Kolejny dzień walki. Wstałam i pierwsze co zrobiłam, to podejście do lustra. Przyglądałam się krytycznie memu chudemu ciału i bez mojej woli przez głowę przeleciała mi myśl : "Chyba przytyłam przez weekend.". Mama wcisnęła mi w niedzielę kilka łyżek rosołu. Oczywiście nalała zupy do pełna, chcąc upozorować normalność w naszej rodzinie. Gdy zobaczyłam pływający w zupie makaron zrobiło mi się niedobrze. Jednak moja reakcja nie była tak gwałtowna jak wtedy, gdy próbowałam przeżuć kawałek schabowego. Poleciałam wtedy do łazienki, zwracając posiłek.
Z rosołem nie było tak najgorzej. Smutne oczy mojej mamy błagały bym spróbowała zupy. Poszło mi dobrze, chociaż już po dziesięciu łyżkach byłam najedzona.
Spokojnym głosem podziękowałam za posiłek, a w mojej głowie odezwał się spanikowany głos: "Musisz to spalić.".
Czasem mam wrażenie, że w mojej głowie żyją dwie istoty.
Jedna, która była ze mną od urodzenia. Lubiła jeść słodycze z rodzicami "przy kawie" i cieszyła się każdym posiłkiem.
Druga wykreowała się w przeciągu kilku lat. Narodziła się z różnych sytuacji. Na przykład na szkolnej stołówce, kiedy ja pałaszowałam obiad z apetytem, a moje koleżanki odstawiały już po kilku gryzach. Albo na urodzinowych imprezach kiedy mówiły, że nie zjedzą tortu, bo są na diecie. W pewnym momencie mojego życia, kiedy przestałam rosnąć, zauważyłam, że moja figura różni się od sylwetek rówieśniczek. Wszystkie dziewczyny miały takie chude nogi. Zaczęły ubierać opinające ich zgrabne tyłki spodnie. Miałam wrażenie, że wszędzie otaczają mnie tylko zgrabni ludzie. Ja nie byłam gruba. Ale to mi nie wystarczyło.
Już wiele razy byłam w szpitalu oraz na różnych terapiach. Jestem w domu od miesiąca i niedługo czeka mnie kolejne leczenie. Pewnie przyczepią mnie do rurki. Znowu. A ja znowu będę to po kryjomu spalać i wymiotować.
Lekarz powiedział, że to JA muszę chcieć wyzdrowieć. To JA muszę zaakceptować siebie, nie inni. Łatwo się mówi, trudniej zrobić.
Wykonałam serię moich turbo spalających ćwiczeń i zeszłam na dół. Tam czekał już na mnie stos kanapek, których nie zjadłabym nawet przez kilka dni. Mama robiła je z nadzieją, że może wezmę chociaż gryz. Wypiłam herbatę (bez żadnych dodatków, cukier- broń Boże), by uciszyć poranny głód i wyszłam do szkoły. Kanapki wrzuciłam do pierwszego lepszego kosza (byłam przez nie znana w całym mieście) i zaczęłam truchtać. Z przyzwyczajenia.
Kiedyś biegałam regularnie. Na początku robiłam to z przyjemności, bo lubiłam sport. Potem stało się to moim kolejnym sposobem na spalenie kalorii. Po jakimś czasie przestałam miewać okresy i biegania zabroniła mi moja ginekolog. Przez dłuższy czas biegałam po kryjomu. Robiłam naprawdę długie dystanse. Po roku sytuacja pogorszyła się bardzo. Trafiłam do szpitala i moje ciało nie było zdolne do takiego wysiłku, bo do tego trzeba energii, a ja jej nie miałam.
Mogłam sobie pozwolić jedynie na trucht. Im bardziej zbliżałam się do szkoły, tym więcej czułam na sobie ciekawskich spojrzeń. Tak, byłam jak półżywa. Szkoda tylko, że jeszcze istniałam. Niestety.
ВИ ЧИТАЄТЕ
Moje ciało, moje piekło
РомантикаAnia od zawsze borykała się z wieloma kompleksami, które przerodziłu się w chorobę. Rodzice nie mogą już patrzeć na jej chude ciało, a ona nie przestać. Czekają ją kolejne pobyty w szpitalu. Ile jeszcze wytrzyma jej organizm? Czy Ania wygra ze swoim...
