Wstęp do Łączniczki Dusz - część IV

189 7 44
                                        


Usiadła na ławie przed domem, a dzieci otoczyły ją i z roześmianymi buziami krzyczały „bajka, bajka, opowiedz nam bajkę". Uśmiechnęła się widząc ten entuzjazm. Jej szara suknia ocierała o drewniane deski na ganku. Chłopcy i dziewczynki byli synami i córkami okolicznych mieszkańców, rolniczej grupy, która nie miała czasu na ich pilnowanie. Umorusani, czasem z dziurawymi ubraniami, a czasem z zakrwawionymi kolanami, muśnięci na policzkach letnim słońcem promienieli szczęściem. To nie był pierwszy raz, gdy im coś opowiadała. Wcześniejsze przygody miały się jednak nijak, do tego co miała im powiedzieć teraz.

Dzień chylił się ku zachodowi, ale wciąż było ciepło. Ława przed jej małym domkiem była porządnie nagrzana, idealna na jej stare kości.

- Chcecie usłyszeć bajkę, tak?

- Tak! – zawołał usmarkany ciemnowłosy chłopiec. – O przygodach!

- Albo o miłości – dodała nieśmiało dziewczynka, kuląc się za starszym bratem.

- Ja chcę coś prawdziwego! – zakrzyczało inne, zaciskając pięści.

- No dobrze, dobrze – uciszyła je, wyciągając do przodu ręce.

Wykrzywione artretyzmem trzęsły się lekko, ale zawsze mogła na nie liczyć. Rozmasowała swe skronie i odgarnęła siwe włosy do tyłu. Ścinała je na krótko, tuż przy uszach, ale zawsze jakiś kosmyk plątał jej się po twarzy.

Nie musiała myśleć o czym opowiadać, ale mimo to z zadumą popatrzyła na rosnące w oddali drzewo o rozłożystych gałęziach i olbrzymiej dziupli.

Wiedza o tych wydarzeniach wylewała z niej strumieniami tak wielkimi, że nie wiedziała, jak zebrać swoje myśli.

„Od czego powinnam zacząć? – pomyślała, chociaż wiedziała, że nikt nie da jej na to odpowiedzi."

Miała misję. Te wydarzenia musiały zostać zapamiętane, chociaż pewnie kiedyś zostaną uznane za legendy, za czcze gadanie obłąkanej kobiety. Trudno. Ryzyko było warte tego. Musieli wiedzieć, musieli znać te wydarzenia.

Wzięła głęboki wdech i wolno, dostojnym głosem godnym królowej zaczęła snuć opowieść.

- Na początku wszystko narodziło się wśród gwiazd, tam, gdzie nie ma czasu, gdzie istnieje tylko materia. Tam narodziła się przyczyna wszystkich zdarzeń.

- Z czego to się narodziło i jak? – zapytał ciekawski chłopiec, o oczach tak błękitnych, jak kiedyś jej własne.

- Wszechojciec je stworzył – opowiedziała cierpliwie.

- A kim on jest?

- Dowiecie się tego wszystkiego, a nawet i więcej, ale dzisiaj chcę wam opowiedzieć o czymś, co stało się przyczyną wszystkich wydarzeń, które kiedyś, przed wiekami wstrząsnęły Dornis. Będzie to opowieść o Jutrzence, która była czystą energią, której losy sprowadziły na całe Dornis nieszczęście i błogosławieństwo.

I tak krok po kroku opowiadała im historię.

***

Jutrzenka – Pani Światła i królowa zamieszkałej części wszechświata, wiedziała, że coś jest nie tak. Od rana nie potrafiła sobie znaleźć miejsca, czekając na... na to „coś". Już dawno się tak nie czuła.

Jej zamek w gwiezdnych chmurach był bezpieczny, wolny od zła, wolny od Andhakāry, a mimo to czuła niepokój. Strażnicy rozstawieni na korytarzach, skłaniali głowy, gdy przechodziła szybkim krokiem. Forteca Jutrzenki była rzeczywista i nierzeczywista zarazem. Cały pięciopiętrowy pałac mógł w jednej chwili zostać przekształcony w małą chatkę. Tam, gdzie się znajdowali nie było wiatru, nie było dźwięków, nie było niczego. Pustka i pełnia zarazem, tym był właśnie pałac Jutrzenki. Miejsce gdzieś w przestrzeni kosmicznej, wśród gwiazd, księżyców, komet i pyłów. Materiał nienarodzonych gwiazd był dla niej posadzką, sklepieniem, posłaniem, siedzeniem, dosłownie wszystkim. Jej wola podtrzymywała kształty, nadawała sens materii. Była Panią Światła, ale również Panią Życia i Panią Stworzenia.

Łączniczka DuszTempat cerita menjadi hidup. Temukan sekarang