« Eleven »
Wyłączyłem komputer i wpatrywałem się w czarny monitor. Skończyłem właśnie Kroniki. To była piękna gra. Teraz będzie mi tego brakować.
A co jakbym spróbował innych ścieżek? A co jakbym nie zabił Neskota?
Pokusa był zbyt silna. Pieprzyć to, że dochodzi 3, a za oknem szaleje zajebista burza.
Monitor ponownie zabłysł. Odpaliłem Kroniki i wybrałem nowy zapis, by rozpocząć grę po raz kolejny.
Po zatwierdzeniu na ekranie powinien pojawić się art Graine wraz z dymkiem chatu z wypowiedzią listonosza. Ekran jednak pozostał czarny.
Po kilku sekundach na ekranie wyskoczyło okno, ale nie ukazywało ono ani avatara ani nazwy postaci. Jedynie napis:
„Ja jeszcze tam przyjdę"
- WHAT THE FUCK?! - praktycznie wykrzyczałem. Co jest do cholery? ERKAES! Co ty wymyśliłeś tym razem?
Komputer się wyłączył.
- Zajebiście. Chyba już sobie nie pogram.
Wraz z tymi słowami wstałem i poszedłem do łazienki się ogarnąć.
Wziąłem szybki prysznic i wróciłem do pokoju. Swoją drogą, przydałoby się w nim chyba jednak ogarnąć. Zhalii nie ma w mieszkaniu, ale to nie znaczy, że ma być taki syf. A zresztą, co ja się będę martwił. W ciągu godziny wszystko ponownie będzie w takim stanie. Nie ma sensu sprzątać.
Omijając wszystkie rzeczy leżące na podłodze jakby to było jakieś pole minowe przeszedłem przez pokój i położyłem się do łóżka. Sprawdziłem jeszcze szybko social media i tego typu rzeczy. Nic ciekawego.
- 3:36. Chyba po raz pierwszy od miesiąc pójdę spać przed 5. Albo w ogóle pójdę spać. - mruknąłem do siebie
Odłożyłem telefon wraz z okularami na parapet, który był tuż przy moim łóżku i położyłem się. Wpatrywałem się jeszcze przez chwilę w okno, jeśli to w ogóle możliwe przy mojej ślepocie. Po kilku minutach zamknąłem oczy i zasnąłem wsłuchując się w krople deszczu uderzające w szybę.
•••
Obudziłem się dość wcześnie, bo o 13. Przez ostatnie dni wstawałem o 15, jeśli w ogóle się wcześniej zdążyłem położyć.
Po jakiś 20 minutach jakże ambitnego wpatrywania się w okno chwyciłem okulary i wygramoliłem się z łóżka. Skierowałem się w stronę kuchni. Byłem zajebiście głodny. Ktoś wie kiedy ostatni raz coś jadłem? Nie, ponad pół czekolady zjedzonej przy Kronikach się nie liczy.
Otworzyłem lodówkę. Świeciła pustkami. Szykuje się ekspedycja na zewnątrz.
Wziąłem ser, który samotnie leżał na półce, z szafki wyciągnąłem chleb i zrobiłem sobie kanapki. Najbardziej wykwintne danie jakie jestem w stanie zrobić.
Położyłem talerz na stole, usiadłem i zacząłem jeść.
Gdy już kończyłem śniadanie, przerwał mi huk dochodzący z pokoju Zahlii.
- Co jest kurwa?! - powiedziałem z mocnym naciskiem na ostatnie, wstając od stołu.
Gdy dotarłem do pokoju, znalazłem tam... SIEBIE?! Nie, nie, nie, nie, to nie ma przecież żadnego sensu! Po chwili prób poszukiwania mózgu i zebrania szczęki z podłogi, zacząłem się przyglądać osobie, która na chwilę obecną leżała nieprzytomna na podłodze. Faktycznie, wyglądała jak ja, ale była jakby... ciemnoszara? Taki kolor skóry w ogóle istnieje?! Jego (no bo to w końcu praktycznie ja, więc tej samej płci pewnie też jest) włosy były czarne, a na sobie miał coś na wzór piżamy z czarnym wzorem 11 na bluzce, ale liczba była odwrócona. Czy to jest... Nie no kurwa, ja wiem, że ten świat jest srogo pojebany, ale że AŻ TAK?! Przecież Dark Eleven jest jedynie jebanym kodem w grze i grafiką stworzoną przez Lady Graine, więc niby kurwa jak miałby tu się zjawić?!
Stałem tak kilka minut, gdy w pewnym momencie wpadłem na zajebisty pomysł, którym było ruszenie się z miejsca i zrobienie czegokolwiek z faktem, że ktoś, kto wygląda jeden do jeden jak mój klon z fangame'u leży na podłodze nieprzytomny, bo się najpewniej wypieprzył przez własne nogi. Byłbym do tego zdolny, więc on pewnie też.
Podszedłem do niego. Kurwa, on serio wygląda jak Dark Eleven. A co jeśli to on? Czytałem o jakiś powalonych akcjach, że mój klon wychodził sobie z gry i zaczynał sobie żyć ze mną pod jednym dachem, a później po 2 tygodniach okazywało się, że jednak umiera zgodnie z fabułą gry. Tak, przeglądałem pojebane fanfiki widzów. Ale nie dochodziłem dalej niż do 2 rozdziału. Nie chcę wiedzieć co te chore psychicznie yaoistki powymyślały i jak daleko postanowiły się posunąć. Choć sama myśli na shipowanie mnie z nim jest dla mnie jest srogą przesadą. Zresztą, nie myślmy o tym.
Jakimś cudem udało mi się przenieść „Dark Elevena" na łóżko mojej współlokatorki, które było tuż obok. Położyłem go tam i w trybie natychmiastowym wróciłem do kuchni. Co tu się właśnie odkurwiło? Czy fakt, że go dotknąłem nie powinien doprowadzić do jakiegoś zniszczenia równowagi wszechświatów czy innego międzywymiarowego wybuchu? Jak on się w ogóle tutaj dostał? Miałem hardego mindfucka w tamtym momencie.
Probując ogarnąć umysł dokończyłem pozostały kawałek kanapki, odłożyłem talerz i poszedłem do pokoju.
Wyciągnąłem z szafy losowe spodnie i bluzę, przebrałem się i zebrałem potrzebne rzeczy na misję do sklepu. Zanim wyszedłem, próbowałem ogarnąć włosy. Ha, serio myślicie, że dałem radę cokolwiek z nimi zrobić? Oczywiście, że nie, one żyją własnym życiem. Spryskałem je jedynie genialnym wynalazkiem, jakim jest suchy szampon. One przetłuszczają się zdecydowanie za szybko.
Założyłem buty i wyszedłem z domu. Wyciągnąłem słuchawki i włączyłem muzykę. Do sklepu mam kawałek, więc może uda mi się ułożyć w mojej głowie COKOLWIEK (skoro na niej jest to niemożliwe).
Shit, nie powinienem zostawać sobowtóra samego w domu. Może niby się pogodziliśmy, a ja go nie zabiłem, choć miałem okazję, ale na plaży nie był już taki przyjazny i pewnie jeśli ogarnie, że tutaj nic mu nie jest to nie minie chwila, a on już zacznie coś odpierdalać.
Elek, znowu zjebałeś.
« Dark Eleven »
Obudziłem się, leżąc na łóżku. Dość wygodnym, porównując do Dwienkowskich warunków. Czy mi się serio udało? Nie pozostaje nic innego, niż wstać niż się przekonać. Ta, brzmi prosto, ale po tym jak się wypierdoliłem i przejebałem łbem o podłogę może być to problematyczne. Dlaczego Eleven nie mógł być chociaż minimalnie mniej przypominający szkieleta? Przynajmniej by to tak teraz nie bolało. On w ogóle je? Przecież jakby postawili przede mną oryginał i Papyrusa, czy jak mu tam było, to bym ich ledwo rozróżnił!
Dobra, koniec tego narzekania, kiedyś muszę w końcu wstać.
Pomimo tego, że bolała mnie chyba każda kość z osobna, wstałem. Teraz się tylko przypadkiem znowu nie potknąć.
Wyszedłem z pokoju i zacząłem się rozglądać. W niedużym korytarzu jeszcze 3 pary drzwi i przejście, prowadzące zapewne do kuchni i salonu. Wybrałem drzwi na lewo.
Gdy je otworzyłem, mym oczom ukazał się pokój, lecz nie taki zwykły. Znajdował się tam komputer, biurko z 2 monitorami,
kamera i futrzasty mikrofon na jakimś swego rodzaju uchwycie. Jaki debil postawił to biurko przy drzwiach od szafy?! Przecież się do niej dostać nie da! Ma szczęście, że drzwi od niej są przesuwane.
Pod ścianą znalazło się również łóżko, a przy nim okno z różowymi roletami.
Na ścianie była czarna gąbka wygłuszająca, a na niej powieszone kolorowe lampki. To my mamy święta? Jest przecież marzec. Osobnik mieszkający w tym pokoju na pewno jest debilem.
Na razie wszystko wskazuje na to, że jestem w domu Elevena, a to jest jego pokój. W takim razie czyj był pokój, z którego wyszedłem? Elek ma współlokatora? Elek ma znajomych?!
Wyszedłem z pokoju i skierowałem się do kuchni. Otworzyłem lodówkę. Byłem głodny, a póki oryginału nie ma, można korzystać z jego, jak się później okazało, nieistniejących zasobów. Teraz już chyba wiemy, czemu wygląda jak kupa kości opakowana w skórę. Ja zresztą też.
Udało mi się znaleźć chleb oraz dżem. Zabrałem się za zrobienie, a następnie zjedzenie „śniadania". Dochodzi 15. Już Mateusz był szybszy ode mnie, jeśli w ogóle coś zjadł.
Gdy już wstawałem od stołu po skończonym posiłku, usłyszałem wsadzanie kluczyka do zamka od drzwi. Zamarłem. Kurwa. Oryginał. Albo ten współlokator. Nieważne, i tak mam przejebane.
YOU ARE READING
SPEJS: DEMATERIALIZACJA || Eleven x Dark Eleven / 22
FanfictionNoc. Burza. Włączony komputer. Gra. Dla Mateusza Elevena Gajewskiego to brzmi jak codzienność. Ale czy tym razem to będzie wyglądać tak, jak zawsze? Czy może tym razem coś postanowi się zmienić? I czy może totalnym przypadkiem będzie tak, że spaczo...
