Rozdział pierwszy: Henry.

56 1 0
                                        

"Droga Ever,
Na wstępie mojego listu chciałem Ci bardzo podziękować, za wszystko co dla mnie zrobiłaś przez te 10 wspólnych lat. Poznaliśmy się mając zaledwie 17 lat. Tyle lat pięknego, wspólnego życia.. cholera nie wierzę, że mój organizm jest tak słaby. Wybacz mi, Ev. Wiem, że nie zawsze byłem idealnym przykładem dla naszego jedynego syna, ale mam nadzieję, że i to będziesz w stanie mi kiedyś wybaczyć. Nigdy nie chciałem was opuszczać, ukochana. Jednak mój los był od początku przesądzony.. Kocham Cię i będę kochał z całego serca, chcę żebyś to wiedziała. W dniu kiedy tylko usłyszałem swoją diagnozę miałem ochotę się poddać, pamiętasz? To Ty pomogłaś mi wstać na nogi po każdym upadku i podawałaś jedzenie, gdy nie potrafiłem utrzymać widelca w dłoni. Będę Ci za to wdzięczny do końca świata, kochanie. Jest mi strasznie przykro, że nigdy więcej nie zobaczę Twojej pięknej twarzy, czy tych cudnych, niebieskich oczu, w których się zakochałem przed laty. Jestem już zmęczony, ukochana. Myślałem, że jestem przyszykowany na śmierć.. Jednak, gdy teraz o tym myślę, tak strasznie się boję. Byłaś przy mnie dzisiaj, trzymałaś mnie za drżącą rękę. Musiałem powstrzymywać łzy, być silnym, dla Ciebie. Nie mogłem pokazać jak bardzo się boję, chciałem, żebyś zapamiętała mnie jako odważnego mężczyznę. Do samego końca. Teraz, gdy to czytasz przestałem się jednak bać. Mam nadzieję, że Charlie będzie mnie pamiętać, ten słodki dzieciak nie zasłużył na stratę ojca w tak młodym wieku. Zawszę będę nad wami czuwał.
Przegrałem bitwę o życie, ukochana.
Na zawsze Wasz, Henry."
Nie potrafiłam opanować łez. Cały czas miałam przed oczami jego uśmiechniętą twarz, on udawał.. Udawał, że nic się nie dzieje, gdy tak naprawdę cierpiał, jak jeszcze nigdy dotąd. Miałam sobie za złe, że będąc jego żoną nie potrafiłam rozpoznać jego bólu. Ścisnęłam kartkę papieru w dłoni, zamknęłam oczy i wydałam z siebie okrzyk pełen bólu i rozpaczy. Straciłam mężczyznę mojego życia, moje serce z każdą chwilą coraz bardziej się kruszyło.
- Mamo? - drzwi od mojej sypiali otworzyły się szeroko.
Charlie wyszedł zza nich, niepewny i smutny.
- Znowu dzwonił ten straszny lekarz od taty? - zapytał.
Otworzyłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Nie powiedziałam mu jeszcze o śmierci Henriego, obawiałam się tej chwili. Mój syn wie, że jego tata chorował, ale jak przyjmie wiadomość o jego śmierci? Henry zmarł wczorajszego poranka. Gdy tylko się dowiedziałam popadłam w ogromną depresję, pojechałam do niego bez żadnego wahania. Chciałam zobaczyć go po raz ostatni, pożegnać się.. Wracając ze szpitala przez cały dzień nie wychodziłam z łóżka, dopiero dzisiaj postanowiłam przeczytać ten list.
- Kochanie.. Jesteś już duży, prawda? - wytarłam łzy z policzka i usiadłam przy moim dziecku, łapiąc go za rękę.
- Mam już 9 lat. - uśmiechnął się. - Nie chcę, żebyś była taka smutna.
- Wiem kochanie, masz przecież dobre serduszko. Dokładnie jak Twój tata. - przygryzłam wargę. - Twój tata..
Łzy zaczęły spływać po moim policzku kolejny już raz. Charlie ukucnął przy mnie i położył swoją rękę na moim ramieniu.
- Wszystko będzie dobrze, mamo. Babcia powiedziała mi co się dzieje z tatą, jest teraz z dziadkiem, prawda? - zapytał, ze smutną miną. - Myślisz, że patrzy na nas z nieba?
- Przepraszam, że nie usłyszałeś tego ode mnie. Powinieneś dowiedzieć się od mamy, nie babci. - zrobiłam krótką przerwę. - Tatuś zawsze będzie z nami, musisz jedynie pamiętać, że bardzo Cię kochał.
- Nigdy nie zapomnę taty! Obiecuję! - krzyknął i tupnął nogą. - Mam nadzieję, że go już nic nie boli..
- Nie sądzę, żeby cierpiał, skarbie. - powiedziałam cicho. - Kocham Cię. - przytuliłam go mocno i pocałowałam w policzek.
Jak będzie wyglądać nasze życie bez Henriego?
Zadawałam sobie takie pytania przez resztę tygodnia, który miałam wolny. Pracuję jako kelnerka w małej restauracji, nie zarabiam za dużo. Pomyślałam, że przyda mi się trochę czasu na odpoczynek i przemyślenie reszty mojego życia z Charliem, jako samotna matka i wdowa.  Za każdym razem, gdy o nim myślałam, widziałam uśmiech na jego pięknej, ale zmęczonej twarzy. Nie poddawał się, walczył przez ten cały czas, robił to dla mnie i dla naszego synka. Przegrał tak ważną walkę..
Jego pogrzeb odbył się w małym kościele, przyszło mnóstwo ludzi z jego byłej pracy i nie tylko. Miał tylu przyjaciół, tylu ludzi go znało.. Teraz pozostał dla nich tylko wspomnieniem. Kondolencje, smutne spojrzenia pełne współczucia, miałam tego serdecznie dość. Cały czas trzymałam rękę Charliego, oboje byliśmy dla siebie oparciem.  Był już na pogrzebie dziadka, a teraz dodaję mu kolejną traumę z dzieciństwa. Łzy uciekały mi zza okularów, które specjalnie ubrałam. Charlie też uronił kilka łez, było mi strasznie ciężko patrzeć na niego w tym stanie. Moje serce łamało się na miliony kawałeczków z dnia na dzień.
- Ever? - usłyszałam, gotując obiad.
Zamyśliłam się i nawet nie zwróciłam uwagi na teściową, która weszła do kuchni. Trzymała w ręce ogromną i wypchaną po brzegi torbę jedzenia. Była ubrana cała na czarno, a jej włosy wyglądały na świeżo pomalowane.
- Pogrzeb odbył się dwa tygodnie temu, a Ty nadal wyglądasz jakbyś przed chwilą dowiedziała się o śmierci Henriego. Wiem, że Ci ciężko, ale nie pokazuj tego Charliemu. - położyła torbę i pogłaskała mnie po plecach. - Przyniosłam wam trochę przetworów i zrobiłam małe zakupy po drodze.
Wyłączyłam palnik, na którym gotowałam zupę i usiadłam zmęczona na krzesło. Nie zawsze była taka miła i współczująca, ta kobieta skrywa w sobie nie jedno oblicze.
- Dziękuję, ja.. Nie mogę przyzwyczaić się do tego, że nie ma go już z nami. Cały czas patrzę na komórkę, jakby zaraz miał zadzwonić ze szpitala, jak to robił co wieczór. - zakryłam twarz dłońmi.
- Ever.. - posmutniała jeszcze bardziej. - Mi też jest ciężko, straciłam jedynego syna.
- Nie potrafię, Jean.. Nie dam rady.. - zaczęłam płakać.
- Henry był cudownym synem, dzięki niemu masz przecież cudowne dziecko. - odłożyła mi dłonie z twarzy. - Teraz przede wszystkim musisz się skupić na Charliem. On też przeżywa ogromną stratę i różnicę w życiu, musisz zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa, które do tej pory oferował Henry. Nie możesz się poddać, walcz dla Twojego syna. Walcz, tak by nie przegrać kolejnej walki.
Jej słowa podniosły mnie na duchu.
Pierwszy miesiąc bycia wdową był straszny. Potem przyszedł kolejny i następny zaraz po nim.. Ciągłe popłakiwanie wieczorami, nieobecności w pracy.. Pewnego sobotniego ranka wstając z łóżka powiedziałam sobie dość. Dość użalania się nad sobą, czas wziąć się w garść. Ubrałam się i poszłam zebrać dzisiejszą pocztę.
- Rachunki do opłaty.. - powiedziałam sama do siebie, przesuwając kopertę za kopertą. - Świetnie..
Obudziłam Charliego i uszykowałam go do szkoły. Gdy mył zęby po śniadaniu, spakowałam mu do plecaka owoce i kanapki. Wychodząc z łazienki nadal był strasznie zaspany, mój syn nigdy nie był rannym ptaszkiem. Ma to po tacie.
- Bądź grzeczny i zjedz całe śniadanie. - pocałowałam go w głowę i pomogłam założyć plecak.
- Dobrze, mamo. - uśmiechnął się lekko, po czym głośno westchnął. - Wiesz, tęsknie za czasami, gdy tata zawoził mnie do szkoły..
Jego słowa strasznie bolały, cierpiał, a ja nie potrafiłam go pocieszyć. Sama byłam wielką kulką nerwów i cierpienia.
- Wszystko będzie dobrze, kochanie. Damy sobie jakoś radę, a teraz chodź.. Odprowadzę Cię na przystanek. - przełknęłam ślinę i przybrałam dobrą minę do złej gry.
Widząc jak Charlie odjeżdża autobusem, pomachałam mu i postanowiłam czym prędzej wrócić do domu. Po drodze wycierałam pojedyncze łzy, spływające po policzku. Dopiero będąc w domu, oparłam się o drzwi wejściowe i zwinęłam się w kulkę, płacząc.
- Jak ja sobie bez Ciebie poradzę? - spojrzałam w sufit.
Wyciągnęłam komórkę i zadzwoniłam do brata, mając nadzieję, że odbierze bez żadnego problemu.
- Ever? - usłyszałam męski głos.
- Mam do Ciebie ogromną prośbę. - powiedziałam z chwiejącym się głosem.
- To coś poważnego? Płakałaś? Słuchaj, mogę się wywinąć z ostatniej wizyty i.. - nie pozwoliłam mu dokończyć.
- Potrzebuję nowej pracy, lepiej płatnej. Nie radzę sobie z opłacaniem rachunków..
Evan ma własną przychodnię stomatologiczną, wiedziałam, że jeżeli tylko do niego zadzwonię to mi pomoże. Jest lekarzem dentystą, razem studiowaliśmy na tym samym kierunku i uczelni. Rodzice nigdy wcześniej nie byli z nas tak dumni. Brałam z niego przykład, był moim starszym bratem. Skończył studia dwa lata przede mną i od razu po skończeniu odpowiednich praktyk i stażu założył swoją przychodnię. Do dzisiaj jest szanowanym Panem dentystą. Ja natomiast w trakcie studiów zaszłam w ciążę z Charliem. Skończyłam je z wyróżnieniem, jednak  postanowiłam nie pracować w zawodzie, żeby opiekować się dzieckiem. To Henry odpowiadał wtedy za pieniądze, nie był jeszcze tak bardzo chory.. Gdy po latach wszystko zaczęło się psuć nie miałam odwagi przyjść do brata, dlatego zatrudniłam się jako kelnerka, nawet nie myśląc o powrocie do stomatologii.
- Pracując w restauracji nie jestem w stanie zapewnić Charliemu nawet książek do szkoły. - wytarłam nos rękawem swetra. - Rachunki pochłaniają całą wypłatę, a napiwki stały się coraz rzadsze, patrząc na to, że wyglądam jak potwór z podkrążonymi oczami..  - chyba już dawno pogodziłam się z prawdą.
- Zamieszkajcie u nas! Sprawa rozwiązana, Kris przecież uwielbia Ciebie i Charliego. No i dawno się nie widzieliśmy, praktycznie od pogrzebu. - przypomniał.
Miał rację, unikałam swojej rodziny jak ognia. Nie chciałam ich współczucia, ani kondolencji.
- Nie chcę wchodzić z butami w wasze życie, nie potrafiłabym.. Jean nam dużo pomaga. - podrapałam się po głowie, przemyślając ofertę brata.
- Od dawna mówiłem wam, że wynajem tego mieszkania nie ma najmniejszego sensu, ale byłaś zbyt uparta. Niech zgadnę, poszły wszystkie oszczędności jakie miałaś?
- Nie chcę wydawać pieniędzy, które przeznaczyliśmy z Henrym na studia Charliego i tak jest ich zbyt mało.
- W żaden sposób Cię nie oceniam, chcę tylko powiedzieć, że możesz na mnie liczyć.  Wymyślę coś z Twoją pracą. Szkoda, że nie przyszłaś do mnie miesiąc temu, szukałem dla siebie asystenta.
- Nie myślałam, że wszystko potoczy się źle i to w tak szybkim tempie. - westchnęłam i podniosłam się z podłogi. - Znalazłeś kogoś dobrego? - zmieniłam temat.
- Ma na imię  Connor, nie mogę na niego narzekać. Wypełnia swoje obowiązki, jest sumienny. Ale nieważne! Wracając do tematu mieszkania, obiecaj mi, że przemyślisz sprawę z przeprowadzką do mnie. To nie jest na stałe, Ever. Będziesz mieć więcej pieniędzy, to możesz odejść w każdej chwili. Chcę Ci pomóc, a nie zaszkodzić.
- Jeżeli się zgodzę, to i tak będę się dokładać do rachunków i do jedzenia! - odpowiedziałam.
- Nie mam żadnego sprzeciwu, siostrzyczko. To co, do poniedziałku? - usłyszałam lekki śmiech. - Uciekam na spotkanie, trzymaj się i pozdrów Charliego!
- Tak zrobię, do zobaczenia. - rozłączyłam się.
Rozmowa z nim dała mi jakąś nadzieję na lepsze jutro. Postanowiłam opłacić ostatnie rachunki i pójść do właściciela budynku, by rozwiązać umowę wynajmu. Załatwianie potrzebnych dokumentów i podpisów zajęło mi trochę czasu, zanim się obejrzałam był już czas, gdy Charlie kończył lekcje. Będąc blisko jego szkoły postanowiłam osobiście po niego pójść, gdy Henry był jeszcze na siłach to on odbierał i zawoził małego codziennie do szkoły. To był ich mały rytuał. Schowałam dokumenty do torebki i szybkim ruchem poszłam w stronę podstawówki.
- Bez tatusia nie ma Cię kto bronić, huh?
- Zostaw mnie. - usłyszałam głos Charliego.
- Tatuś umarł przez Ciebie, zmarł ze wstydu, że ma takiego syna.
Będąc dostatecznie blisko, mogłam zobaczyć nieprzyjemną scenę. Jacyś chłopcy stali nad Charliem, gdy ten siedział na chodniku.
- Hej! Co się tutaj dzieje?! - podeszłam do chłopców.
- O, y.. - nagle zabrakło im języka w buzi.
- W tej chwili dzwonie do waszych rodziców, jak się nazywacie? - wyciągnęłam komórkę.
Dosłownie, gdy chciałam wybierać jakiś numer chłopcy w mgnieniu oka uciekli.
- Wszystko w porządku, kochanie? - wyciągnęłam rękę do Charliego. - Podaj mi ich nazwiska, zaraz to załatwię z nauczycielką.
- Wracajmy do domu. - wstał sam i podniósł plecak, który leżał trochę dalej.
Poprawił koszulkę i popatrzył mi prosto w oczy.
- Oni mogli zrobić Ci krzywdę! W dodatku to, co mówili było okropne i nieprawdziwe! - oburzyłam się.
- Nie chcę o tym rozmawiać, ani tego zgłaszać. Możemy już iść? - pociągnął mnie w stronę ulicy.
Resztę drogi szliśmy w ciszy, za każdym razem gdy zaczynałam jakiś temat po prostu mnie olewał. W domu zrobiłam coś do jedzenia i postawiłam talerze pełne kurczaka i ryżu na stół.
- Charlie! Chodź coś zjeść. - krzyknęłam.
Przyszedł chwilę później i od razu zabrał się za jedzenie. Usiadłam naprzeciwko niego i zaczęłam nowy temat, niezwiązany z prześladowaniem przez młodocianych przestępców.
- Masz pozdrowienia od wujka Evana. - uśmiechnęłam się, zaczynając jeść.
- Przyjedzie dzisiaj? - zapytał.
- Niestety nie, ale niedługo go odwiedzimy. Możliwe, że nawet z nim zamieszkamy.
- Jeżeli się do niego wprowadzimy, to wujek będzie mnie odbierać ze szkoły? - spojrzał mi prosto w oczy, z nadzieją.
Było mi przykro, nie chciał zgłosić tego co robią mu te wstrętne dzieciaki, a ja nie byłam w stanie tego tolerować.
- Jeżeli ta sytuacja kolejny raz się powtórzy od razu masz mi o tym powiedzieć, jasne? Nie będę wtedy patrzeć na Twoje zdanie, oni mogą zrobić Ci większą krzywdę niż tylko obrażanie Cię prosto w twarz.
- Jasne. - pokiwał potwierdzająco głową i wrócił do jedzenia. - Pamiętasz o moim wyjeździe na wakacje w góry z całą klasą? Pani w szkole mówiła, że musimy już wpłacać pieniądze. -
Zapomniałam o tym kompletnie. Te wycieczki są cholernie drogie, nie stać mnie na nie w obecnej chwili. Nie zamierzam pożyczać żadnych pieniędzy od Jean, czy Evana. Nie ma nawet takiej opcji.
- W tym roku będziesz musiał odpuścić sobie wycieczkę, Charlie. - przełknęłam głośno ślinę.
- Dlaczego? Jeździłem, przecież co roku! Umówiłem się już z Natanielem, że będziemy razem siedzieć w autobusie!
- Nie mamy na to pieniążków, kochanie. - powiedziałam wprost.
- Ale.. - skrzyżował ręce.
- Przykro mi, ale taka jest prawda. Muszę znaleźć lepszą pracę i zarobić więcej pieniędzy. Obiecuję, że jak mi się to uda, to zabiorę Cię w góry, dobrze? - uklęknęłam przy nim.
- Obiecujesz? - wyciągnął mały palec dłoni.
- Obiecuję. - ścisnęłam jego paluszek i uśmiechnęłam się, kryjąc łzy.
- Spakujemy Twoje rzeczy? Musisz pamiętać o każdym, pojedynczym robocie. - uśmiechnęłam się do synka.
Reszta piątku i soboty minęła nam na pakowaniu wszystkich rzeczy w osobne kartony. Niedzielę spędziliśmy na zewnątrz, spacery po okolicy i granie w piłkę. Charlie wydawał się lekko skołowany, lecz szczęśliwy, że będzie mógł odwiedzić swojego wujka. W poniedziałkowy poranek obudziłam się dość wcześnie i uszykowałam się na wyjście do pracy, z Charliem w domu została Jean. Postanowiłam, że dziś młody odpuści sobie szkołę. Kobieta była strasznie niezadowolona z mojej decyzji o wyprowadzce, według niej tylko odciągam od niej wnuka. Nie rozumiała, że robię to dla jego dobra. Jej nastawienie nie pomagało mi w pokonaniu depresji, którą przechodziłam. Kolejny raz proponowała mi, żebyśmy z Charliem zamieszkali z nią, skoro jest sama w pustym mieszkaniu. Bez wahania jej odmówiłam. W głębi duszy wiedziałam, że nie dam sobie z tym rady psychicznie. Po dość niegłośnej kłótni, by nie zbudzić Charliego wyszłam z domu. Pojechałam pociągiem na swoją zmianę w restauracji. Gdy tylko weszłam do budynku mogłam poczuć na sobie wzrok współpracowników. Pokiwałam głową, by przywitać się z wszystkimi naraz i zabrałam się za prasowanie białej koszuli i swojego fartuszka.
- Kolejny raz.. Moje kondolencje. - usłyszałam zza pleców.
Momentalnie przestałam prasować. Odłożyłam żelazko na swoje miejsce i odwróciłam się w stronę głosu. Prosto w oczy patrzyła mi moja szefowa. Dzwoniła do mnie kilka razy przez cały czas gdy byłam na wolnym, ale nigdy nie odważyła się powiedzieć mi tego prosto w oczy. Zwykle przypominała mi o śmierci Henriego przez telefon, chyba lubiła patrzeć jak cierpię. Nigdy nie była dobrą szefową, zawsze podnosiła głos i traktowała wszystkich jak swoich niewolników. Nie miałam w sobie odwagi, by jej się postawić, więc nigdy też nie zrezygnowałam z tej pracy. Henry zawsze powtarzał mi, żebym to rzuciła.. Jednak z jego drogimi lekami nie mogłam sobie na to pozwolić. Szukanie innej pracy zajęłoby mi wieki, miałam możliwości bycia dentystą. Jednak jedyna klinika, która nie była mojego brata, była na samym końcu miasta. Więcej pieniędzy zmarnowałabym na dojazd niż na rachunki.
- Kolejny raz, dziękuję za pamięć. - postanowiłam trzymać emocje na uwięzi.
Nie było to jednak takie łatwe, czułam jak mój głos drży.
- Jeżeli nie czujesz się na siłach, Jessica może Cię zastąpić. - uśmiechnęła się od ucha do ucha. - Byłoby lepiej, ona przynajmniej nie odstrasza wszystkich klientów wyglądem. Widziałaś swoje worki pod oczami?
Już miałam coś powiedzieć, gdy komórka w mojej kieszeni zaczęła wibrować. Na tapecie zobaczyłam zdjęcie Evana z Charliem, którzy grają razem w piłkę. Gdy Charlie był mały, mój brat znajdował dla nas trochę więcej czasu, niż teraz.
- Muszę to odebrać. - powiedziałam i nawet nie czekając na odpowiedź szefowej odeszłam kawałek i odebrałam. - Evan?
- Dzień dobry siostrzyczko! - był aż nad to szczęśliwy. - Mam nadzieję, że jesteście już spakowani, bo będę u was za jakieś trzy godziny.
- Raczej za jakieś osiem, mam dzisiaj zmianę w restauracji. - powiedziałam szukając gumki do włosów, w kieszeni spodni.
- Rzucaj fartuchem! Nie masz już szefowej, a szefa! Znalazłem Ci pracę u siebie. Trochę mnie to kosztowało i nie będzie to praca od razu.. Ale zawsze coś, prawda?
- Naprawdę?! - zdziwiłam się. - Dawno nie miałam praktyk..
- Ale masz wspaniałego braciszka, któremu wisisz dobre wino.
- Będę dentystą? Tak od razu? -  powiedziałam ciszej i spojrzałam na obecną szefową, która powoli zaczęła się niecierpliwić.
- Nie do końca.. Spencer, mój kolega ze studiów, który pracuje u nas potrzebuje drugiej asystentki.
- Jedna mu nie wystarcza? Co to za dentysta? - zaśmiałam się.
- Właściwie jest ortodontą. Mamy inne kierunki. - wyjaśnił. - Potrzebuje kolejnej, bo jest strasznie wymagający. Wszystko musi być perfekcyjne. Wiem, że Ty też jesteś taką perfekcjonistką, więc się dogadacie!
- Myślisz, że się nadaję? - zapytałam niepewnie.
- Nauczysz się wszystkiego, co trzeba wiedzieć. Znasz wszystkie naukowe określenia, przecież to studiowałaś! Masz dobrą pamięć i wierzę, że nadal wszystko pamiętasz. Będziesz się wszystkiemu przyglądać i jeżeli poczujesz się gotowa, to od razu dostajesz umowę o pracę jako dentysta. - powiedział poważnie.
- Dziękuję, Evan. - powiedziałam ciszej.
- Zrzucaj z siebie ten okropny fartuszek i spotkamy się za trzy godziny u Ciebie. Bądź okropna dla tego potwora! Zrzuć talerze, czy coś. Pa! - rozłączył się.
Z uśmiechem na ustach włożyłam telefon do kieszeni i z powrotem odwróciłam się do szefowej.
-  Wreszcie! To, że zmarł Ci mąż nie oznacza, że możesz sobie robić takie przerwy! Nie płacę Ci za rozmawianie przez telefon! Powinnaś być już na restauracji.. - ciągle patrzyła na zegarek. -To strasznie nieodpowiedzialne z Twojej strony! Powinnam Cię za to zwolnić!
Wzięłam głęboki oddech. Rozwiązałam fartuch i zrobiłam to, co kazał Evan. Rzuciłam go na podłogę.
- Co to ma znaczyć?! Ever Downey! - spojrzała na mnie morderczym wzrokiem.
- To, Morgan Mildres, że odchodzę! Nie będziesz traktowała mnie jak jakieś pośmiewisko! Już nigdy więcej.. Wypowiedzenie znajdziesz na swoim zakurzonym i nieużywanym biurku. Żegnam Cię, tyranie kelnerów. - uśmiechnęłam się szeroko i wyciągnęłam środkowy palec.
Pokazałam go szefowej i poszłam w stronę wyjścia.
- To ja Cię zwalniam! I tak byłaś żałosną kelnerką, znajdę sobie lepsz..
Nie dałam jej dokończyć, trzasnęłam drzwiami od zaplecza i wreszcie odetchnęłam mocno, świeżym powietrzem.  Nie wierzę, że to zrobiłam.. To było moje skryte marzenie, odkąd poznałam jaką okropną osobą jest Morgan. Nikomu nie życzę takiego szefa. Wróciłam do domu szczęśliwa i zadowolona z siebie. Może wreszcie wszystko się jakoś ułoży, może potrafię wziąć sprawy w swoje ręce..
- Nie miałaś być w pracy? - drzwi od mieszkania otworzyła mi teściowa, z sokiem w ręce.
- Mama? - Charlie wyłonił się zza babci i mocno mnie przytulił.
- Ktoś tutaj jest dzisiaj w dobrym humorze! - uścisnęłam małego bruneta. - Po raz pierwszy od jakiegoś czasu ja też, młody.
Uśmiechnęłam się do synka i we troje weszliśmy z powrotem do środka.
- Jesteś spakowany od każdego robota po każdą gumkę recepturkę? - zapytałam, klękając przy Charliem.
- Na jak długo jedziemy do wujka?
Postanowiłam nie owijać dłużej w bawełnę i powiedzieć mu prawdę.
- Zamieszkamy u wuja Evana i cioci Kriss na jakiś czas. Mam nadzieję, że będziesz grzeczny i pokażesz czystą klasę, jakiej Cię uczyłam. - poklepałam go po głowie.
Naprawdę miałam nadzieję, że jakoś to zrozumie.
- Nadal nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. Czemu nie możecie zamieszkać u mnie? Mam duże mieszkanie, Charlie może spać ze mną! - kobieta odłożyła sok na blat w pustej prawie kuchni.
- Właśnie dlatego nie możemy z Tobą zamieszkać. Jean, wszystko jest już ustalone i nic nie zmieni mojej decyzji. Nie wyjeżdżamy na drugi koniec miasta, będziemy tylko kilka ulic dalej. Evan i Kriss na pewno nie będą mieli za złe, gdy będziesz nas odwiedzać.
- Mam taką nadzieję! Chodź tutaj, kochanie! - przyciągnęła Charliego za rękę i przytuliła z całych sił.
Wiem, że kocha go ponad wszystko. Charlie jest żywą pamiątką po Henrym i jej jedynym wnukiem. Nigdy nie zabronię jej kontaktu z młodym, nie ma takiej opcji. Jest jego babcią, cokolwiek się stanie i jakakolwiek zrzędliwa będzie, nic tego nie zmieni. Jean nalała każdemu po trochę soku z wypakowanych szklanek i we trójkę wznieśliśmy toast.
- Za nowe początki! - podniosłam szklankę w górę.
- Za nowe, ale straszne w konsekwencjach dla mnie początki. - Jean klasnęła swoją szklanką o moją.
Oboje nachyliłyśmy się, by stuknąć się szklankami z Charliem.
Evan przyjechał o dokładnej godzinie, którą wcześniej wspomniał. Od wejścia był uśmiechnięty, ale wyglądał na strasznie zmęczonego. Jak zawsze się przepracowuje, od kiedy pamiętam był strasznym pracoholikiem.
- Witam moją ulubioną siostrę. - pocałował mnie w policzek i mocno przytulił Charliego.
- Łatwo być ulubioną, gdy jestem jego jedyną siostrą. - puściłam oczko do synka, a ten się lekko uśmiechnął.
- Wziąłem wolne na resztę dnia, pomogę wam wszystko zawieźć i rozpakować w waszych pokojach. - powiedział szybko i klasnął w dłonie. - Czuję, że ktoś tu jest.. niezadowolony? - spojrzał na Jean i skrzyżował ręce.
- Wolałabym, żeby zamieszkali ze mną. Przynajmniej by się wyspali!
- Na podłodze? Proszę Pani, prędzej Ever dostanie z powrotem pracę w restauracji u Megan. - zaśmiał się i uderzył mnie w ramię.
- Nakrzyczałam na szefową i rzuciłam fartuch na ziemię, całkowicie go zdeptując. - powiedziałam wprost, wyjaśniając kobiecie swoją sytuację zawodową.
- Co zrobiłaś?! - teściowa wydawała się wściekła. - Dlatego jesteś tak wcześnie!
- Brawo mamo! - Charlie za to był w siódmym niebie i pokazywał mi kciuki w górę.
- Hej, Charlie pomożesz mi zanieść pudła z poduszkami do samochodu? Są taaakie ciężkie! - udał, że podnosi jedno z pudeł, jakby ważyły tonę. - Uratuj wujka.
Młody zaśmiał się i chwycił pudło od Evana, po czym oboje skierowali się w stronę drzwi.
- Czyli zostałaś zwolniona?
- Sama się zwolniłam.- odwróciłam się w stronę kobiety.
- Świetnie.. Tracisz mieszkanie, zwalniasz się z pracy. Ever, co się z Tobą dzieje?!
- Zaczynam od nowa, robię to dla siebie i mojego syna. Proszę nie kwestionuj moich decyzji..
Z jej strony usłyszałam tylko głośne westchnięcie.
- Mam nadzieję, że nas wkrótce odwiedzisz. Charlie będzie tęsknić za Twoimi częstymi odwiedzinami.
Kobieta uśmiechnęła się i chwyciła w ręce pudło stojące blisko niej.
- Zanieśmy wszystko do samochodu. - wyszła, kiwając przecząco głową.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Tyle wspomnień w każdym pokoju z osobna, jak pomalowane ściany przez Charliego, których plamy po pisakach nigdy nie chciały zejść. Kolejnym dobrym przykładem jest dziura w ścianie, którą zrobił Henry biegnąc za naszym brunecikiem gdy ten miał trzy latka..  Miejsca na ścianach i gwoździe przytrzymujące kiedyś wiszące tam zdjęcia. Zostawiam dom, w którym myślałam, że utworzę pełną miłości rodzinę.
- Wszystko w porządku, Ev? - brat stanął naprzeciwko mnie, zmartwiony.
- Zbyt dużo wspomnień. - wytarłam łzę.
- Chodź tutaj. - mocno mnie przytulił.
Wypłakałam się w jego ramię, co powinnam zrobić już dawno temu.
- Dziękuję, że jesteś z nami.
- Gdyby nie ja, mieszkałabyś z teściową i spałabyś na podłodze pełnej kociej sierści!
- Mój książę w białej zbroi. - zaśmiałam się, oceniając jego strój.
Był ubrany cały na biało, w swoim fartuchu z napisem Dr. Husel.
- Nie było czasu się przebrać! - uśmiechnął się i wypuścił mnie ze swojego uścisku. - No już, dokończmy i jedźmy na lody. Obiecałem młodemu. - objął mnie ramieniem.
- Możemy też wjechać w jeszcze jedno miejsce? - zapytałam.
- Pewnie, gdzie dokładnie? - spojrzał na resztę pudeł.
- Na cmentarz.
Po spakowaniu wszystkiego co potrzebne, w jak się okazało ogromnie pojemny samochód braciszka, pojechaliśmy odwiedzić Henriego na cmentarzu. Wysiadając z samochodu młody chwycił moją dłoń i mocno ścisnął. Evan szedł przed nami, trzymając w ręce wcześniej kupiony znicz z napisem: "Kochanemu tacie".
- Opowiemy tacie o przeprowadzce do wujka? - zapytałam.
- Już pewnie o tym wie, ale dlaczego by nie! - podbiegł bliżej grobu ojca.
- Trzeba będzie wymienić kwiaty. - Evan poprawił bukiet z żywych kwiatów. - Te za kilka dni nie będą już takie piękne. - parsknął śmiechem.
Przejechałam dłonią po grobie.
- Tęsknię. - powiedziałam po cichu.
Charlie zapalił znicz i postawił go na samym środku
- Możesz przestawić jeżeli Ci nie pasuje, tato. Nie będę zły. - uklęknął.
- Dam wam chwilę, będę w aucie. - Evan po cichu uciekł do samochodu.
Popatrzyłam na Charliego i ścisnęłam jego ramię.
- Chcesz opowiedzieć co się u nas dzieje? - wzięłam głęboki oddech.
- Usłyszy mnie? - zdziwił się lekko.
- Wierzę, że Cię wysłucha. - puściłam mu oczko. - Więc jak będzie?
Pokiwał potwierdzająco głową i zaczął mówić o przeprowadzce. Jednak nawet słowem nie wspomniał o chłopcach, którzy dokuczają mu w szkole.
- Pójdę po świeżą wodę do kwiatów, zostaniesz tutaj, czy chcesz iść ze mną? - zapytałam.
- Zostanę. - stwierdził, nawet na mnie nie patrząc.
Nie było mnie przez dosłownie chwilę, idąc z konewką pełną wody usłyszałam słowa Charliego. Nie miał pojęcia, że za nim stoję..
- Mama strasznie za Tobą tęskni, czasem słyszę jak płacze w nocy. Staram się być dla niej odważny, przecież jestem teraz głową rodziny. Obiecałem mamie, że nigdy Cię nie zapomnę i tak będzie!  - wytarł łzę i wstał, prostując się. - Słowo harcerza!
- Nigdy nie byłeś harcerzem. - powiedziałam, podchodząc do syna.
Lekko się wystraszył, ale od razu przybrał odważną minę.
- Chciałbym nim być. - uśmiechnął się, wycierając rękawem nos.
Podlaliśmy razem kwiaty i wróciliśmy trzymając się za rękę do samochodu, w którym czekał Evan.
- Gotowi? - spytał. - Dzwoniła ciocia Kriss, zrobiła zapiekankę! I kupiła już lody, więc może zjemy je w domu?
- Może być! - od razu odezwał się Charlie.
W pół godziny byliśmy na miejscu. Charlie od razu pobiegł do kuchni, żeby przywitać się z Kriss i zjeść trochę obiecanej mu zapiekanki. Ja razem z Evanem zabraliśmy się za wnoszenie pudeł.
- Twój pokój będzie na końcu korytarza po lewej. - wskazał na pokój, w którym nocowałam kiedyś razem z Henrym.
To było nasze pierwsze nocowanie u Evana. Po parapetówce postanowiliśmy nie jechać do domu i zostać z młodym małżeństwem. Pamiętam jak Henry błagał Jean, by została przez noc z Charliem.
-.. a Charliego po prawej. - wskazał palcem na drzwi naprzeciwko siebie. - Wiesz gdzie jest najbliższa łazienka, a ręczniki są w szafce nad umywalką.
- Ładnie się urządziliście, dawno mnie tutaj nie było. - rozejrzałam się po korytarzu.
Wyglądało na to, że ktoś dał sporo serca, by to miejsce wyglądało cieplej niż kiedyś. Wszędzie pełno koców, poduszek i świec.
- Mieliście problemy zdrowotne, nie mamy Ci tego za złe. Woleliśmy przyjeżdżać do was, niż fatygować schorowanego Henriego. - uśmiechnął się i odłożył pudło z zabawkami Charliego w jego pokoju.
Mój wzrok skupił się na przestrzennym pokoju, po drugiej stronie.
- Będzie wniebowzięty, gdy zobaczy te wszystkie nowe zabawki. Nie musieliście mu nic kupować, ma pełno swoich rzeczy.
- Chciałem go porozpieszczać, to przecież mój siostrzeniec!
- Hej, wy dwoje! Zapraszam na pierwszą wspólną kolację rodzinną! - głos Kriss wyrwał nas z rozmowy.
Stanęła na schodach, ubrana w fartuszek. Uśmiechała się od ucha do ucha. Mój braciszek ma naprawdę wielkie szczęście, że Kriss zgodziła się za niego wyjść. Życie z pracoholikiem jest strasznie ciężkie.
- Żonka woła na jedzenie. - wyszedł na korytarz. - Dzisiaj przeszła samą siebie, cieszy się nawet bardziej niż ja, że tu jesteście.
- To może nie denerwujmy jej i zejdźmy zjeść jej pyszną zapiekankę?
Oboje poszliśmy do jadalni i usiedliśmy przy ośmioosobowym stole. Mój synek siedział już na krześle, pomachał do mnie, żebym usiadła koło niego.
- Zająłem Ci miejsce, mamo! Wszystko wygląda tak pysznie! - Charliemu aż leciała ślinka.
- Podziękuj cioci, że się tak dla nas postarała.
Spojrzałam na bratową, zaczerwieniła się lekko i odchrząknęła.
- To nic takiego.. - odezwała się.
- Dziękuję ciociu Kriss! - podbiegł do blondynki i pocałował ją w zaczerwieniony policzek.
Wrócił na miejsce w mgnieniu oka i zaczął nakładać sobie jedzenie.
- Naprawdę jesteśmy wam wdzięczni, za wszystko co dla nas robicie. - uśmiechnęłam się do szczęśliwego małżeństwa.
Braciszek dotknął dłoni małżonki i ścisnął ją.
- Dość tego dziękowania, czas jeść! - Evan nalał nam wszystkim wody niegazowanej.
Kolacja minęła nam bardzo szybko, Charlie najadł się jak jeszcze nigdy. Zjadł tyle sosu pomidorowego jak jeszcze nigdy w swoim życiu, do tego nałożył sobie pulpeciki. Uśmiechał się od ucha do ucha, gdy wcinał.
- Mogę zobaczyć swój pokój? - zapytał, nadal siedząc z nami przy stole.
Odłożył sztućce i wytarł rękawem pomarańczową buzię.
W jego oczach zobaczyłam iskierki radości, których od dawna już nie widziałam.
- Jeżeli skończyłeś jeść, to pewnie. Biegnij. - pogłaskałam go po głowie.
- Nie zapomnij zejść na deser! Zrobiłam tort czekoladowo-bananowy! - Kriss krzyknęła za brunetem, biegnącym po schodach.
- Naprawdę musicie przestać go tak rozpieszczać.
- Ale on jest taki słodziutki! - Evan aż zapiszczał.
- Niedługo będzie taki grubiutki! - przewróciłam oczami. - To może pomogę pozmywać..
Zanim Evan pozałatwiał wszystkie potrzebne dokumenty związane również z moim wypowiedzeniem pracy w restauracji, minęło kilka dobrych tygodni. Zaczęliśmy się z Charliem czuć bardziej swobodnie w towarzystwie małżeństwa. Kolacje w czwórkę stały się takim malutkim rytuałem. Za każdym razem czekaliśmy za Evanem, aż wróci z pracy i siadaliśmy razem do stołu.
W momencie, gdy schodziłam na dół by jak zwykle pomóc Kriss przy kolacji usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Zobaczysz kto to? My ogarniemy stół. - Evan odezwał się, trzymając sztućce.
Dzisiaj przyjechał szybciej niż zazwyczaj. Podobno nie miał dzisiaj tyle wizyt i chciał spędzić trochę czasu ze swoim siostrzeńcem. Gdy tylko Charlie wrócił ze szkoły był w złym humorze, nic nie potrafiło go rozchmurzyć, dlatego dobrze, że to akurat dzisiaj Evan postanowił spędzić z nim więcej niż chwilkę.
- Pewnie. Nie ma problemu. - krzyknęłam, by dwójka zakochanych mnie usłyszała.
Podeszłam do białych drzwi wejściowych i otworzyłam je szeroko. Przede mną stał młody chłopak, blondyn z piwnymi oczami. Był ubrany w skórzaną kurtkę i jasnozieloną koszulkę pod spodem.
- Zastałem Pana Husela? - zapytał, niskim głosem. - Mam dla niego ważne dokumenty. Zostawił to w biurze.
Podszedł do motocykla, którym najwyraźniej przyjechał i wyjął brązową kopertę.
- Może Pani przekazać to mężowi? - spytał, wyciągając do mnie rękę z dokumentami. - Nie zdążyłem przyjechać wcześniej bo..
- Mojemu mężowi? Ale on.. on..
Przez gardło nie chciały przejść mi słowa, że on nie żyje.. Stanęłam w miejscu, widziałam jak usta chłopaka się poruszają, ale nie słyszałam żadnych słów. Zaczęło piszczeć mi w uszach, a moje nogi powoli odmawiały mi posłuszeństwa. Chwyciłam klamkę od drzwi i mocno się jej przytrzymałam.
- Connor? - zza moich pleców wyłonił się Evan.
Kolejny raz znalazł się w dobrym miejscu o dobrym czasie. Powoli zaczynałam wracać do żywych, po tym jak Evan położył mi dłoń na plecach. W jakimś stopniu mnie to uspokoiło.
- Dobry wieczór, szefie! - chłopak uśmiechnął się od ucha do ucha. - Właśnie chciałem przekazać Pańskiej pięknej żonie dokumenty, które miałem dostarczyć. Miałem je przekazać szybciej, ale zajęcia się nieco przedłużyły. Mam nadzieję, że nie ma Pan nic przeciwko.
- Ever, coś nie tak? - brat skupił swoją uwagę na mnie.
- Jest.. okay. - oświadczyłam.
- Żona jest aktualnie w kuchni i kroi tort. - wyjaśnił. - Ale moja siostra, która stoi przed Tobą na pewno nie ma Ci za złe nazwania ją piękną. Prawda, Ever?
Spojrzałam prosto na blondyna, który zdawał się być zawstydzony.
- Dziękuję za komplement, ale mija się on z prawdą. - chwyciłam dokumenty, które nadal trzymał.
- Przepraszam za pomyłkę z żoną, po prostu pomyślałem, że skoro to Pani otwiera drzwi to.. - podrapał się po głowie. - To ja może już pójdę? - zaśmiał się lekko i poszedł w stronę auta.
- A może wejdziesz na deser? Moja prawdziwa żona zrobiła pyszny tort czekoladowy. - Evan wyszedł za chłopakiem.
- Naprawdę? - zdziwił się.
- Naprawdę? - powtórzyłam, patrząc na brata.
-  Zrobimy tak.. Wejdziesz i zjemy coś dobrego, a potem zapomnimy, że pomyliłeś moją siostrę z żoną. Co Ty na to, Connor?
Nadal stałam w drzwiach, starałam się opanować nerwy związane z wspomnieniem o Henrym. Czy już nigdy nie będę w stanie opanować swoich emocji związanych z byciem wdową?
- Umowa stoi. - blondyn odłożył kask na motor i wszedł do domu.
Zamknęłam drzwi za obojgiem mężczyzn i razem z nimi skierowałam się w stronę jadalni.
- Rozgość się, a ja powiadomię Kriss, że mamy jeszcze jednego gościa. - klasnął w dłonie i zniknął w kuchni. - Ever, bądź grzeczna!
Nastąpiła niezręczna cisza, położyłam dokumenty na stolik. Chłopak usiadł naprzeciwko mnie i odkaszlnął.
- Jeszcze raz przepraszam, za pomyłkę.. - podrapał się po głowie.
- Nic nie szkodzi, to było całkiem zabawne. - uśmiechnęłam się.
- To może zaczniemy od początku? Connor Larson. - wyciągnął rękę. - Zwykle robię lepsze pierwsze wrażenie.
- Ever Downey. - ścisnęłam ją. - Dobry pomysł z komplementowaniem żony szefa na początku znajomości. Urok zabierze Cię wszędzie, tak jak te Twoje kłamstewka. - puściłam mu oczko i napiłam się zimnej wody.
- Nie rozumiemy się.. - zaśmiał się. - Gdy widzę piękną kobietę, nie jestem w stanie tego nie zauważyć. Pomyliłem Cię z żoną szefa to prawda, ale nie pomyliłem się co do Twojej urody. Naprawdę myślę, że jesteś piękną kobietą, Ever. Wybacz za bezpośredniość, ale czuję, że jakoś sama w to nie wierzysz.
Jego szczere słowa wprawiły mnie w osłupienie. Nie jestem piękna, nie po tym co przeszłam.. Widzę się w lustrze, widzę jak wyglądam. Poza tym, nigdy nie przypuszczałam, że komplement od mężczyzny może mnie tak onieśmielić.
- Jesteś asystentem mojego brata, prawda? - zmieniłam kompletnie temat.
Chłopak też nie zamierzał ciągnąć dłużej tamtej rozmowy
- Dokładnie. Jeszcze mnie nie wyrzucił! - skrzyżował palce, cały czas się uśmiechając.
- Dobrze Ci się ze wszystkimi współpracuje?
- Wszyscy są przemili, szczególnie Pan Evan. To on sprawia, że aż chce mi się codziennie przychodzić do pracy. Nawet gdy jestem zmęczony po studiach..
- Studiujesz?
- Na uczelni medycznej, studiuję stomatologię. Został mi jeszcze rok. Można powiedzieć, że poszedłem w ślady Twojego brata!
- Chyba wszyscy to robimy.. - powiedziałam do siebie.
Jeżeli dobrze liczę i jeżeli mówi prawdę, to ma zaledwie 23 lata. Oboje się do siebie uśmiechnęliśmy i gdy chciałam zadać więcej pytań to Charlie wbiegł do jadalni.
- Jest już kolacja? Strasznie burczy mi w brzuchu!  - spytał, ciekawy. - Słyszałem coś o pieczonym kurczaku!
Rozglądał się po pustym stole.
- Brzydko się tak nie przywitać z gościem. - spojrzałam na synka.
- O! Dobry wieczór! Jestem Charlie i strasznie czekam na kurczaka. - uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Ja jestem Connor, miło Cię poznać. Jestem pewny, że dostaniesz największy kawałek. - puścił mu oczko.
Do pomieszczenia weszła z powrotem dwójka zakochanych. Kriss trzymała w obu rękach ogromny talerz z całym kurczakiem, a Evan miał talerzyki.
- Widzę, że dołączył do nas kolejny mężczyzna. - kobieta uśmiechnęła się i odłożyła deser. - Mam nadzieję, że jesteś fanem dobrego jedzenia.
- Oczywiście, że tak! Niestety muszę pilnować kalorii, zalecenia lekarza. Jednak czuję, że Charlie jest bardziej podekscytowany. - wskazał na mojego synka.
Evan przedstawił Connora swojej żonie i wreszcie mogliśmy zacząć kroić tort. Connor ściągnął kurtkę, by poczuć się bardziej komfortowo, muszę też przyznać, ze mają tutaj nadzwyczaj gorąco..
- Nie wiedziałem, że mają Państwo dziecko. - chłopak kolejny raz się odezwał.
Kriss nałożyła młodemu dość spory kawałek i uśmiechnęła się lekko.
- Nie mamy. Charlie to syn mojej siostry. - wyjaśnił Evan.
Connor zamknął oczy i przejechał dłonią po twarzy.
- Znowu palnąłem coś głupiego.. - powiedział ciszej.
- Ja robię to bardzo często! - odezwał się Charlie, wpychając ogromny kawałek piersi do buzi. - Zdziwiłby się Pan, zazwyczaj mama nie ma mi tego za złe. Zazwyczaj. - powtórzył.
- Dobrze, że spotykasz Ever w takich przyjemnych dla obu stron warunkach. Nie będzie tak niezręcznie, gdy będziemy pracować w tym samym budynku.
- W takim razie nie mogę się doczekać, aż będę chodził po Twoją kawę. - zaśmiał się i włożył do ust malutki kawałek kurczaka.
Zamknął oczy i jęknął z przyjemności starcia się z nieziemskim wynalazkiem Kriss. Widziałam jak jego pełne usta wypuściły widelec, nie mogłam przestać się na niego patrzeć. Czułam się, jakbym była zahipnotyzowana wyłączne przez dźwięk jaki z siebie wydał.
- Powinna Pani wziąć udział w jakimś konkursie kulinarnym! - uśmiechnął się do bratowej.
- Mów mi Kriss i może masz rację.. - zastanawiała się.
- Wygrałabyś z łatwością, kochanie! - mąż pocałował ją w policzek. - Miałem przedstawić Ever wszystkim dopiero jutro. Jesteś więc pierwszym pracownikiem, który poznał moją siostrę. Będzie pracować jako druga asystentka Spencera. - wziął długi łyk wody. - Jak na razie.
- Ten gość jest straszny, czasem jak mam zostać dłużej to... - spojrzał na mnie. - Pomogę Ci ze wszystkim! Pokażę co gdzie jest..
- Cieszę się, że to zaoferowałeś! - Evan był aż nad to szczęśliwy. - Ja będę jutro nieco zajęty, więc nie dałbym rady Cię oprowadzić po budynku.
- Nie ma sprawy szefie, zrobię to z przyjemnością. - spojrzał prosto na mnie.
- Jak zwykle nie masz czasu dla siostry. - przewróciłam oczami.
- Connor idealnie mnie zastąpi. - puścił mi oczko. - Coś nawet czuję, że nie będziesz mi miała tego za złe. - powiedział ciszej, bym tylko ja go usłyszała.
Chłopak uśmiechał się szeroko i robił miny do Charliego, który wydawał się czerpać z tego sporo przyjemności. Śmiał się pod nosem, co było przeurocze. Reszta wieczoru minęła na rozmawianiu o klinice, podziwianiu kuchni Kriss i o motorze Connora. Wreszcie zaczęło robić się na tyle późno, że chłopak postanowił się ewakuować.
- Było naprawdę miło, ale muszę już lecieć. Jeden z moich współlokatorów ma dzisiaj urodziny, a nie wręczyłem mu jeszcze prezentu. - ubrał z powrotem swoją skórzaną kurtkę i skierował się do wyjścia.
Jako pierwszy jednak do drzwi dobiegł Charlie, a ja tuż za nim.
- Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś przyjedziesz na kolację! - odezwał się mały brunet. - Obiecałeś mi na mały paluszek, że przejedziemy się Twoim motorem!
- Oczywiście dotrzymam obietnicy! - wyciągnął pięść do mojego syna.
Charlie od razu przybił mu żółwika, dumny z siebie.
- Do jutra! - Evan krzyknął z jadalni.
- Nie stresuj się pierwszym dniem, pokażę Ci wszystkie sekrety kliniki. - puścił mi oczko.
Mówiąc to, wyszedł i skierował się w stronę motoru. Razem z Charliem wyszliśmy przed dom. Chłopak założył na głowę żółty kask i pomachał nam jeszcze na do widzenia.
- Chodź kochanie, czas na bajkę na dobranoc. 

Serce z kamieniaStories to obsess over. Discover now