Pan Szczurów

18 3 3
                                        


Wysoki, postawny mężczyzna w ciemnym płaszczu powoli przemierzał korytarz, opuszkami palców smagając metalowe pręty. Spod kosmyków opadających na twarz i woalu ciemności wyzierał się jedynie szeroki uśmiech.

Jedno z biednych stworzonek pisnęło cicho, oddalając się pod równy promień księżyca. Zdawało się być takie pełne strachu i obawy. Trzęsło się z zimna, ale też chciało uciec od złowróżbnego światła lichej świecy. Niebieski płomyczek huśtał się z lewa na prawo i prawa na lewo, hipnotyzując młodych więźniów i starym przepowiadając kolejną wypełnioną krzykami noc.

Do uszu kata dotarł szloch kobiety okrytej cienką halką i której biżuterię stanowiły jedynie kajdany u stóp pokryte szorstką rdzą. Strzelił w jej stronę długim batem. Końcówka smagnęła brudną łydkę i boleśnie rozdarła skórę.

Bestialskie, ale działa – pomyślał strażnik, zmieniając uśmiech na lisią wersję. Czasem trzeba być potworem, aby dobrze wykonywać swoją pracę.

– Cieszy cię to, prawda?

Z końca korytarza wydobył się pewny, stanowczy głos. Nikt inny nie odważyłby się wypowiedzieć podobnych słów. Jakichkolwiek słów.

Kat uniósł kąciki ust, kiedy jego ciało napięło się, by wzbudzić w rozmówcy poczucie mniejszości i bezbronności. Uwielbiał stawać nad kimś z bronią w ręku – tego faktu nie mógł nikomu odmówić. Co dziwne, ten okaz nie dygotał ze strachu. Zamiast tego siedział spokojnie pod ścianą ze spuszczoną głową, skierowany przodem do krat. Z czarnego kąta dobiegło ciche popiskiwanie myszy – tych w końcu roiło się w lochu od groma.

– Na twoim miejscu nie otwierałbym pyska, psie. Chyba że chcesz zaliczyć znowu kilka smagnięć.

Zdawało się, że przez ułamek sekundy oko więźnia błysnęło niebieską, grożącą łuną. Strażnik zinterpretował to i szeroki uśmiech, razem z parsknięciem, jako wyzwanie. Czyżby nie dostał już wystarczająco? Ostatnim razem przecież słaniał się na nogach, dzisiaj znowu czegoś chce. Chyba brakuje mu już piątej klepki.

– Oh, Zeroth. Znamy się już dziesięć lat, ale ty nadal nie nauczyłeś się na swoich błędach... Czy kiedykolwiek zamilkłem, gdy mnie o to prosiłeś?

Zeroth roześmiał się głośno. Tak, że podłoga zadrżała pod stopami. Słowo "błąd" uznał za czysty paradoks. Jak inaczej można określić słowa osoby, która jest święcie przekonana, że znajduje się pod ziemią, zamiast w oblodzonej wieży?

Szczur przebiegł po obkutym żelazem bucie, nie wydając z siebie dźwięku. Małe łapki podreptały w stronę szarości.

– Nie. Być może powinienem już dawno zaszyć ci usta – odrzekł, pewnym krokiem kierując się do celi wychudzonego mężczyzny.

Pozostali pewnie określiliby go jako równie przerażającego co strażnik, głównie przez długie, czarne włosy i nieznajomość skrywanej pod nimi twarzy. Wiedzieli tyle, ile musieli: że ma niebieskie oczy, że wsadzono go za morderstwo, że przez pierwsze parę lat spędzonych w tym miejscu żył w odizolowanym pomieszczeniu, że nigdy nie zdradził swojego imienia, nawet na procesie.

– Będę ci za to dozgonnie wdzięczny, Altarheimie.

Tym razem zimny uśmiech przeszył kości kata. Wiatr, który wkradł się przez jedno z okien i wyleciał drugim, niemal strącił mu kaptur z głowy. Z pewnością zrobiłby to, gdyby nie chwycił rąbka materiału. Czym bliżej klatki był, tym wyraźniej czuł zapach zgnilizny. Tak, jakby coś tam zdechło... – przeszło mu przez myśl – ...a te cholerne szczury nie zdychają, pożerają je te małe potworki skulone pod ścianą.

– Nie sądzisz, że ktoś taki jak ty zasługuje na śmierć? – spytał.

Po kręgosłupie przebiegły mu przyjemne dreszcze, co zauważył rozmówca; ten jednak kroczył dalej i ani myślał, żeby zawrócić lub zawahać się przy wkładaniu stalowego klucza do zamka. Nie poczuł na sobie setek spojrzeń, gdy ścierwa obróciły łebki w jego stronę. Nie cofnął się, nie zawrócił. Nie myślał.

– Ja? Zasługiwać na śmierć? – Roześmiał się. – Nie wydaje ci się to absurdalne? – Kontynuował swój żabi chichot.

Wszedł do klatki, zatrzasnął za sobą małe wrota i przekręcił w nich kluczyk, po czym zawiesił go sobie na szyi. Nie chciał, żeby ktoś mu uciekł, zwłaszcza ten irytujący dyplomata. To on był powodem każdego zamachnięcia się batem. To on był prowokatorem.

– Odwróć się, nim znów popełnisz ten sam błąd!

Wściekłość buzująca w żyłach więźnia niemalże z nich kipiała. Napięte mięśnie ukazały ścięgna i rzuciły niemą groźbę, przed którą Zeroth z rodu Altarheimów nie śnił się cofać.

Śnił za to wiele razy o zakatowaniu tego upierdliwca na śmierć. W zasadzie od pierwszego spotkania chciał poderżnąć mu gardło... Jego bestialstwo przybrało gargantuiczne rozmiary, przyćmiewając dawny umysł.

Serce mężczyzny biło równo z każdym zamachnięciem – kilka pierwszych ciosów spadało jak gromy, zalewając ofiarę toną bólu. Bólu, który powoli przeradzał się w krążącą po naczyniach krwionośnych energię. Tak pulsującą I napawającą zdumieniem jak agresja jego przeciwnika. Złapał broń i owinął ją sobie wokół nadgarstka. Zdołał tylko podnieść się, nim Zeroth wykonał zamach okutym w stal przedramieniem.

I wtedy znów upadł na kolana, tylko po to, by wystawić swoje plecy na kolejny cios batem i brzuch na przyjęcie buta. Upadł, tracąc wszystkie siły i brudząc posadzkę. Odnosił niemiłe wrażenie, że przez poranioną skórę wsiąkają wszystkie chemikalia, że trawią jego wystawione na działanie mięśnie i że jedyne, co mógł zrobić, to poddać się i oddać życie swoim małym przyjaciołom, od których pomocy nawet nie oczekiwał.

Tracił już przytomność, gdy nad karmazynową kałużą zaczęła unosić się niebieska poświata. Pochłonęła zarówno jego, jak i kostki stojącego obok kata. Zaraz później łydki i część ud, a na koniec skonstruowała obłok przypominający kształtem wygłodniałą paszczę pełną zębów, kłów oraz języków.

Kat upadł na podłogę, wydobywszy z siebie pełen przerażenia skowyt. Dymne macki przyszpiliły do gruntu jego kończyny i szyję. Skrępowany próbował wyszarpać drogę ucieczki, niestety nie na wiele się to zdało, bo kilka sekund później na jego klatce piersiowej zebrał się ciężar ucztujących szczurów.

Agonalny krzyk rozbudził więźnia. Zawsze był nadwrażliwy na zapachy, zawsze był słaby i delikatny... Zamknięty jako zwykły morderca, umierający jako więzień i wskrzeszony jako wyklęty Pan Szczurów. Wszystko zapowiadało się wręcz magicznie.

Zacisnął pięść, wydobył z siebie krótki jęk i mimo potwornych zawrotów głowy spróbował wstać. Szło mu to dosyć ciężko, jednak wreszcie zdołał się w pełni wyprostować i spojrzeć na wstrząsanego konwulsjami wroga. Nigdy nie chciał doprowadzić do pożarcia kogoś żywcem... to jednak uznał za konieczne. Malutkie stworzonko pisnęło przy jego stopie. Widząc, że Pan nie jest w stanie się schylić, wspięło się na szatę, wtapiając malutkie pazurki między szorstkie włókna, i podało do bezsilnie wiszącej dłoni to, co trzymało w pyszczku – klucz do upragnionej wolności.

Następnie chwiejnym krokiem podążył do wrót, otworzył je i odczuwając przybijające zmęczenie usiadł pod jednym z okien przy drewnianych drzwiach. Był zmęczony, senny i pusty. Nie oczekiwał, że ktoś chwyci go za ramię, podniesie i powie:

– Uratowałeś szczury, Panie. Pora, aby szczury uratowały ciebie.

I tak samo, jak nie oczekiwał wolności, nie pragnął też snu – a ten nadszedł ramię w ramię z ulgą.

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Apr 14, 2020 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

Pan Szczurów | One ShotStories to obsess over. Discover now