Rodział 1

185 17 3
                                        

Gospoda "Pod Ślepym Osłem" może nie jest spełnieniem moich marzeń, ale niczego lepszego nie znalazłam w okolicy. Już od wejścia czuję zapach tytoniu i wielokrotnie używanego oleju do smażenia, ale dzielnie wchodzę dalej. Po mojej lewej stronie stoi całkiem spory bar, w którym karczmarz podaje napitek spragnionym klientom, siedzącym na wysokich stołkach. Na prawo rozciąga się całkiem spora sala, w której naliczam cztery długie stoły, stojące prostopadle do baru. Na drewnianych ścianach wiszą licznie wypchane głowy zwierząt, zapewne upolowanych przez gospodarza. Jak na tą godzinę, jest całkiem sporo ludzi. A właściwie jest cała masa ludzi.

Ściągam chustę z dolnej części twarzy i kaptur z włosów i ruszam w stronę kontuaru, starając się nie zwracać niczyjej uwagi. Nie jest to trudne; to miasteczko stoi na którymś ze szlaków handlowych, więc tu zawsze jest mnóstwo przyjezdnych. Podchodzę z boku lady i macham ręką na karczmarza.

- Witam, chciałabym dostać jednoosobowy pokój na jedną noc - staram się wyglądać na pewną siebie, ale to nie jest łatwe, gdy ktoś patrzy na ciebie spod uniesionych brwi.

- Czyżbyś uciekła z domu, bo rodzice nie chcieli ci czegoś dać? Nie mam czasu dla takich jak ty - mężczyzna z drwiącym uśmieszkiem odwraca się, żeby odejść, ale odpinam sakwę i pobrzękuję nią.

- Mam pieniądze.

Widzę, że uśmiecha się, tym razem przyjaźnie.

- Sprawdzę, które pokoje są dostępne, poczekaj chwilę.

Odwracam się, żeby poobserwować ludzi na sali, ale w tym momencie ktoś na mnie wpada. Nie zwracam na niego uwagi, myślami jestem przy moich rodzicach. Odruchowo dotykam mojego naszyjnika i w tym momencie przeszywa mnie strach. Nie ma go.

To ten chłopak! Wybiegam przed karczmę i rozglądam się na boki. W którą stronę mógł pójść? Nie zapominam o założeniu kaptura i chusty na twarz; z nimi się czuję bardziej anonimowa. Nie za bardzo znam to miasto, więc nie mam pojęcia co jest dookoła, ale nie mogę tak tego zostawić. Mógłby mi ukraść nawet sakiewkę, ale nie ten naszyjnik. Może był na tyle głupi, że nie uciekł daleko? Mam taką nadzieję. Udaję się więc w boczną uliczkę, na lewo od wejścia do karczmy. Prowadzi do stajni na tyłach gospody, gdzie już wcześniej za drobną opłatą zostawiłam swojego konia. Ma nie więcej niż dwa metry szerokości i jest tu względnie cicho.

I ku mojemu zaskoczeniu, zauważam tu kogoś. Światło z tylnego okna gospody oświetla jego profil, który wydaje mi się znajomy. To chyba ten chłopak z gospody... Przegląda skradzione rzeczy. Przeklinam w duchu swoją wcześniejszą nieuwagę, ale teraz nie pora na oskarżanie się. Podkradam się do niego, starając się zostać w cieniu; gdy jestem w odpowiedniej odległości, wyciągam nóż z buta i przykładam mu do gardła. Jest wyższy ode mnie, więc muszę prawie stać na palcach, żeby dosięgać. Chłopak wydaje cichy okrzyk zaskoczenia.

- Oddaj mi naszyjnik.

Chłopak wydaje dziwny dźwięk - czy to śmiech? - i odwraca głowę tak, że patrzy na mnie jednym okiem. Zamieram, bo wiem kim jest. Modlę się cicho w duchu, żeby mnie nie rozpoznał.

- Nie wiesz z kim zadarłaś.

Po tych słowach spodziewam się szybkiej śmierci, ale cisza się przedłuża, a moje brwi podjeżdżają do góry. Uśmiech chłopaka trochę blednie, ale on sam nie traci najwyraźniej rezonu.

- Jestem czarownikiem - mówi z takim przekonaniem, że gdybym go nie znała, zapewne bym mu uwierzyła.

- A ja królową - prycham - oddaj mój naszyjnik. Potem cię puszczę wolno.

- Nie nabiorę się na to - zakłada ręce na piersi i rzuca mi gniewne spojrzenie - Pewnie jak zacznę szukać go w którejś z kieszeni to poderżniesz mi gardło i zabierzesz cały łup.

Korona z NiezapominajekHistorias para obsesionarse. Descúbrelo ahora