Prologue

111 6 3
                                        


Niepewnie rozglądałam się po stacji King's Cross w poszukiwaniu peronu 9 i ¾ przeciskając się przez tłum mugoli. Peron 7,8,9 ... a za nim 10. Eh... tak jak myślałam, nie ma tu żadnego 9 i ¾. Nie ma magii... ani Hogwartu. Znowu zostałam oszukana. Moje ciemne długie włosy powiewały delikatnie na wietrze. Czy w takim razie ulica Pokątna była tylko snem? Takim który, już zawsze się pamięta? Ale to wszystko było takie ... prawdziwe? Dobra muszę się ogarnąć. Byłam tu po raz pierwszy. Nigdy nie słyszałam o magii aż do momentu gdy dostałam list. Na początku myślałam że to żart ale z każdym spalanym przeze mnie listem przychodził nowy. Zapytacie w takim razie co na to moi rodzice? Wychowywałam się w sierocińcu a moich rodziców znam tylko z opowieści mojej ciotki. Matka byłą czarownicą i to wybitną, w Hogwarcie przydzielona do Gryffindoru. O ojcu wiem tylko tyle że był mugolem. Grace, bo tak miała na imię moja mama, zakochała się w tacie gdy miała 15 lat, lecz jej rodzina nie popierała ich związku, bo większość rodów czystokrwistych nie toleruje mugoli, w tym moja rodzina. Gdy miała 17 uciekła... tak po prostu uciekła. Bardzo kochała tatę ale ukrywała przed nim że jest czarownicą aż do momentu gdy zaszła z nim w ciąże. Gdy się o tym dowiedział zostawił ją. To nie była miłość, chciał ją tylko wykorzystać i zostawić, zabawić się jej kosztem... a z resztą miłość nie istnieje, a uczucia to słabość, tak mnie wychowano. Matka jednak chyba wierzyła w uczucia i się załamała odbierając sobie życie, a ja nadal nie wiem jak do końca się to stało ale trafiłam do sierocińca. Z zamyśleń wyrwało mnie uderzenie w ramię. Rozejrzałam się wokół... a no tak dalej stoję na stacji. Podniosłam głowę do góry mając nadzieję, że coś znajdę. Po chwili dostrzegłam rodzinę, która wyglądała jakby się urwali z choinki, mieli przy sobie sowy. Jeden z dzieciaków ruszył z wózkiem prosto na twardą murowaną ścianę między peronem 9 a 10. Popatrzyłam na niego jak na idiotę. Raz... dwa... trzy i zaraz rozwali sobie swoją śliczną buźkę. Kto normalny leci z wózkiem na murowaną ścianę? Jednak niczego się nie doczekałam... ahh a miałam już nadzieję. Chłopak pobiegł na barierkę i... rozpłynął się? Co? To niemożliwe... przecież musiał uderzyć w tę ścianę. Problem polegał na tym że widziałam już naprawdę dziwne rzeczy. Uwierzcie lub nie ale gdy widziało się już sprzątaczkę w samym ręczniku i klapkach z puszystymi różowymi króliczkami to myślicie, że już nic was nie zadziwi. Postanowiłam też spróbować. Niepewnie poprowadziłam swój wózek i wzięłam głęboki oddech '' zamknij oczy, uspokój się i biegnij przed siebie prosto na ścianę, nic ci nie będzie''-powtarzałam w myślach. Zamknęłam oczy i zaczęłam biec gotowa na zderzenie ze murem ale nic takiego się nie stało. Powoli podniosłam powieki i ujrzałam... tłumy wesołych dzieciaków oraz napis ''Peron 9 i ¾ ''. Taaak.. witamy w porąbanym świecie czarodziei.

***

W tym całym tłumie czarodziejów na peronie 9 i ¾ wpadłam na kogoś przy okazji przewracając tę osobę na zimną posadzkę. Już miałam to zignorować i iść dalej (przecież potrafi sama wstać, co nie?) kiedy usłyszałam cichy, dziwnie pogodny głos.

– Hej, jestem Luna.- powiedziała dziewczyna, dalej siedząc na ziemi. Miała długie, blond włosy opadające kaskadami na jej ramiona, w uszach jakieś dziwne kolczyki przypominające rzodkiewki, a na szyi naszyjnik z...kapsli? Wolałam nie pytać co to jest. Uśmiechała się do mnie przyjaźnie a jej szare, swoją drogą tajemnicze oczy patrzyły na mnie z zainteresowaniem. Po chwili zdałam sobie sprawę, że chyba powinnam coś powiedzieć, a nie tak stać i się gapić próbując zapamiętać wszystkie informacje na jej temat. Tak, często tak robię z ludźmi i czasami się to bardzo przydaje. Lustrowałam ją wzrokiem jeszcze chwilę aż postanowiłam się odezwać.

- Lauren.- odpowiedziałam w końcu.- Ummm, zamierzasz tak tam siedzieć?- uniosłam jedną brew do góry, patrząc na nią jak na idiotkę.

- To całkiem zabawne- powiedziała dziewczyna rozmarzonym głosem- poza tym sprzyja myśleniu. Moje kąciki ust uniosły się po raz pierwszy od wielu tygodni. Przyznam szczerze że, wakacje w sierocińcu są niezbyt przyjemne. Wiele osób jest tam nieśmiałych i zamkniętych w sobie, co wykorzystują grupy silniejszych dziewczyn, znęcając się nad słabszymi. Rzadko się uśmiecham, bo moje życie nigdy nie było kolorowe.

- Jesteś sama?- zapytałam, podając dziewczynie rękę, żeby mogła wstać. Jeszcze tłum dzikich czarodzii ją zadepcze. Luna przyjęła ją i z moją pomoc wstała. Spojrzała na mnie pytającym wzrokiem. Oh, no tak powinnam jaśniej się wyrazić.

- Czy przyszłaś z rodzicami?- zapytałam tym razem trochę jaśniej. Tak wiem, rozmawianie z ludźmi to nie jest moją mocną stroną.

- Mój tata musiał zostać w domu aby pilnować nargli. Potrafią być całkiem złośliwe.- Luna odpowiedziała po dłuższej chwili namysłu. Nawet nie pytałam o mamę. Z reguły jeśli ktoś wspomina o dwójce rodziców nie ma ojca lub matki, albo ma problemy rodzinne o których nie chce mówić.

- Też jestem sama.- Nastała niezręczna cisza. Tak jak już mówiłam, nawiązywanie znajomości to nie jest moja mocna strona. Ale Lunie cisza chyba nie przeszkadzała. Dziewczyna ruszyła w stronę pociągu ciągnąć ze sobą walizkę. Poszłam więc za nią. Nie wyglądała na zdziwioną czy zaskoczoną. Nie przeszkadzało mi jej towarzystwo tak jak obecność innych ludzi. Przy nich czułam się albo dziwnie, albo źle... a z Luną było mi po prostu dobrze.


___________________________________________________________

Kochani, mam nadzieję że polubicie moją książkę, a przyznam szczerze że przynajmniej dla mnie jest to pierwsze opowiadanie jakie piszę. W każdym razie życzę wam miłego czytania. <3

Love does(n't) existWhere stories live. Discover now