niczym zapomniana przez gospodarza świeca, pozostawiona na parapecie okna podczas trwania mroków nocy.

          Wciąż pozostawali przyjaciółmi, ale ze względu na jej pracę w Hogwarcie i kariery jej przyjaciół bardzo rzadko się z nimi widywała.

          Nie czuła się samotna.

          A przynajmniej nie tak bardzo, aby cierpieć z tego powodu. Czasem jednak chciałaby mieć kogoś, z kim mogłaby spędzić resztę swojego życia. Kogoś, z kim robiłaby plany, a potem realizowała je. Z kim założyłaby rodzinę, aby pozostało po niej coś więcej niż jeden rozdział w nowej Historii Hogwartu.

          To było nawet zabawne. Gdy po raz pierwszy wkraczała do tej szkoły, marzyła o tym, aby stać się na tyle wprawną wiedźmą, żeby jej wkład w rozwój społeczeństwa przyniósł jej rozgłos. Spodziewała się jednak, że wynajdzie sposób na magiczne generowanie prądu dla mugolskich urządzeń, albo coś innego, równie przyziemnego.

          Nie spodziewała się, że zostanie bohaterką wojenną.

          Nie spodziewała się również, że to brzemię przytłoczy jej osobowość. Bo dla wszystkich dookoła była przede wszystkim przyjaciółką Harry'ego Pottera. A ona chciała być sobą.

          Miała do zaoferowania więcej niż tylko opowieści z czasów wojny.

          Na program "Od ogółu do szczegółu" trafiła w ogłoszeniach Proroka Codziennego. Wahała się, zanim wysłała swoje zgłoszenie, ale postanowiła zrobić coś dla siebie w nowym roku.

          Bo rok 2009 miał należeć do niej.

          Nie chciała być samotną trzydziestolatką, a jej praca mocno ograniczała jej możliwość poznawania nowych osób. Wyrwała więc z gazety stronę z formularzem zapisów, wysłała go na odpowiedni adres i przez długie sześć dni czekała na odpowiedź, która nadeszła do niej właśnie dziś.

          Czując się lekko przybita świadomością, że jako młoda i zdolna czarownica była na tyle zdesperowana, aby brać udział w takich przedsięwzięciach, otworzyła grubą kopertę i wyciągnęła z niej plik kartek.

          Odłożyła na bok kopie jej zgłoszenia i zgód na przetwarzanie danych i jeszcze raz przesunęła wzrokiem po broszurze zawierającej regulamin.

          Regulamin programu matrymonialnego "Od ogółu do szczegółu":

          → Udział w programie jest darmowy.

          → Rezygnacja z kontynuowania korespondencji jest możliwa dla każdego uczestnika na każdym etapie trwania programu.

          → Uczestnik ma obowiązek zachować w dyskrecji wszelkie informacje uzyskane od pozostałych uczestników programu. (Za złamanie tego zapisu grozi kara finansowa, wypłacana na poczet uczestnika, którego informacje zostały bezprawnie przekazane osobom trzecim.)

          → Dobór korespondenta jest losowy.

          → Uczestnik ma prawo zrezygnować z dalszej korespondencji z danym współuczestnikiem na każdym etapie trwania programu, co nie jest równoznaczne z rezygnacją z programu.

          → Po zgłoszeniu chęci rezygnacji z korespondencji, uczestnik otrzyma listowną informację od administratorów odnośnie do danych następnego adresata.

          → Uczestnicy są zobowiązani do zachowania umówionego harmonogramu pytań i informacji, które mogą być udzielone na poszczególnych etapach korespondowania.

          → Złamanie regulaminu jest równoznaczne z wykluczeniem z dalszego uczestnictwa w programie.



          Witaj, Uczestniczko nr 606!

          Przed Tobą miesiąc pełen wrażeń! Zgodnie z zasadami gdy, przez najbliższe 30 dni będziesz wymieniać korespondencję z tajemniczym partnerem, który może - oby! - okazać się Twoją drugą połówką.

          W tym miesiącu wylosowano dla Ciebie korespondenta numer 394.

          Zabawę czas zacząć!

          Na odwrocie karty miała informacje dotyczące adresowania kopert oraz wspomniany w regulaminie harmonogram pytań zapoznawczych, który przeczytała pobieżnie.

          Nie zwlekając więcej, drżącymi ze stresu dłońmi sięgnęła po nowy pergamin i pióro.

          " Drogi 394,

          przyznam, że trochę nieswojo czuję się, pisząc ten list.

          Po pierwsze: nie znam nawet Twojego imienia. Wiem, że dowiem się tego w przyszłości, jeśli zdecydujemy się na spotkanie, ale na ten moment, jest to dla mnie dość nietypowe.

          Zgodnie z zasadami programu powinniśmy dzielić się informacjami stopniowo: zgodnie z regulaminem, dołączonym do formularza przyjęcia.

          Skoro nie możemy rozmawiać o sobie, może po prostu napisz mi, proszę, jak mija Ci styczeń?

          Z serdecznymi pozdrowieniami,

          606"

          Już miała zaklejać kopertę, gdy zorientowała się, że w całym tym stresie zapomniała o harmonogramie pytań zapoznawczych. Wyszarpnęła list z koperty i po raz kolejny sięgnęła po pióro.

          "PS.: Z tego wszystkiego zapomniałam o planie korespondencji. Nie będę przepisywać listu (choć nie skłamię, jeśli powiem, że mam na to ochotę :D), dlatego teraz zapytam: jaki jest Twój ulubiony kolor? Ja mam dwa ulubione. Zielony i żółty."

          Ponownie zgięła list i wsunęła go do koperty. Wręczyła przesyłkę sowie i wróciła do swoich zajęć. Miała ich dziś całkiem sporo.



***



          Severus siedział w gabinecie Minerwy i przeglądał rozliczenie budżetu szkoły za pierwszy semestr trwającego roku szkolnego. Zarządzanie szkołą wyglądało inaczej, niż za czasów, gdy w trakcie wojny sprawował urząd dyrektora. Nigdy tak naprawdę nie podejmował samodzielnych decyzji, ponieważ o wszystkim decydowała szkolna Rada.

          Po zakończeniu wojny i osądzeniu go przez Wizengamot, po raz pierwszy od wielu lat naprawdę był wolną i autonomiczną jednostką. Po dwóch latach, które spędził na podróżowaniu w miejsca, o których zawsze marzył, za namową Minerwy powrócił do szkoły na stanowisko Mistrza Eliksirów, Opiekuna Slytherinu i szkolnego skarbnika.

          I chociaż się tego nie spodziewał: poczuł się jak w domu.

          – O, czyżby był to list do ciebie, Severusie? – zapytała pogodnie McGonagall, rzucając na stertę papierów przed jego nosem list, który minutę wcześniej odpięła od sowiej nóżki.

          Snape rzucił okiem na grubą kopertę z wytłoczonym logo programu matrymonialnego.

          – Co to, do cholery jasnej, jest? – żachnął się i skrzywił tak mocno, że Minerwa przez chwilę bała się, że już mu tak zostanie.

          – Korespondencyjny program matrymonialny – odparła spokojnie. – Od ogółu do szczegółu, czy jakoś tak. Zapisałam cię w ramach prezentu urodzinowego.

          – Co!?

          – To. Jesteś ostatnio nieznośny. Bardziej niż zwykle. Sarkastyczny, złośliwy, zgryźliwy. Samotny.

          Snape prychnął tak mocno, że prawie opluł nieszczęsny list swoją śliną.

          – Odezwała się, stara panna...

          – Nie stara panna, ale wdowa. Nie moja wina, że trzech na trzech absztyfikantów, których miałam gryzie piach – skwitowała, starając się, aby jej głos nie miał nadmiernie gorzkich nut.

          Severus przesunął kopertę na bok, odsłaniając tabelę z liczbami. Jak gdyby nigdy nic, wrócił do czytania.

          – Na pewno jest jakiś sposób, żeby cię przekonać – sapnęła McGonagall, wyrywając mu sprawozdanie z rąk. – Co mogę dla ciebie zrobić?

          Snape postukał palcami w blat stołu, udając, że się zastanawia. Milczał ponad dwie minuty, zanim wyartykułował powoli:

          – Zatrudnij mi asystenta.

          – Czy my czytamy ten sam budżet szkoły, czy mamy jakieś różne tabelki? – spytała go prześmiewczo Minerwa.

          – Nie musi być na pełny etat.

          – Proponuję, więc – zawiesiła głos i dokończyła po chwili z emfazą: – asystenta na zero czwartych etatu.

          Mężczyzna wywrócił oczami.

          – To chociaż podwyżkę.

          – Knut na godzinę – zaoferowała Minerwa.

          – Dwa galeony na tydzień.

          – Cztery sykle na tydzień.

          – Cztery sykle. Ale na godzinę.

          – Dwa.

          – Stoi – zgodził się Severus i ze zwycięskim błyskiem w oku schował nieszczęsny list do kieszeni swojej szaty.

          – Nie otworzysz?

          – Zrobię to wieczorem. Najpierw musimy spisać umowę o mojej podwyżce.

          Minerwa westchnęła ciężko, na co Snape uśmiechnął się półgębkiem. Kobieta sięgnęła do biurka po teczkę z umowami pracowniczymi.

          Nadszedł czas na kolejny aneks do umowy z Severusem.



***



          Była już prawie spóźniona na dzisiejsze spotkanie. Miesiąc korespondencji między nią a Uczestnikiem 394 zakończył się zaproszeniem na kolację. Za żadne skarby świata nie chciała sprawić złego wrażenia, spóźniając się, ale los jej dziś chyba nie sprzyjał.

          Co prawda z dość sporym wyprzedzeniem poinformowała Minerwę o tym, że chciała mieć dziś wolny wieczór, jednak nie przewidziała, że kilkoro Gryfonów postanowi dziś dość ostro pokłócić się z uczniami Slytherinu.

          Zamiast w spokoju przygotować się do dzisiejszego wieczoru i wykorzystać w pełni pierwszy wolny dzień, który miała od czasu, gdy pięć lat temu przyjęła posadę w szkole, musiała załagodzić napiętą sytuację między podopiecznymi.

          Ku jej zaskoczeniu Snape był wyjątkowo ugodowy. Szybko obdarzył uczniów minusowymi punktami i odesłał Ślizgonów do lochów. Jej "poradził", aby zrobiła to samo z Gryfonami, bo on nie ma czasu na użeranie się z idiotami.

          Gdy została sama ze swoimi uczniami (którzy niestety nie do końca i nie zawsze jej słuchali – była kiepska w utrzymaniu dyscypliny), rzuciła jedynie tekstem: Słyszeliście, co powiedział profesor Snape?" i ruszyła w stronę swoich komnat, po drodze zostawiając uczniów przed schodami prowadzącymi przed obraz Grubej Damy.

          Szybko doprowadziła się do porządku i prosząc Merlina o to, aby nie spotkała na swojej drodze żadnego ucznia, ruszyła do wyjścia ze szkoły. Przy drzwiach prawie zderzyła się z Mistrzem Eliksirów, który wyglądał wyjątkowo szykownie.

          – Granger? – zapytał, a ona poczuła satysfakcję, gdy w jego głosie odnalazła bardzo cichą nutkę uznania.

          – Severusie.

          – Wychodzisz?

          – Mam coś do załatwienia.

          – W nocnym klubie? – wypalił, bezpardonowo przesuwając wzrokiem po jej sylwetce, bardzo szybko wracając do jej oczu.

          – Nie twoja sprawa.

          Jej policzki spłonęły rumieńcem. Wypięła z koka spinkę w kształcie róży i spięła nią dekolt na przyzwoitej wysokości. Zarzuciła na ramiona płaszcz i poklepała kieszenie.

          – Cholera jasna...

          – Co?

          – Różdżka. Cholera, różdżka – wyrzuciła z siebie sfrustrowanym głosem, patrząc przez ramię w stronę schodów. Jej komnaty były na siódmym piętrze. – Zapomniałam o niej, muszę się wrócić. Ja już jestem spóźniona...

          – Czekaj – zatrzymał ją Snape. – Mam dziś chyba dzień dobroci dla Gryfonów...

          – ...ta, dzień dobroci...

          – Nikt nie dostał szlabanu! – zaznaczył.

          – Odjąłeś dwieście punktów – wytknęła z oburzeniem.

          – Łącznie. Przecież było tam dziesięciu idio... znaczy: Gryfonów.

          – No, dobra. Nie mam czasu, żeby tłumaczyć ci, że twój tok myślenia jest bardziej odklejony od logiki, niż Wróżbiarstwo. Wróć do meritum.

          Oboje synchronicznie skrzywili się na wzmiankę o znienawidzonym przedmiocie.

          – Nie wiem, gdzie masz te swoje sprawy, ale mogę cię podrzucić. Jeśli to magiczna część Londynu, będzie tam kominek, a tak się składa, że otworzyłem mój, na wypadek, gdybym... cóż... gdybym coś wypił i nie mógłbym się stabilnie teleportować. Możesz z niego skorzystać.

          Hermiona zerknęła na bukiet żółtych róż, które trzymał w jednej z dłoni. Przeniosła wzrok na twarz swojego kolegi po fachu.

          – Jeśli idziesz na randkę, sugeruję, abyś powstrzymał się od picia.

          – To będzie krótka randka.

          – Jak się upijesz, to na pewno.

          – Granger... Idziesz, czy nie?

          – Idę. Na Pokątną – dodała, gdy uniósł jedną brew w niemym pytaniu.

          – Ja również – odparł, przepuszczając ją w drzwiach Zamku.

          – Czemu mówisz, że to będzie krótka randka?

          – Specjalnie wyczarowałem róże bez kolców, bo spodziewam się dostać nimi w twarz trzy sekundy po tym, jak wręczę je kobiecie, z którą mam się spotkać. Ale skoro zapłaciłem już za rezerwację stolika, nie będę tego marnować i wypiję szklankę Ognistej. Albo dwie.

          – Przeskrobałeś coś?

          – Nie. Akurat na moją twarz nie miałem wpływu.

          – Nie jest tak źle. Chociaż mógłbyś się częściej uśmiechać.

          Severus zmierzył ją takim spojrzeniem, jakiego nie powstydziłby się nawet bazyliszek. Mięśnie na jego policzki zadrżały lekko, gdy zacisnął zęby, tłumiąc swoją irytację.

          – Nie zamierzam – wydusił z siebie po kilku krokach.

          – Mrużą ci się wtedy oczy, co wygładza rysy twojej twarzy – zauważyła.

          – Nawet mi nie mów już o wygładzaniu. Wystarczy, że Minerwa zaatakowała mnie zaklęciem prostującym zęby.

          – Naprawdę?

          Severus skrzywił się na moment, a później wyszczerzył krótko zęby. Faktycznie, były znacznie prostsze. Być może gdyby nie przerwał Minerwie w wykonywaniu czaru (a na pewno to zrobił), byłyby idealne. Wciąż miały lekko żółtawy odcień, ale musiał to być naturalny kolor jego zębów, przyciemniony o każdą filiżankę kawy, którą wypijał przy każdej możliwej okazji.

          – Trochę mniej kawy i będziesz mieć filmowy uśmiech – podsumowała zadziornie.

          Snape mruknął pod nosem coś, czego nie mogła zrozumieć. Nie żałowała jednak: zapewne był to jakiś komentarz do niej, do jej włosów lub jej własnych zębów, które co prawda były już idealnie równe z przodu, ale w jej pamięci nie zniknęło wspomnienie, w którym Draco Malfoy wydłużył jej jedynki.

          Szli w milczeniu ścieżką prowadzącą do Hogsmeade, ponieważ dopiero na obrzeżach wioski kończyło się odnowione i ulepszone zaklęcie ochronne, które chroniło terytorium szkoły.

          Snape zatrzymał się przy kierunkowskazie i wyciągnął w jej stronę dłoń. Hermiona rozejrzała się niepewnie. Nie było jej na rękę, aby ktokolwiek zobaczył ją w takim stroju, paradującą pod rękę z Mistrzem Eliksirów. Szczególnie że w wolnej ręce mężczyzna wciąż niósł bukiet kwiatów.

          Gdy wylądowali na ulicy Pokątnej, pożegnali się zdawkowo i ruszyli przed siebie... w tym samym kierunku. Stres przed nadchodzącym spotkaniem sprawiał jednak, że obydwoje stali się wyjątkowo milczący.

          – Cholera... – sapnęła pod nosem. Jej ubiór niezbyt dobrze współgrał z deszczem.

          – Panikara – burknął pod nosem mężczyzna.

          Jednym ruchem różdżki wyczarował parasol, którym schronił ich głowy przed deszczem.

           – Możesz rzucić też zaklęcie ochronne na moje buty? Będą całe w błocie...

           – Z takim dekoltem, ten idiota, z którym masz się zobaczyć, nie zorientowałby się pewnie, nawet gdybyś przyszła boso.

          – Mam nadzieję, że twoja randka zakończy się powodzeniem, bo chciałabym kiedyś poznać desperatkę, która zgodziła się na spotkanie z tobą.

          Mimo słownych przekomarzanek niezwłocznie spełnił jej prośbę. Ramię w ramię ruszyli razem ulicą, zmierzając w tę samą stronę, choć nie znali wzajemnie swoich celów podróży.

          Nawet nie zauważyła, gdy dotarli pod drzwi restauracji, w której miała odbyć się jej randka. Zatrzymali się zdziwieni i wymienili między sobą lekko speszone spojrzenia. Nie spodziewała się, że Snape będzie miał swoją randkę w tym samym miejscu, co ona. Wolałaby, aby nie był on tego świadkiem.

          – Ty też tutaj? – wymamrotał, marszcząc brwi. Kiwnęła głową. – No, dobrze. Jeśli pozwolisz, wejdę pierwszy. Żeby nikt nie widział nas razem.

          Kiwnęła głową.

          – Severusie – wypaliła szybko, zanim otworzył drzwi.

          – Tak?

          – Masz źle zagięty kołnierzyk. O, tutaj. – Sięgnęła ręką i poprawiła materiał czarnej marynarki. – Zrób dobre pierwsze wrażenie. Szkoda takich pięknych kwiatów.

          – Jak na moje oko, spięłaś ten dekolt trochę za wysoko – odparł, kryjąc swoje speszenie pod kocem złośliwości.

          Wszedł do środka, zostawiając ją samą przed drzwiami do restauracji. Hermiona nerwowo poprawiła włosy, odliczyła do dziesięciu i również weszła do środka. Severusa nie było już przy recepcji.

          Z nerwów ledwo pamiętała, jak się nazywa. Zduszonym głosem zapytała, czy stolik na umówione listownie nazwisko jest już przez kogoś zajęty, a gdy usłyszała potwierdzenie, weszła w głąb sali.

          Już z daleka widziała plakietkę z numerem na odpowiednim stoliku. Widziała też znajdującego się obok mężczyznę w czarnym garniturze, który trzymał w ręce bukiet żółtych róż. Stanęła jak wryta dwa kroki za nim.

          – Cholera – mruknęła pod nosem.

          Wystarczająco głośno, aby ją usłyszał i odwrócił się w jej stronę. Oboje zrozumieli w tym samym momencie, co to oznaczało. Wszystko złożyło się w jedną całość i to był merlinowski cud, że żadne z nich nie zorientowało się wcześniej, z kim pisali listy.

          – Trzysta dziewięćdziesiąt cztery – wyszeptała, czując, jak jej policzki zapłonęły ognistym rumieńcem.

          Nagle wszystkie jego przytyki odnośnie do jej wyglądu, które usłyszała w drodze tutaj, uderzyły ją ze zdwojoną siłą. Zamrugała, żeby odgonić łzy wstydu. Odwróciła się gwałtownie, czując, że ucieczka to jej jedyna opcja.

          – Granger. – Usłyszała za plecami, więc zamarła. Słyszała w jego głosie coś na kształt żalu. – Szkoda takich pięknych kwiatów.

          Opuszkami palców otarła wilgotne kąciki oczu i, cała sztywna ze stresu, odwróciła się w jego stronę.

          – Musisz jeszcze poćwiczyć robienie dobrego pierwszego wrażenia.

          – Wiem o tym.

          Wstał ze swojego miejsca, aby odsunąć jej krzesło, czego szczerze mówiąc, się po nim nie spodziewała. Z jakiegoś powodu nie potrafiła połączyć w swojej głowie człowieka, którego myślała, że zna, z mężczyzną, z którym od tygodni wymieniała dość przyjemne listy.

          Gdy tuż przed nimi pojawiły się karty dań oraz zaczarowany notatnik, który miał przyjąć ich zamówienia, Severus zachęcił ją gestem do złożenia go jako pierwsza.

          – Sałatka grecka i woda. Niegazowana.

          Magiczne pióro zapisało jej zamówienie na kartce z notatnika. Złożyła kartę, sygnalizując, że na tym poprzestanie. Severus przewrócił stronę menu i odchrząknął.

          – Tartaletka z krabem oraz dwa steki. Rare i medium well. – Przewrócił kartę do strony z winami. – Dwie lampki czerwonego Porto. Wytrawna i półsłodka. I szklanka wody. Niegazowanej.

          Odłożył kartę i wbił spojrzenie w kwiaty, które położyła na stoliku. Przez długą chwilę panowało między nimi kłujące w uszy milczenie.

          Ciche parsknięcie śmiechem wybiło go z letargu.

          – Co?

          – Nazwałeś siebie idiotą – prychnęła. – Gdy szliśmy ulicą.

          – A ty nazwałaś siebie desperatką.

          – Poniekąd oboje mieliśmy rację – skwitowała i roześmiała się na dobre.

          Na stoliku przed nimi pojawiły się napoje, którymi zajęli się w milczeniu, aby zająć czymś umysł i dłonie. Między nimi zapadło ciężkie milczenie. Po niecałym kwadransie na stoliku pojawiły się potrawy.

          – Zamówiłam tylko sałatkę – zaoponowała, gdy Snape przysunął w jej stronę porcję steku.

          – Potraktuj ją jako przystawkę.

          Nie była pewna, czy zgadywał, czy naprawdę był na tyle uważny, aby z uczt w szkole zapamiętać, jak rodzaj wysmażenia mięsa preferowała. To jej lekko zaimponowało.

          – Nie musimy... Nie musisz – poprawiła się szybko – spędzać ze mną całego wieczoru.

          – Trzeba było nie siadać przy stoliku – żachnął się. – Zamówiłbym butelkę Ognistej zamiast steków.

          – Mówiłeś, że nie masz problemu z alkoholem.

          – I nie kłamałem.

          Zerknęła na jego kieliszek. Był nietknięty. Ten, w który nerwowo stukała palcami, był już w połowie pusty. Ale co miała zrobić? Przyjąć na trzeźwo, że świetnie bawiła się, wymieniając listy ze Snape'em? Była z nim teraz na randce!

          – Masakra... – wyszeptała cicho.

          – Proszę?

          – Wszystko w porządku. Po prostu... dopiero do mnie dochodzi fakt, że jesteśmy na randce.

          – Pamiętaj, że nie możesz się chwalić koleżankom żadnymi informacjami z listów – zaznaczył dość szorstko.

          – Nie zamierzałam. Swoją drogą... naprawdę lubisz kolor zielony? Ciągle ubierasz się na czarno.

          – Kiedyś wydawało mi się, że tak będę wyglądać bardziej poważnie. Zacząłem pracę w szkole, gdy miałem dwadzieścia lat. Wciąż byli tu ludzie, którzy raczej nie darzyli mnie szacunkiem. Tak mi zostało.

          Skinęła głową, akceptując jego wytłumaczenie. Ona sama również miała podobny problem. Do Hogwartu uczęszczali wciąż uczniowie, których znała ze swojego okresu edukacji, a nawet młodsze rodzeństwo jej rówieśników. Niektórzy traktowali ją jak Prefekta, a nie – Opiekuna Domu.

          – Dlaczego w ogóle weszłaś do programu?

          – Utknęłam w Hogwarcie. Nie poznaję nowych ludzi, prawie nie widuję się już nawet z Ronem i Harrym. Ron i reszta Weasleyów udaje, że traktuje mnie tak samo, jak wcześniej, ale... Jego nasze rozstanie dotknęło bardziej niż mnie. Cierpiał i ja byłam tego przyczyną.

          – Przesadzasz – żachnął się. – Oszczędziłaś sobie i jemu lat emocjonalnych tortur wynikających ze związku, w którym nie potrafiliście się uszczęśliwić.

          – Może i racja. A ty? Dlaczego przystąpiłeś do programu?

          – Minerwa stwierdziła, że skoro przeżyłem wojnę, powinienem wyjść z mojej skorupy i znaleźć sobie kogoś z kim spędzę resztę moich nieszczęśliwych dni. Stwierdziła, że nie mogę być nadal "amebą społeczną".

          – Tylko tyle było potrzebne?

          – Podniosła mi pensję o dwa sykle na godzinę.

          Granger zachichotała.

          – Wznoszę toast – zakomunikowała podniosłym głosem, unosząc w górę kieliszek ze swoim winem. – Zdrowie wszystkich zgromadzonych tu ameb społecznych, Severusie.

          – Masz rację. – Po raz pierwszy dzisiejszego wieczoru uniósł w górę swój kieliszek. – Wypijmy twoje zdrowie, Granger.

          Toast rozluźnił atmosferę. Para wymieniła jeszcze kilka niezręcznych zdań, zanim zajęła się jedzeniem kolacji. Cztery godziny i jedną butelkę wina później pojawili się w kominku Mistrza Eliksirów.

          – Wybacz, że zmarnowałem ci wieczór – powiedział Snape. – Pewnie nie tego oczekiwałaś.

          – Zmarnowałeś? Ja tak tego nie odczuwam – zaprzeczyła łagodnie, ale stanowczo.

          – Nie?

          – Nie. To był naprawdę miły wieczór.

          – To prawda. A mi naprawdę przyjemnie było pisać z tobą listy.

          – Może popiszemy je jeszcze miesiąc, zanim zdecydujemy, czy rezygnować? Zawiesimy program na kilka tygodni – zaproponowała, siląc się na lekki ton.

          – Zastanowię się.

          Ich oczy przez chwilę nie były w stanie się od siebie oderwać. Hermiona zmusiła się jednak do tego, aby ruszyć się z miejsca i, podchodząc bliżej Severusa, niż to było konieczne, chwyciła za klamkę.

          – Granger – wychrypiał. Przeczyścił gardło, zanim wydusił z siebie głębokie: – Hermiono.

          – Tak? – zapytała szybko, spoglądając na niego przez ramię.

          – Wyczekuj mojej sowy.

          Jej twarz rozświetliła się uśmiechem. Kiwnęła głową na zgodę i wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi.

Continue Reading

You'll Also Like

55.6K 3.1K 52
Gdy w akademiku pojawia się plotka o „zaliczeniu za zaliczenie", Jimin zaczyna rozważać coś, czego nigdy nie brałby pod uwagę. Między uczniem a profe...
23.1K 4.3K 21
Inez Sobczak to dwudziestojednoletnia projektantka mody, która od lat funkcjonuje na styku dwóch światów: kreatywnej wolności i brutalnych realiów br...
6.6K 480 43
❝TO WY JESTEŚCIE KOŃCEM ŚWIATA. ROZPĘTA SIĘ PRZEZ WAS WOJNA.❞ ­­ ­­ ­­ ­­ ­­ ­­ gdzie smok i oni zakochują się w sobie, burząc naturalną równowagę w...
19.7K 2.7K 73
Han Jisung, chirurg na oddziale ratunkowym w głównym szpitalu w Seulu na codzień żyje tylko pracą i odpoczynkiem po niej. W jego życiu nie ma czasu n...
Wattpad App - Unlock exclusive features