"Dziewczyna z chorą wyobraźnią"

46 5 3
                                        

Właśnie wchodziłam do Specjalnego Zakładu Karno Opiekuńczego Łączącego Analfabetów, potocznie nazywanego SZKOŁĄ. Czemu musimy tam chodzić aż tyle lat tego nie wiem, ale wiem też że nikt tego nie uniknie. Niestety. A może i stety bo w końcu będziemy mieli wystarczającą wiedzę. (Chociaż ja jestem zdania że i tak większość rzeczy się zapomina).
No ale cóż. Tak jak mówiłam weszłam do szkoły i wchodząc po niezliczonej ilości schodów, stanęłam wreszcie pod klasą. Zostało jeszcze pięć minut do lekcji więc odpisałam jeszcze mamie, która oczywiście musiała mi popsuć humor a mianowicie przypomnieć o dzisiejszym sprawdzianie z chemii. Nie żeby coś, ja lubię chemię, ale nienawidzę sprawdzianów bo zawsze się na nich denerwuje i dostaje złe oceny.
Dopełniając mój zły humor właśnie przyszła największa zołza ever. Uważa się za niewiadomo kogo i jeszcze zaczęła się na mnie perfidnie gapić z głupim uśmieszkiem.
-Co znowu?- spytałam wreszcie.
-Nic nic... Tylko zastanawiam się jak ty wytrzymujesz w tych wieśniackich ciuchach- odpowiedziała jak zawsze piskliwym głosem.
Ja wiem, że nieraz warto zachować milczenie i to zignorować, ale gdy ona coś mówi to ja nie mogę siedzieć cicho!
-Mi się z kolei wydaje że od tych batonów, które żresz po kryjomu w łazience przybyło ci trochę kilo- powiedziałam więc.
-Słucham?! Ja wcale...
Przerwał jej dzwonek.
Po kilku minutach przyszła nauczycielka od geografii, która szczerze się na mnie uwzięła, bo nie ma lekcji na której mnie nie zapyta. Na tej lekcji nie mogło oczywiście tego zabraknąć.
-Grace podejdź do odpowiedzi- powiedziała.
Westchnęłam więc zrezygnowana, ale podeszłam.
-Powiec więc najpierw... Na jakim kontynencie leży Gujana, a na jakim Suazi?- spytała
-No... Na kontynencie zwanym... On się jakoś zaczynał na "A"... A-Afryka?
-Pytasz się mnie?
-No raczej się pytam biorąc pod uwagę że to pani uczy geografii, nie ja.
-Nie pyskuj dziecko!
-Ja nie jestem dzieckiem. Może i mam duszę dziecka ale ogółem nim nie jestem. Na dodatek to nie było pyskowanie tylko oznajmienie, które pani na pewno ze swoją mądrością zna.
-Zaraz pójdziesz do dyrektora!
-Ale czemu?!
-Bo pyskujesz!
-Ale ja tylko mówię prawdziwe rzeczy!
Cała klasa patrzyła się na to zjawisko zdziwiona i rozbawiona. To też dlatego, bo ja jestem uważana za osobę nieśmiałą itp i nigdy tak się nie odezwałam do nauczyciela. No ale to nic złego jak wyrażam swoją opinię doskonale pewnie znaną pani!
-To teraz prawdziwie idź do dyrektora!- krzyknęła pani.
-Na prawdę się mówi...- powiedziałam odruchowo.
-W tej..!
Nie zdążyła dokończyć bo nagle usłyszeliśmy trzask w szybę.
Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę... Był tam na szybie rozbity ptak, a wokół rozmazana krew. Nie żył. Tylko czemu wleciał w tą szybę?
Wracając jednak do teraźniejszości. Jak się domyślacie wybuchło niezwykłe poruszenie, bo takie coś się tutaj nie zdarza. Wszyscy zaczęli rozmawiać a nauczycielka nieskutecznie próbowała ich uciszyć.
-Wszyscy cicho!- wrzasnęła pani a cała klasa zdziwiona wykonała polecenie.- Ptak wleciał w szybę. Okej, to nic takiego. Zdarza się. Później powiem aby ktoś to sprzątnął. A teraz wracamy do lekcji.
Ci którzy stali usiedli.
-To ja też usiądę...- powiedziałam i wróciłam do ławki.
-Tym razem nic ci nie wstawię, ale miej się na baczności- odpowiedziała tylko nauczycielka i zaczęła lekcje.
Ja jeszcze coś tam mruknęłam zła, ale "słuchałam" jej wykładu.
Reszta lekcji minęła normalniej, czyli nudno i masakrycznie. Test był trudny i mam nadzieję że dostanę chociaż 2, szok to będzie 3, ale mam nadzieję że nie 1. No ale będzie co będzie.
Nie rozwijając się więcej na ten temat, powiem że właśnie wyszłam ze szkoły i szłam przez parking. Nagle jednak usłyszałam trzask i jakby pisk po prawej stronie. Odwróciłam się tam i próbowałam coś dostrzec, ale na parkingu nic nie było. Ten odgłos musiał dochodzić zza niego, w parku (o ile można tak nazwać dość sporo drzew i zanikającą ścieżkę). Ja oczywiście wiodąca moją ciekawością i myślą, że tam może będzie coś ciekawego (bo wreszcie moje życie jest za nudne (moje prawie codziennie słowa)) poszłam tam.
Szłam między drzewami po szeleszczących liściach, bo i tak dróżki bym nie znalazła. W końcu zobaczyłam jak coś poruszyło się za jednym z drzew. Zatrzymałam się i z trochę szybciej bijącym sercem spojrzałam w tamto miejsce. Przypomniał mi się ptak, który wleciał w szybę na lekcji. A za drzewem na pewno nie było człowieka. Moja wyobraźnia już układała różne nadprzyrodzone scenariusze, ale gdy wreszcie się odwarzyłam i podeszłam do owego czegoś okazało to się może nie gorsze niż obrazy w mojej wyobraźni, ale napewno było niepokojące.
-Fuu- skrzywiłam się i cofnęłam.
Był tam czarny kot (jak ja nienawidzę kotów!). Tylko że on tak jakby wbiegał w drzewo a następnie zaczął się gryść. Wywróciłam oczami myśląc że napotkam coś ciekawszego, chciałam się odwrócić i iść, ale ten kot zaczął krwawić. Powoli z miejsca gdzie się gryzł zaczęło wylatywać więcej krwi.
-Hej! Boże... Psik! Przestać!- mówiłam podniesionym głosem do kota.
On jednak nic sobie z tego nie robił i dalej się gryzł. Aż wreszcie padł. Tak, po prostu zdechł, padł, umarł.
-Sam sobie to zrobiłeś. To nie moja wina. To że zwierzęta zwariowały to nie oznacza końca świata, tak? Boże... A co z Fafikiem?!- krzyknęłam i pobiegłam w stronę domu zapominając o martwym kocie.
Fafik to oczywiście mój pies, mieszaniec. Jest średniej wielkości, ma brązową sierść i nienawidzi obcych, szczególnie mężczyzn (pomimo że nie jest jakiś wielki to potrafi być groźny).
A ja oczywiście żyjąc z moją wyobraźnią w jednym świecie, pomyślałam że przecież Fafik też może sobie coś zrobić, jak tamte zwierzęta.
Dzisiaj kończyłam później lekcje więc moja mama powinna już być w domu i jeżeli się nie mylę właśnie wychodziła z Fafikiem na spacer.
Około pięć minut później okazało się że się nie pomyliłam i gdy skręciłam po raz kolejny, zobaczyłam moją mamę która szła po chodniku jak gdyby nigdy nic.
-Ja na prawdę nieraz wolałabym być normalną nastolatką, której podoba się byle jaki chłopak, a nie dziewczyną z chorą wyobraźnią o duchach, jakość istotach nadprzyrodzonych i Bóg wie czym- mruknęłam do siebie i już normalnym krokiem zaczęłam iść w stronę mamy i psa.- Mamo!- krzyknęłam tylko bo mnie nie widziała.
Zobaczyła mnie wtedy i zaczęła iść w moją stronę z już cieszącym się jak... nawet nie można tego do niczego porównać, psem. Nagle jednak zobaczyłam na jej twarzy zdziwienie, zaraz potem przerażenie. Krzyknęła coś do mnie i zaczęła biec. Mój pies zaczął szczekać jak nie wiem i chwilę później poczułam straszny (ogromny! mam strasznie mały próg bólu!) ból z tyłu głowy. Chwilę później już wzrok zaszedł mi mgłą i padłam na ziemię. Czułam tylko że od kolejnego walnięcia w coś głową (a raczej nie kolejnego, bo ten pierwszy raz to nie moja wina tylko kogoś tam, ale nie ważne) uratował mnie czyiś... but? Tak, but. No nie powiem, chciałam napotkać coś ciekawszego w życiu to mam! Brawo, pierwsze zemdlenie i poważne uderzenie w głowę! Ale osiągnięcie! (Sarkazm to moje drugie imię) Tylko co teraz?

-------******------****
I jak pierwszy rozdział? Piszcie w kom. jak wam się podoba i ewentualne jak mogę go udoskonalić😉.
Muszę jeszcze tylko wymyślić jakiś inny tytuł bo ten średnio mi się podoba... No ale może jakieś propozycje?
No dobra.

Zdrowia!
Miłego dnia i czytania!😁😘

Początek Końca PoczątkówStories to obsess over. Discover now