— He, he, nie żebym chwalił noc przed wschodem słońca, ale dziś w końcu w Planicy było fajnie, co nie, młody?
Lars szedł przez miasto krokiem może jeszcze nie chwiejnym, ale też już nie w stu procentach pewnym. Wyglądał zupełnie trzeźwo w porównaniu do Harriego, który bez jego pomocy nie utrzymałby się na własnych nogach ani przez pięć sekund, a teraz wymamrotał coś kompletnie niezrozumiałego, co najpewniej miało brzmieć jak przyznanie mu racji.
Po części wyjaśnieniem zaistniałej sytuacji był fakt, że Harri miał zdecydowanie słabszą głowę, ale poza tym Lars w sumie wypił mniej. Kiedy zorientował się, do jakiego stanu doprowadziło Harriego spożycie może połowy flaszki, odnalazł w sobie coś, co okazało się silniejsze od alkoholowej pokusy: poczucie obowiązku. W końcu w obecnej chwili kto miał za zadanie zająć się Harrim, jeśli właśnie nie on? A w takim stanie młodemu należał się przede wszystkim bezpieczny transport do hotelu.
Niezbyt przytomny Harri wykazywał oczywiście śladowe ilości chęci do współpracy. Na ostatnie kilkaset metrów przed hotelem nogi już zupełnie odmówiły mu posłuszeństwa, więc Lars musiał przerzucić go sobie przez ramię, aby iść dalej.
Po dotarciu pod właściwe drzwi pokoju, którego numer udało mu się wyłowić z bezładnej paplaniny Harriego, Lars zrzucił go z pleców i oparł o ścianę, przytrzymując go za ramiona.
— Młody, masz klucz do swojego pokoju? — zapytał.
Harri popatrzył tylko na niego kompletnie zamroczonym spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek, przekrzywiając głowę na bok i uśmiechając się głupawo.
— Nnniewww… — zaczął, ale w końcu tylko do tej jednej niezbyt zrozumiałej sylaby się ograniczył.
Wobec takiego postawienia sprawy, Lars nie miał innego wyboru jak przysunąć się bliżej, żeby dać radę jedną tylko ręką utrzymać Harriego w pionie, a drugą sięgnąć do kieszeni jego kurtki. Na niemal zupełnie nieprzytomnej twarzy Harriego pojawił się jeszcze szerszy uśmiech.
— A Ville… mówwwiłżżże…
— A ja mówiłem, żebyś się kretynem nie przejmował — przerwał mu Lars, z niejaką ulgą wyciągając poszukiwane przez niego klucze.
O ile Harri był dla niego powodem wewnętrznych dylematów, kiedy obydwaj byli trzeźwi, o tyle sytuacja, kiedy Lars był wstawiony, a Harri zalany w trupa, to był już niemal dramat. Bystøl sam nie wiedział, skąd brał tak potężną siłę woli, żeby stanąć na wysokości zadania. Jedną ręką chwycił Harriego wpół, a drugą przez dłuższą chwilę męczył się, żeby wycelować kluczem w zamek. W końcu udało mu się otworzyć drzwi i wejść do środka, wlokąc za sobą Harriego. Z dość dużą ulgą odnotował fakt, że pokój był pusty. Współlokator młodego, kimkolwiek by nie był, musiał nie wrócić jeszcze z całonocnej imprezy.
Jeden rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, które z dwóch łóżek w pokoju mógł zajmować człowiek, a które wampir. Na tym drugim, gdzie pościel wciąż była idealnie złożona i nie miała ani jednego śladu użytkowania, usadził półprzytomnego Harriego, po czym odsunął się o krok.
— Witamy w izbie wytrzeźwień — odezwał się. — Pozbierasz się teraz jakoś sam, czy nie masz takiego zamiaru?
Harri kolejny raz wymamrotał coś niezrozumiałego, kiwając spuszczona głową na boki. Tym razem najwidoczniej jego odpowiedź brzmiała „nie“.
Bystøl z rezygnacją pokręcił głową, wzdychając ciężko. Chociaż tłukły mu się w głowie pełne niepokoju myśli, że to był ten moment, kiedy powinien już się ulotnić, to jednak nie mógł zostawić Harriego w takim stanie, kiedy ten zachowywał się zupełnie jak małe dziecko. Trzeba mu było pomóc z rozwiązaniem i ściągnięciem butów, zdjęciem kurtki i szalika, oczywiście to Lars musiał pójść je odwiesić, bo Harri nie miał najmniejszego zamiaru ruszyć się z miejsca.
— Cóż, chyba do jutra, młody — odezwał się Norweg, odwracając się od szafy i kierując w stronę drzwi. — Kładź się lepiej, do zobaczenia rano.
Harri posłusznie runął na bok, ale skrzywił się, jakby tym poleceniem zadano mu niesamowity ból. Był to widok na tyle przejmujący, że Lars nie mógł nie zawrócić i nie podejść z powrotem.
— Oj, młody, skąd taka mina? — zapytał, kładąc dłoń na jego ramieniu. — Do dla twojego dobra, nie kapujesz?
W tej samej chwili usłyszał dźwięk, na który aż zadrżał. Powolny szczęk klamki w drzwiach. A więc ten drugi fiński skoczek, zakwaterowany w tym samym pokoju, musiał wybrać sobie na powrót akurat tak nieodpowiednią porę!
Lars zaczął panicznie rozglądać się po pokoju. Nie miał prawa tu być, dla dobra wszystkich nikt poza Harrim i może jeszcze kadrą norweską nie powinien dowiedzieć się o jego przyjeździe do Planicy. I co tu robić? W pierwszej chwili popatrzył z nadzieją na okno, które idealnie nadawało się do ucieczki. Jednak już w następnej stwierdził, że ta opcja odpadała. Może i z jego punktu widzenia wydawała się najkorzystniejsza, ale przecież to nie o niego tu chodziło.
Miałby uciekać i tym samym pozostawić Harriego na pastwę losu? Zwłaszcza w takim stanie, kiedy procenty uderzyły mu do głowy, przez co był zamroczony, bezwolny i praktycznie bezbronny jak niemowlę? Przecież Bystøl nie wiedział, kto taki mógł dzielić pokój z młodym Finem. Pewne było jedynie, że ostatnio relacje z resztą kadry nie układały mu się najlepiej, co nie wróżyło dobrze. A poza tym… czy on przed chwilą nie mamrotał coś niewyraźnie na temat Villego? Lars chyba nigdy by sobie nie wybaczył zostawienia niemal nieprzytomnego Harriego sam na sam z tym nieobliczalnym kretynem.
W ostatniej chwili Norweg podjął decyzję. Na ułamki sekundy przed tym, jak drzwi do pokoju otworzyły się, jednym szybkim ślizgiem wsunął się pod łóżko Harriego. Zamarł tam w całkowitym bezruchu, z napięciem nasłuchując i przygotowując się w razie czego do natychmiastowej reakcji.
Usłyszał czyjeś ospałe kroki, którym towarzyszyło niezmordowane bicie serca. Kimkolwiek był ten człowiek, zbytnio się chyba nie spieszył, bo powoli zamknął drzwi, ziewnął, wymamrotał do siebie pod nosem coś niezrozumiałego… ale tyle wystarczyło już, żeby Lars bez pudła po głosie rozpoznał w nim Veli-Mattiego Lindströma. Z jednej strony odczuł pewną ulgę, że chyba wszystko powinno być dobrze. Z drugiej zaś — dyskomfort, bo jak już ukrył się pod tym łóżkiem, to musiał tam pozostać aż do momentu, który będzie dogodny do ulotnienia się cichcem.
Lars miał wrażenie, że upłynęła cała wieczność, zanim Veli-Matti skończył snuć się ślamazarnie po pokoju, obijać kolana i palce u nóg o wszelkie możliwe kanty mebli, położył się, w nieskończoność przewracał się z boku na bok, by nareszcie na dobre zasnąć, pochrapując cicho. Dopiero wtedy Bystøl odważył się możliwie najciszej wyczołgać spod łóżka. Rzucił jeszcze okiem na Harriego, leżącego bezwładnie na wznak z zamkniętymi oczami, być może już całkiem bez kontaktu ze światem.
Osobisty wyrzut sumienia. Taki słodki, tak niewinny… i co tu z nim zrobić? Nie mogąc się dłużej powstrzymać, Lars wyciągnął rękę, położył ją na głowie Harriego i zaczął czochrać go po włosach.
— No, młody, chyba już nic ci tu nie grozi — mruknął. — W takim razie czas na mnie…
I znów okrągła, dziecinna jeszcze twarz Harriego wykrzywiła się w głęboko cierpiętniczym grymasie, a co gorsza, z jego lekko rozchylonych ust zaczął stopniowo wydobywać się dźwięk brzmiący jak skowyt duszy potępionej. Lars natychmiast wyplątał dłoń z jego włosów i zakneblował go, zanim Harri stał się na tyle głośny, że mógłby obudzić Lindströma.
— Zamknij się, łosiu! — syknął półgłosem. — Godzinę wysiedziałem pod twoim łóżkiem, chcesz teraz wszystko zepsuć przez te jęki?
Harri chyba go posłuchał, bo może nie umilkł całkiem, ale przynajmniej znacznie zmniejszył ilość wydawanych z siebie decybeli.
— Nnnieee… — wymamrotał półgłosem, kiedy Lars zaryzykował i go puścił.
— Co znowu nie, młody?
— Ty… tuuu.
— Ja tu? Czyli że mam zostać?
— Uhmmm.
Lars westchnął ciężko, zastanawiając się. W końcu usiadł na podłodze przy łóżku Harriego, opierając się plecami o ścianę. Akurat była to wygodna pozycja, żeby ze spokojem wyciągnąć rękę i kontynuować czochranie Harriego po głowie.
— Niech ci już będzie, marudo — oznajmił półgłosem. — Jak tam chcesz, ja się dostosuję.
W końcu chyba po to właśnie w ogóle przyjechał do Planicy.
Harri ocknął się dopiero po paru godzinach, gdy słońce zdążyło już wzejść i rozpoczął się kolejny wiosenny dzień. Zorientowanie się na powrót w czasie i przestrzeni zajęło mu dłuższą chwilę. Kiedy otworzył oczy, skonstatował, że leżał na boku we własnym łóżku hotelowym, w tym pokoju, co trzeba, gdzie wszystko ułożone było w niemal idealnym porządku i nawet wiecznie schizujący Vellu spał w najlepsze na swoim posłaniu parę metrów dalej. Harri uznał od razu ten zaistniały stan rzeczy za bardzo dziwny, bo przecież… całkowicie kolidował on z tym, co pamiętał z poprzedniego wieczoru, a pamiętał niemal wszystko. Chyba tylko w samej końcówce mógł mu się film urwać… ale nawet jeśli, to co z tego? Nie zmieniało to faktu, że to, co zapamiętał oraz to, co w obecnej chwili widział przed sobą, zupełnie do siebie nie pasowało.
Wspomnienia Harriego… chociaż, czy aby na pewno wspomnienia? Zawsze, niestety, istniała szansa, że było to jedynie jakieś dziwne złudzenie, efekt nadużycia alkoholu, który teraz wyczuwał przecież tak mocno. Obudził się ze sporym wampirzym kacem, czuł się słabo jak nigdy, słońce nawet przez zasłonięte okna raziło go nieprzyjemnie… a przy tym wszystkie inne zmysły znacznie mu się stępiły, jakby wracając do swojego ludzkiego wymiaru. Z tym wszystkim Harri czuł się strasznie niepewnie i jak stwierdził, w takim stanie halucynacje nie byłyby właściwie niczym dziwnym.
Niezależnie od tego, czy był to sen, czy może jawa, Harri miał wrażenie, że wczoraj stało się coś niemożliwego, na co już właściwie na dobre stracił nadzieję: w Planicy zjawił się Lars, nagle i nieoczekiwanie, co może było nawet trochę w jego stylu. I tyle razy obiecał, że od tego momentu już wszystko będzie dobrze — a Harri, niezależnie od swojego stanu, kurczowo trzymał się tej jednej, jedynej myśli, żeby to nie okazało się zwidą, żeby Bystøl nie przepadł znowu gdzieś, żeby on nie został po raz kolejny sam ze wszystkimi problemami, jakie szykowała mu reszta świata…
Lars miał nie zniknąć i co? I nic, nie było go widać, a wszystko dookoła zdawało się mówić, że wczorajszy wieczór w ogóle nie miał miejsca. Właściwie, to można się było tego spodziewać, to zbyt piękne, żeby było prawdziwe…
Zniechęcony Harri przewrócił się na drugi bok, mając dosyć widoku tego ładu idealnego z pochrapującym Vellu na drugim planie. I wówczas nie pozostało mu nic, jak tylko wytrzeszczyć oczy ze zdziwienia. Oto bowiem po drugiej stronie pokoju, gdzie było jedynie mniej więcej metrowe przejście pomiędzy jego łóżkiem a ścianą z oknem, siedział w kucki na podłodze Lars we własnej osobie. Sprawiał wrażenie trochę otępiałego, bo oparty plecami o ścianę patrzył gdzieś w dal z trudnym do określenia wyrazem twarzy, ale momentalnie przeniósł swój wzrok na Harriego, uśmiechając się blado.
— Hej, młody — odezwał się szeptem. — Wszystko w porządku?
Harri bez zastanowienia pokiwał głową. Może i fizycznie nie czuł się najlepiej, ale głupi kac był niczym w porównaniu z tą ogromną ulgą, jaką poczuł na widok Bystøla.
— Ty tu byłeś cały czas? — zapytał także przyciszonym głosem.
— Sam mnie o to prosiłeś — odparł Lars. — No i… ktoś musiał dopilnować, żeby ta banda kretynów z twojej kadry nie próbowała wycinać żadnych numerów.
Oczy Harriego rozjaśniły się, a na twarz wkradł mu się mimowolny uśmiech.
— Dzięki — wybąknął.
— Nie ma za co, młody — stwierdził Lars, podnosząc się ze swojego miejsca. — Polecam się na przyszłość.
— Czyli co, zostajesz tu?
— Ech, no teraz będę musiał na chwilę zniknąć… Ale nie wyjeżdżam w żadnym razie — oznajmił szybko Lars, w miarę, jak twarz Harriego zaczęła blednąć. — Pokręcę się trochę po okolicy, przywitam z kumplami z kadry, bo ich jeszcze nie widziałem…
— Ale czemu? — zapytał Harri.
— „Czemu“ co? — nie zrozumiał Lars. — Jeśli „czemu nie spotkałem jeszcze reszty mojej drużyny”, to dlatego, że najpierw szukałem ciebie. A jeżeli „czemu muszę już sobie iść”, wiedz, że po to, żebyś uniknął kłopotów.
— Jakich kłopotów? — zaniepokoił się Harri.
— Nie jakichś poważnych, tylko po prostu głupich — odparł Lars bagatelizującym tonem. — Twój kolega Lindström pewnie zaraz się obudzi i chyba lepiej dla wszystkich będzie, jeżeli mnie tu nie zobaczy. Nie przyprawiajmy zbędnej traumy sobie i jemu.
Harri pokiwał głową ze zrozumieniem i zaraz podniósł się, żeby odprowadzić Larsa do drzwi pokoju. Bystøl sięgnął ręką do klamki, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i jeszcze odwrócił się w stronę Harriego.
— Młody… — zaczął, po czym jakby zamarł w zamyśleniu.
— Tak? — zapytał nieśmiało Harri.
Nie miał pojęcia, o co mogło Larsowi chodzić i jak miało brzmieć to niedokończone przez niego zdanie. Z jednej strony chciał się tego dowiedzieć, ale z drugiej jakoś głupio było mu wtrącić się i tym samym może przeszkodzić Larsowi w ułożeniu dalszej części swojej wypowiedzi.
Norweg przez dłuższą chwilę wpatrywał się w niego z jakimś dziwnym ni to skupieniem, ni to zawahaniem, po czym nagle rozpogodził się i uśmiechnął szeroko.
— Już mi się przypomniało, co chciałem powiedzieć — oznajmił. — Powodzenia na dzisiejszym konkursie!
Zanim nieco zaskoczony Harri zdążył wydobyć z siebie jakąś odpowiedź, Lars szybkim gestem potargał mu włosy na głowie, odwrócił się i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Być może właśnie dzięki życzeniom Larsa, albo też szczęśliwym zbiegiem okoliczności, dzień minął Harriemu niemalże bezproblemowo. Veli-Matti nie był bardziej smętny czy kłopotliwy niż zwykle, nawet pomimo tego, że nie przebrnął przez wczorajsze kwalifikacje i Letalnicę mógł co najwyżej pooglądać z trybun. Nie miał też ani krztyny przeczucia, żeby zeszłej nocy w ich pokoju było cokolwiek nie tak. Reszta kadry także w żaden sposób się Harriego nie czepiała, ani w hotelu, ani na skoczni — nawet szło z nimi wysiedzieć w jednej szatni, bez konieczności ulatniania się na zewnątrz. Zresztą pod tym jednym względem Planica okazała się zdecydowanie bardziej przyjazna od całej Norwegii: fińscy skoczkowie nie musieli siedzieć zbyt długo stłoczeni w jednym miejscu, oczekując na konkurs. Pogoda w Słowenii może i nie była idealna, bo zamiast typowych dla Planicy słonecznych dni w tym roku przeważały raczej chmury, ale za to nie było najmniejszych problemów z wiatrem. Jego podmuchy były zdecydowanie słabsze, niż to często bywało w tym dziwnym sezonie i bez najmniejszego problemu mieściły się w normie bezpieczeństwa. Zachowywały też stały kierunek, tworząc sprawiedliwe warunki dla wszystkich zawodników. W dniu takim jak dziś aż chciało się skakać, a co tu dopiero mówić o lotach.
Na drugim z trzech zaplanowanych konkursów, już przedostatnim w tym Pucharze Świata, Harri nie miał wobec siebie zbytnich wymagań — w końcu skocznie mamucie wciąż były dla niego nowością, obiektami jeszcze nie do końca wyczutymi i opanowanymi. Mimo to, w drugiej serii konkursu udało mu się wykonać bardzo długi skok, poprawiając tym samym swój osobisty rekord sprzed dwóch dni: tym razem osiągnął całe dwieście cztery i pół metra. Jeżeli żałował czegokolwiek, to tylko tego, że rano nie założył się znowu z Larsem o swój wynik, bo wówczas oprócz własnej satysfakcji miałby jeszcze za darmo czym świętować to małe osiągnięcie.
Larsa nie było jednak nigdzie widać aż do wieczora. Harri zastanawiał się wielokrotnie, gdzie też mogło go wciąć, chociaż nie odczuwał też z tego powodu jakiegoś szczególnego niepokoju. W końcu jeżeli Bystøl powiedział, że jest gdzieś w pobliżu, to tak właśnie musiało być. Przecież jego obietnica, że w ogóle przyjedzie do Planicy, była zdecydowanie mniej pewna, a jednak jej dotrzymał, więc dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Może i Harri nie miał Larsa pod ręką przez cały czas, ale jednak świat dookoła wydawał mu się zdecydowanie mniej straszny i wredny niż jeszcze wczoraj. I nie bał się już takiego Ville czy Arttu, bo miał przeświadczenie, że jeżeli tylko zadzwoni do norweskiego wampira albo zawoła go w myślach, to on się zaraz znajdzie i, jak zapewniał tyle razy, będzie po problemie.
Z takim nastawieniem Harri wytrwał aż do zachodu słońca, kiedy zdecydował się wyjść z hotelu, tym razem w sposób konwencjonalny, i poczekać, aż Lars się znajdzie i zorganizuje im ten wieczór. Kiedy jednak wciąż nie było go ani widu, ani słychu, Harri zaczął przechadzać się w kółko parę metrów od głównego wejścia do hotelu, od czasu do czasu kopiąc jakąś zbitą grudę śniegu.
Zdążyła minąć dłuższa chwila, zanim Harri zobaczył, że ktoś wyszedł z hotelu i ruszył prosto w jego stronę. Doskonały wampirzy wzrok, który w półmroku działał jeszcze lepiej, w tym wypadku sprawił, że zanim zdążył rozbłysnąć w jego głowie choćby najmniejszy promyk nadziei, został on od razu zduszony przez ponurą rzeczywistość. Oto bowiem na spotkanie mu wyszedł wcale nie Lars, tylko Ville.
— Siema, zdrajco! — zawołał tamten natychmiast ożywionym głosem. — Powiedz, co knujesz tym razem?
— Nic nie knuję — obruszył się Harri.
— Co ty nie powiesz? To czemu tak tu stoisz po ciemku, jakbyś szykował się do załatwiania brudnych interesów?
— A więc wychodzenie wieczorem z hotelu to w Planicy przejaw nienormalności? — zapytał Harri. — Wiesz, jeszcze chwila i uwierzę w te twoje brednie.
— Nie rżnij głupka — odparł Ville. — Obydwaj dobrze wiemy, o co tu chodzi. Pójście z kumplami na imprezę to jedno, a włóczenie się samopas w jakichś tajnych celach to drugie.
— Z dwojga złego drugie jest lepsze — odparł Harri. — Sam decydujesz, gdzie chcesz iść i sam jesteś sobie winien, jeśli tam stanie ci się coś złego, a w pierwszym przypadku możesz mieć przede wszystkim pretensje do tych, którzy zaciągnęli cię w jakieś dziwne miejsce i zostawili na lodzie.
— Co ty wygadujesz? — nie zrozumiał Ville.
— To, że nigdzie z wami dziś nie idę. Koniec tematu.
Ville skrzywił się na bardzo krótki moment, by znowu zaraz przybrać dobrą minę do niekoniecznie dobrej gry.
— Ej… a tak właściwie, to skąd wiedziałeś, że chciałem zapytać, czy idziesz dziś z nami? — odezwał się, zbierając w sobie świeże pokłady entuzjazmu.
— Domyśliłem się — mruknął Harri.
— Nie gadaj. To ty już czytasz w myślach?
— Taa… nie do końca — odparł bezmyślnie Harri, zbyt późno gryząc się w język.
— Ale jednak! Nie chwaliłeś się tym wcześniej.
Harri przygryzł wargi. Niby czym miałby się tu chwalić? Fakt, że zyskał jakieś takie przeczucie, które zawsze trafnie podpowiadało mu, co dany człowiek naprawdę chciał powiedzieć albo miał na myśli. Coraz bardziej oswajał się z tymi swoimi nowymi zdolnościami, ale ostatnią osobą, która powinna o nich wiedzieć, był właśnie Ville.
— Czyli… to wcale nie jest aż tak źle, jak ty sądzisz — kontynuował serviceman.
— Co nie jest źle? — zapytał Harri, mimo tego, że znał odpowiedź.
Nie wiedząc, co zrobić, zdecydował się grać na czas, a równocześnie skoncentrował się, aby wydobyć z siebie głos w myślach:
— Lars, gdzie jesteś?!
— Dobrze wiesz co, Harri — Ville momentalnie spoważniał. — I właśnie o tym chciałbym teraz z tobą porozmawiać. Chrzanić jakieś głupie imprezy, one w Planicy są co roku.
— Znasz dobrze moją odpowiedź — stwierdził Harri. — I wiedz, że ona w żadnym razie… Lars! …się nie zmieniła.
— Ech, Harri, Harri. A nie słyszałeś może powiedzenia, że tylko krowa nie zmienia poglądów?
— Cóż, może więc dla ciebie jestem krową, ale osobiście mam to gdzieś — odburknął Harri.
— Nie, nie jesteś żadną krową — Ville uśmiechnął się blado. — Już bliżej ci do upartego osła, któremu brakuje marchewki… albo i kija.
— Przykro mi, Ville, ale nie jestem zainteresowany. Lars, no kurde, chodź tu!
— Jesteś, ale jeszcze o tym nie wiesz — Ville wyszczerzył się. — W końcu od czasu, kiedy ostatnio rozmawialiśmy… chyba trochę się zmieniło.
— Taaak, a tu mi zaprzęg reniferów jedzie — stwierdził Harri, podważając sobie palcem dolną powiekę.
Nie dał poznać po sobie niepokoju spowodowanego tym, że Ville wciąż nie przestawał się uśmiechać.
— To się jeszcze zdziwisz — oznajmił. — Bo wiesz, dotychczas miałem tylko jedną kartę przetargową, którą grałem może i trochę nieczysto… ale musisz zrozumieć, że przy takiej stawce cel uświęca środki. Dziś jednak znalazłem u siebie niespodziewanie nowego asa w rękawie i naprawdę, nie każ mi z niego korzystać.
— Umieram z ciekawości, co to takiego — stwierdził z przekąsem Harri.
Ville popatrzył na niego i nagle się roześmiał.
— Ależ ty sam mi tego argumentu dostarczyłeś! — zawołał. — Ja bym nigdy czegoś podobnego nie wymyślił, nie jestem taki! Ja mam tylko oczy dookoła głowy i słucham uważnie, co tam w trawie piszczy…
— Nie wiem, o co ci chodzi, Kantee.
— O to, co robiłeś wczoraj wieczorem!
W jednej chwili Harri zamarł, do reszty blednąc na twarzy. Całe swoje mentalne siły rozdzielił na trzy zadania, chociaż wydawało się to na ten moment i tak zbyt dużo. Jedną częścią siebie usiłował powstrzymać się przed okazaniem paniki. Drugą myślał intensywnie i próbował przypomnieć sobie jak najdokładniej, co takiego robił wieczorem — z obawą zorientował się, że owszem, kolejna ofiara poszła, jak zwykle dopita przez Larsa, ale chyba nikt ich wtedy nie miał prawa zauważyć! A po trzecie, pozostałe mu zapasy koncentracji skupiał przede wszystkim na tym, żeby jak najgłośniej w myślach zawołać Larsa na pomoc. Przecież on wczoraj zapewniał, że takim kretynem jak Kantee już nie ma co się przejmować, niech więc to teraz udowodni!
— Ha, ha, a widzisz, tu cię mam — stwierdził z zadowoleniem Kantee, nie doczekawszy się odpowiedzi. — Choćbyś nawet wszystkiemu zaprzeczał, to masz problem, bo przy braku alibi nikt ci nie uwierzy. A ja usłyszałem dziś wszystko od austriackiego servicemana, który na własne oczy widział cię zeszłej nocy. Według niego byłeś kompletnie pijany i szlajałeś się po mieście… klejąc się do jakiegoś faceta!
Harriego na dłuższy moment aż zatkało. Zgubił się w tej całej sytuacji i nie miał najbledszego pojęcia, co mógłby odpowiedzieć Villemu.
— W sensie, że… — zaczął z wahaniem.
Ville wydął wargi w dzióbek i złapał go za policzki, tarmosząc je jak stara ciotka, która zjawiła w odwiedziny na rodzinnym obiedzie.
— Już wiemy, czemu nasz mały Harri wciąż jeszcze sobie dziewczyny nie znalazł! — zawołał. — Bo jego tak naprawdę kręci coś innego niż cycki! On woli…
— Przestań! — krzyknął Harri, odpychając go od siebie.
Nie zrobił tego szczególnie mocno, ale miał dość wampirzej siły, żeby od jednego pchnięcia przewrócić Villego do tyłu. Serviceman runął plecami w zaspę śnieżną, zanosząc się od paskudnego rechotu.
— Ja i tak swoje wiem! — oznajmił. — I proszę, nie zmuszaj mnie do podzielenia się tą wiedzą z całym światem!
Harri zazgrzytał zębami. Wciąż jeszcze czuł bardziej szok niż złość, ale miał wrażenie, że te proporcje lada moment się zmienią, a co on wtedy zrobi, tego już nawet sam nie potrafił przewidzieć…
Zanim to jednak nastąpiło, Harri niespodziewanie poczuł na ramieniu zdecydowany uchwyt czyjejś dłoni, a równocześnie usłyszał głos osoby, której w tej chwili potrzebował jak nikogo innego:
— Ja byłem tym facetem, jeżeli już koniecznie musisz to wiedzieć, Kantee. Czy jest jeszcze coś, o czym chciałbyś ze mną porozmawiać?
Harri obrócił głowę i z ogromną ulgą dostrzegł, że Lars nareszcie usłyszał jego wołanie w myślach, pojawiając się nie wiadomo dokładnie skąd ani w którym momencie. Pewne było jednak, że stał teraz tuż za nim, trzymał go za ramię, a równocześnie świdrował wzrokiem Villego. Na jego twarzy nie było ani krztyny wesołości, którą z reguły zachowywał w większym czy mniejszym stopniu przy kontaktach z innymi. Nie, w żadnym razie… jego mina była stanowcza, absolutnie poważna, wręcz jak u mordercy gotowego do działania.
— Lars… — odezwał się półgłosem Harri.
— Hej, młody — przerwał mu zaraz tamten półgłosem, po czym powrócił do ostrego, nieprzyjemnego tonu. — Kantee, zadałem ci pytanie. Czy ty masz jakiś problem?
Harri ponownie odwrócił się i zobaczył, że Villemu znienacka przestało być do śmiechu. Fiński serviceman zamarł w bezruchu po podniesieniu się na wpół z zaspy, szczęka mu opadła, a w wytrzeszczonych oczach malowało mu się bezgraniczne zdziwienie, przemieszane ze strachem.
— A ty tu skąd?! — wypalił w końcu, kiedy po dłuższej chwili odzyskał język w gębie.
— Z Norwegii, chociaż dla ciebie może być i z piekła rodem — odparł Lars bez odrobiny humoru w głosie.
— Ale… co ty tu robisz?! Nie skaczesz przecież!
— Owszem, bo mam tu ważniejsze zajęcia. Jak na przykład sprawdzenie, czy znowu nie wtykasz nosa w nie swoje sprawy.
Mina Villego zrzedła jeszcze bardziej, a kąciki jego rozchylonych w zadziwieniu ust zaczęły odchylać się ku dołowi.
— Ale… — zaczął, naraz całkowicie tracąc pewność siebie.
— Wstydziłbyś się, Kantee. Tak traktować kolegę ze swojej własnej kadry? Na twoje nieszczęście Harri ma po swojej stronie mnie, a ja już nie jestem taki milusi. I naprawdę, nie próbuj żadnych numerów, kiedy myślisz, że mnie nie ma w pobliżu, bo możesz się na tym ostro przejechać. Zrozumiano?
Ville przez dłuższą chwilę jeszcze tkwił zdębiały w szoku, po czym odruchowo, niemal kuląc się przy tym, pokiwał głową.
— I jeszcze jedno. Nawet nie myśl o powtarzaniu komukolwiek swoich bredni, bo… ja znam sposoby, żebyś zamknął się na wieki.
Ville nerwowo przełknął ślinę, nie odzywając się ani słowem.
— Myślę, że to wszystko, Kantee. Przeproś Harriego i idź, póki możesz.
Harri aż sam nie był w stanie uwierzyć, jakim sposobem sprawa została przez Larsa tak błyskawicznie rozwiązana. Skąd on to potrafił? Umiał tak przygadać Villemu, był taki stanowczy… biła od niego jakaś taka wewnętrzna siła, która może nawet w minimalnym stopniu udzieliła się Harriemu, gdy przestał nagle obawiać się, że sprawa przybierze dla niego zły obrót. A na dodatek wyglądało to, jakby jakimś dziwnym trafem wyssali całą energię z Villego, bo kiedy ten wstał w końcu i otrzepał się ze śniegu, zrobił to z nadzwyczajnym ociąganiem się i pozostał w nienaturalnej, zgarbionej pozycji. Głowę miał spuszczoną i tylko na dosłownie ułamek sekundy odważył się popatrzeć prosto w oczy Harriemu, po czym natychmiast uciekł wzrokiem na bok.
— Sorry — wymamrotał niewyraźnie, zaraz odwracając się i kierując w stronę hotelu.
Harri odprowadził go wzrokiem, dopóki serviceman w końcu wszedł przez drzwi i zniknął z pola widzenia.
— Dzięki wielkie — odezwał się, obracając się w kierunku Larsa. — Nie wiem, co bym zrobił, gdy…
— Nie dziękuj, młody, naprawdę nie ma za co — odparł Bystøl. — Ten debil nie dostał tego, na co zasłużył… ale wolałem nie wszczynać wojny fińsko-norweskiej. I w ogóle powinienem był pojawić się tu wcześniej, tylko że nie dałem rady.
— Najważniejsze, że przyszedłeś — wybąknął Harri.
— Te tępaki z mojej drużyny mnie zatrzymały! — oznajmił Lars, załamując ręce. — Zgadnij, co oni na dziś wymyślili? Odrabianie tej zaległej imprezy z Oslo, obecność wszystkich obowiązkowa, twoja też. Usiłowałem im wytłumaczyć, że to nie jest najlepszy pomysł, gdy nagle wśród tych ich codziennych wrzasków usłyszałem ciebie i zaraz poleciałem tutaj.
Harri popatrzył na niego z nieco zagubioną miną.
— I co teraz? — zapytał.
— Nie wiem, młody — stwierdził Lars z uśmiechem. — Chciałoby ci się iść? Jak nie, to z tobą zostanę, kij w oko mojej kadrze. Ale w sumie miałoby to taki plus, że wciąż mają zamiar fundować cały alkohol.
— To może pójdziemy? — zasugerował Harri. — Bo… chyba nie mam nic przeciwko. Tylko…
— Tylko co?
Wzrok Harriego był trochę smutny, ale przede wszystkim wyrażał ogromną prośbę.
— Nie zostawiaj mnie samego na tej imprezie — wybąknął. — Bo… bo to się zawsze źle kończy.
Lars najpierw zaśmiał się, by po chwili całkowicie spoważnieć.
— Masz to jak w banku, młody — oznajmił. — Będę cię pilnował lepiej niż własnej flaszki. Może być?
— Może — stwierdził cichutko Harri, zdobywając się na cień uśmiechu.
Nagle od strony wejścia do hotelu rozległ się hałas, a zaraz potem wyszła z niego kadra norweska w komplecie i wyśmienitych nastrojach, zaraz machając do nich ni to na powitanie, ni to w geście, żeby Lars i Harri jak najszybciej do nich dołączyli. Wszyscy trzymali już w rękach butelki z jakimś lokalnym mocnym trunkiem, a Ber i Tom mieli nawet po dwie, najpewniej zarezerwowane dla swoich nieumarłych kolegów.
Czyli, tak właściwie, wyboru nie mieli już praktycznie żadnego. Imprezowanie w Planicy czas było zacząć.