Markus Tailor jak co dzień przeglądał służbowego e-maila w poszukiwaniu zleceń. Dni bez żadnej roboty wydłużały mu się okropnie, aż było to nie do zniesienia. Ciężko być testerem amatorskich gier, gdy nie dostaje się nic od ponad tygodnia. Komputer uruchamiał mu się dzisiaj niezwykle długo, pobijając swój własny rekord wynoszący około trzech minut. "Będzie do wymiany", pomyślał ze smutkiem i otworzył nareszcie przeglądarkę. Skrzynka odbiorcza na niego już czekała i pokazywała tylko jedną nową wiadomość. Była ona znowu od tego samego klienta i przyjaciela. James Rick wysyłał do niego często programy pełne wszelakich błędów, lecz Markus znał go i to na wylot. "Stary, dobry James", pomyślał, uśmiechając się radośnie i zabrał się do czytania e-maila:
Drogi Markusie,
jeszcze raz chciałem podziękować ci za twój trud w pomaganiu projektowania moich gier i programów. Mam dla ciebie nowe zlecenie. Stworzyłem program do zarządzania wszystkimi grami i aplikacjami na komputerze niezależnie od ich źródła. Nazwałem go G. Byłbym wdzięczny za przetestowanie go i wykazaniu wszystkich błędów i cech czy funkcji do poprawy. Postaram się za tydzień wysłać ci wypłatę za twoje ostatnie testy.
Z poważaniem,
James Rick
Niżej załączył link do Mediafire. Otworzył go i pobrał zawartość archiwum, która nazywała się G. Chwilę popatrzył na ekran, szukając w nim motywacji. Wrócił do folderu z pobranymi plikami na jednej połowie, natomiast na drugiej sprawdził listę swoich gier. Nie była ona zbyt wielka. Windowsowe szachy oraz emulator z dwoma grami: New Super Mario Bros 2, oraz Super Smash Bros na Nintendo 3DS. "Miejmy nadzieję, że to zadziała", pomyślał, przypominając ostatnie aplikacje. Najpierw jednak sprawdził swoim antywirusem, czy archiwum nie jest zawirusowane. Ufał twórcy, jest kiepskim programistą, ale nie hakerem, lecz bezpieczeństwo przede wszystkim. Po upewnieniu się, że plik nie ma wirusów, trojanów i innego gówna wypakował zawartość i uruchomił aplikację o nazwie tej samej co archiwum. Wyskoczyła konsola CMD z krótkim napisem i animacją obracającej się kreski. "Uruchamianie programu... Prosimy czekać", głosił biały napis, a po prawie dwóch minutach uruchomił się następna konsola i coś, co przypominało animację postaci. Zaskoczyło go to nieco, gdyż aplikacje Jamesa były zazwyczaj bardzo nieczytelne oraz skomplikowane, przez co było w nich sporo błędów. W konsoli pojawił się napis "Witaj", a na drugim oknie pojawiło się coś, co ciężko jest nazwać człowiekiem. Stwór przypominał zlepek różnych istot poprzyszywanych bez żadnych blizn po zabiegu. Prawa ręka była w ogniu lub cała z ognia, lecz ciężko było dokładnie stwierdzić, gdyż ciągle stwór ją machał. Druga ręka była z kamienia, pozostając symetryczna z resztą ciała i nie wyglądała, jakby sprawiała właścicielowi zbyt wiele trudu posługiwanie się nią. Tułów przypominał napierśnik starej zbroi z wielkim G na środku, strasznie wtopiony w skórę. Pod ognistą ręką była noga podobna do zwyczajnej nogi, lecz pokryta obficie glitchami wszelkiego typu. Jedynie lewa noga była bez żadnych zmian. Markus jednak najbardziej przyglądał się górze, która dopełnia dziwności stworzenia. Głowa o ile można ją tak nazwać składała się tylko z maski Guya Fawkes-a bez wąsów, brody i wypieków. W środku tak zwanych oczu miał tylko dwa pomarańczowe światełka, których jasność niemal oślepiała. Nad maską utrzymywał się ciemnego koloru melonik, który kreatura szybko zdjęła z maski. Istota machała radośnie do Markusa z wielkim, złowróżbnym uśmiechem. Postać go zaintrygowała, lecz jednocześnie poczuł dyskomfort oraz lekkie zaniepokojenie. "Co to ma być...", pomyślał i odpowiedział na wiadomość w staromodnie wyglądającym czacie:
[G] Witaj.
[G] Ty jesteś Markus, zgadza się?
[M] Skąd to wiesz?
YOU ARE READING
G.exe
HorrorCreepypasta opowiadające o programie sztucznej inteligencji, którą bohater otrzymał od znajomego twórcy
