Wiosna jest cudowną porą roku. Szczególnie docenia się ją zimą, gdy wszystko jest skłute lodem. W powietrzu brakuje zapachu kwiatów, a na gałązkach śpiewających ptaków. Drogi są pokryte grubą warstwą śniegu i zdaniem pewnego rudzielca wyglądają niesamowicie romantycznie.
Ania Shirley biegła właśnie po jednej z takich dróg do swej bratniej duszy Diany Barry. A właściwie do jej nieziemskiego ogrodu, który zimą przypominał krainę Królowej Śniegu.
Na tę myśl uśmiechnęła się pod nosem. Biały puszek z nieba przykrył drogę, tym samym wszystko co się na niej znajdowało. Niewidzialny konar podciął nogi dziewczynie w wyniku czego wylądowała twarzą w śniegu.. Nie zakłóciło to jej dobrego humoru - wręcz przeciwnie. Podjudziło ją to jeszcze bardziej do wędrówki przez ośnieżone Avonlea. Otrzepała sukienkę, zarzuciła warkocze za plecy i pobiegła w stronę Sosnowego Wzgórza.
- Witaj Diano! - przyspieszyła widząc koleżankę na progu
- Dzień dobry Aniu! Co Cię sprowadza?
- Oh Diano, muszę, poprostu muszę mieć kilka szyszek z tych cudownych sosen za twoim domem. Tym bardziej nie pogardzę gdy będę mogła zabrać je wraz z gałązkami.
- A na cóż ci one?
- Do pokoju - odparła jakby było to całkiem normalne. Objęła sobie za punkt honoru udekorowanie go zgodnie z obowiązującą porą roku. Diana skinęła tylko głową w geście zrozumienia i chwytając płaszcz pobiegła z Anią do ogrodu.
Shirley dość długo przechadzała się iglastymi alejkami aż w końcu zatrzymała się niespodziewanie przy jednym z drzew. Barry zauważyła w oczach przyjaciółki szklistą powłokę, a po chwili pojedynczą łezkę spływającą wolno po policzku.
- Co się stało Aniu?! - Diana chwyciła rudowłosą za ramiona i lekko potrząsnęła. Ta jednak nie spuszczała wzroku z sosny.
- Nic, nic Diano. Poprostu wzruszają mnie idealne rzeczy a ona... Ona jest idealna. - okrążyła drzewo i delikatnie musneła dłonią gałązkę przy okazji strącając z niej śnieg. - Jesteś pewna, że mogę?
- Oh Aniu oczywiście
***
- Marylo!! Oh Marylo spójrz!! - Shirley w podskokach podbiegła do swej opiekunki machając jej bukietem gęstych kłujących gałązek tuż przed twarzą
- Aniu Shirley-Cuthbert, na litość boską! Po co ci to?
- No jak to po co? Do udekorowania pokoju oczywiście. A teraz przepraszam bo dłużej nie wytrzymam - rudowłosa wydała z siebie cichy pisk ekscytacji i pobiegła na górę potykając się co kilka schodków.
Niechlujnie rzuciła gałązki na stolik stojący zaraz przy drzwiach i z powrotem popędziła na dół. Kuchenne drzwi otworzyły się gładko pod naciskiem jej łokcia. Szybko skierowała się do stodoły lecz w ostatniej chwili powstrzymały ją oblodzone schody. W wyniku kontaktu z nimi wylądowała twarzą
w śniegu. Ze śmiechem podniosła się, otrzepała fartuszek i co chwila się potykając biegła do stodoły.
- Czego tu szukasz Anno?
- Nie. Jestem. Anna. - wycedziła przez zęby - Ania, nie Anna szuka sznurka
- Tam w rogu, w skrzynce - rudowłosa zerwała się w stronę wskazaną przez Jerry'ego - Jak się miewa panienka Diana? - francuz oparł się o widły i przyglądał się Ani
- Bardzo dobrze - rzuciła szybko - Nie przeszkadzaj Baynard. O! Jest! - wypaliła nagle i ucałowała szpulkę na którą nawinięty był brązowy, ciasno zwinięty sznurek - Dziękuję Jerry - zapiszczała cicho i wybiegła zostawiając chłopaka samemu sobie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
