Rozdział pierwszy
Dwie opowieści
Słońce zachodziło powoli nad niewysokimi stożkowatymi wzgórzami, które miejscowi nazywali Wilczymi Kłami. Otaczały leżące u ich podnóża miasteczko, czerniejący w wieczornym cieniu las i szumiący strumień, który wypływał spomiędzy dwóch najwyższych wzniesień i wił się wzdłuż granicy osady. Był na tyle płytki, że można było swobodnie przejść przez niego na drugą stronę i jednocześnie na tyle głęboki, że mogły bawić się w nim dzieci i młodzi.
Z donośnym pluskiem wpadły do niego kamienie, które strącił przejeżdżający przez drewniany most młody mężczyzna. Deski zatrzeszczały, kiedy koń, na którym jechał, wszedł na jego środek, a po chwili skierował się w stronę centrum miasteczka.
Nierówna wiejska droga wiodła wzdłuż kolorowych, drewnianych domów. Chociaż w szybko zapadającym mroku kolory blakły, mężczyzna doskonale pamiętał ich barwę. Żółte kojarzyły mu się z polem słoneczników rosnących za miastem i należały do najwyższych urzędników w mieście i ich rodzin, czerwone z barwą, jaką na szyby domów na obrzeżach rzucało zachodzące słońce. Białe były jak domki służby niedaleko zamku w stolicy, zielone jak las, zwłaszcza te stojące w cieniu rozłożystych drzew. Patrzył na nie z zachwytem, rozglądając się dookoła, widząc miasteczko Foel pierwszy raz od dziesięciu lat.
Mężczyzna skierował konia w kierunku centrum, gdzie wokół placu targowego mieściły się zakłady rzemieślników i karczmy. Wielu z nich nie rozpoznawał, ale jedno miejsce nie zmieniło się niemal w ogóle od jego wyjazdu.
Dwie pochodnie strzegły wejścia do drewnianej gospody „Pod Białym Wilkiem". Chociaż po wilku, do którego nawiązywała nazwa, został już tylko kołek nad drzwiami wejściowymi, mężczyzna oczami wyobraźni przywołał obraz wyszczerzonego w ostrzeżeniu białego pyska, którego bał się, będąc jeszcze dzieckiem. Ojciec zawsze sadzał go sobie na muskularnych barkach i podnosił tak, by chłopiec mógł go pogłaskać.
Teraz w miejscu, w którym zawsze stawali, dwóch mieszkańców miasteczka opierało się o jeden z filarów rozmawiając głośno, śmiejąc się i popijając piwo. Zza uchylonych drzwi gospody wydobywał się gwar rozmów i pobrzękiwanie kufli. Co chwilę ktoś wybuchał gromkim śmiechem. Drzwi otwierały się i zamykały, kiedy do środka wchodzili nowi klienci. Ostatnie promienie słońca schowały się już za wzgórzami i w końcu można było odetchnąć po ciężkim dniu pracy.
Koń zatrzymał się z prychnięciem przed gospodą. Dwaj mężczyźni, nie przerywając rozmowy, spojrzeli na przybysza, ale nie poświęcili mu więcej uwagi. Pochłonięci opowieścią o tym, co poprzedniego roku stało się w czasie żniw, pozwolili, by nieznajomy przywiązał konia obok nich, skłonił się bez odpowiedzi i wszedł do środka.
Wnętrze karczmy uderzyło go feerią dźwięków i zapachów. Intensywna niemal metaliczna woń piwa, duszący zapach wędzonej kiełbasy i smażona cebula sprawiły, że aż skręciły mu się kiszki z głodu. Gwar rozmów był na tyle duży, że nie mógł wyłapać, o czym toczą się ożywione rozmowy, ale ich charakter był jednoznacznie pozytywny i sielski. Wśród miejscowych największym zmartwieniem była zła pogoda, której, szczęśliwie, w ostatnim czasie nie doświadczali. Przeskakiwał wzrokiem po twarzach, a one zwracały się ku niemu i znów pogrążały w rozmowach. Chociaż on poznawał niemal wszystkie, wiedział, że zmienił się na tyle, że dla nich, choć w niektórych oczach dostrzegł błysk zrozumienia, był nie do poznania.
Przybysz przeszedł przez środek gospody, pomiędzy dwoma długimi stołami, w kierunku długiej barowej lady, przy której stał uśmiechnięty szeroko gospodarz. Uwagę zwracała przede wszystkim jego gęsta ciemna broda, teraz poprzetykana siwizną, oraz oczy, wokół których pojawiła się siatka zmarszczek spowodowanych częstym śmiechem. Wiele kobiet zerkało na niego ukradkiem, a przy ladzie siedziało z pół tuzina miejscowych, którzy z radością słuchali jego opowieści.
YOU ARE READING
Przed snem
FantasyGdy wybucha wojna między kontynentem a wyspami, nikt nie przewiduje, że nie będzie to zwykła walka. Każdy ma tu tajemnice. Szczególnie ci niewidoczni
