Armagedon

36 5 0
                                        

Wyszliśmy na skraj lasu, na nasze ulubione wzgórze. Szedłem pierwszy ale to on jako pierwszy dostrzegł to co ja miałem ujrzeć niebawem. Kiedy podeszliśmy bliżej wzgórza już lekko poza korony drzew Carl wybałuszył oczy i zrobił przerażoną minę. Moja reakcja była błyskawiczna obróciłem się aby zobaczyć co wywołało takie przerażenie, odwróciłem się i zamarałem. Widok który ujrzałem na zawsze miał zostać w mojej pamięci. Najpierw dostrzegłem, czerwono pomarańczową łunę, potem spojrzałem na naszą wioskę, ona dosłownie płoneła. W oddali widać było płonące chaty, a z tej odległości słychać już było krzyki zarzynanych wieśniaków. Z tej odległości nie widziałem napastników, lecz dojrzałem czarny sztandar z czerwonym kołem o nieregularnych krawędziach. Przeszył mnie lodowaty dreszcz.

Matka zawsze mówiła że w tym miejscu nic nam nie grozi a jednak, widziałem sztandar którym straszy się niegrzeczne dzieci. Obok mnie stanął mój przyjaciel równie przerażony i zamrożony. Zmusiłem się aby na niego spojrzeć, widać było że był tak samo przerażony i zdziwiony jak Ja. Takie coś nigdy nie miało się tutaj stać, a jednak sztandar legionu potępionych powiewał na nocnym wietrze nad naszą Wsią. Sekundy upływały jak godziny jednak szybko zrozumiałem że stojąc tu nie pomożemy tym na dole. No ba jeśli tu zostaniemy prędzej czy później wypatrzą nas zwiadowcy. A wtedy niechybnie czeka nas śmierć. Carl chyba zastanawiał się co zrobić w takiej sytuacji. Więc szybko rzuciłem:

-Carl nie ma czasu na myślenie, musimy się stąd zwijać zanim ci tam na dole nas wypartrzą.

Spojrzał na mnie, w jego oczach ujrzałem ogień. Ojciec chłopaka był strażnikiem w wiosce, kiedyś nawet żołnierzem w królewskiej armii, wiedziałem że nauczył młodego podstaw szermierki. Co prawda nie wiedzieliśmy co dokładnie atakuje wioskę jednak próba pomocy chłopom była jak proszenie się o śmierć. A jednak ten ogień w oczach... Carl myślał nad tym czy zdoła pokonać choć jednego przeciwnika. Chłop był inteligentny choć, czasami jego porywcza natura brała górę.

Przykucnął żeby ocenić dystans i spróbować coś wypatrzeć, podszedłem i położyłem mu dłoń na ramieniu. Następnie zsnunąłem dłoń pod pachwinę i pociągłem chłopa do góry odwracając go w moją stronę i przemówiłem licząc że ten osiłek posłucha.

-Carl nie możemy tam iść, nawet nie wiemy co dokładnie nas atakuje, to czyste samobójstwo.

Następnie puściłem go i dałem chwilę żeby przetrawił moje słowa.
Pomyślał, ochłonął i przemówił:
-Jaki więc masz plan przyjacielu? Tu mamy rodzinę życie czy miłość. Spojrzał na mnie jakby z wyrzutem ale wiedziałem że to jego reakcja na stres.
-Pamiętasz te mapy którymi bawiliśmy się w dzieciństwie? W tamtą stronę jest las zamieszkały przez przyjazne istoty. Odparłem, pokazując na północ
- Stary to tylko bajki, jeśli w tych lasach coś nas czeka to los nie gorszy niż tam na dole. Powiedział wskazując podbródkiem na wioskę.
-Chłopie zostając tutaj dostaniemy żelastwem w brzuch i zostaniemy spaleni na stosie tak jak tamci. Wskazałem palcem na zamieszanie przed wioską. Choć odległość była duża a dym nie ułatwiał nam zadania to oboje dostrzegliśmy co tam się wyprawia. Żołnierze w czarnych pancerzach wyglądających upiornie bo wyglądały jakby zostały zrobione z żył. I ten szczegół było widać nawet z tej odległości jak czarna zbroja jest przeszyta czerwonymi nitkami. I takie istoty najpierw wybudowałby prowizoryczne stosy zbudowanie z grubego pala wbitego w ziemie i obłożonego drewnem oraz sianem. A następnie ciągnęły ocalałych z rzezi w ich stronę. Stosów było trzy, do jednego były już przywiązane cztery osoby, pozostałe dwa stosy pozostawały puste. Jednak te dziwne istoty najpierw podpaliły pierwszy stos i napawały się strachem i cierpieniem ocalałych. Przerzuciłem wzrok z stosu kiedy dostrzegłem że na pierwszy właśnie zapalonym stosie stoi małe dziecko. Spojrzałem w głąb lasu myśląc o tym co nas czeka i o tym jak niewiele mieliśmy a jaka podróż nas czekała. Mój przyjaciel chyba również dostrzegł to co działo się przy wsi, bo odwrócił się w moją stronę i najpierw wzrok miał wbity w ziemie. Następnie przeniósł wzrok na mnie i odezwał się.
-Masz rację, powrót tam nie ma sensu musimy uciekać, prowadź nas bo ja nic nie pamiętam z tych map o których wspomniałeś.
Przemyślałem to co zamierzałem w głąb lasu mieliśmy skromny obóz, jeden słaby myśliwski łuk z którego ja potrafiłem strzelać nawet nieźle ale Carl nie potrafił w ogóle i jeden krótki nóż do patroszenia. Szkoda że strzał mieliśmy niewiele a nóż był tępy, równie dobrze moglibyśmy próbować rozciąć coś kamieniem. Na szczęście ubraliśmy lekkie myśliwskie stroje ze skór, niby dni były ciepłe ale w nocy tylko takie ubranie mogło ochronić nas przez wychłodzeniem organizmu. Szkoda że do spania był jeden koc a prowiant był zaledwie wspomnieniem. Na szczęście mój kumpel zabrał ze sobą bukłak wina tak na rozgrzanie, teraz właśnie to mogło stać się naszym największym sojusznikiem.
-Stary nie mamy prawie nic a jednak przyjdzie nam uciekać ile sił w nogach, wróćmy do obozu, zbierzmy to co mamy. Nabierzmy wody do bukłaku i módlmy się do bogów oto abyśmy znaleźli w tych lasach coś do wrzucenia na ząb. Bo nasze zapasy są przeszłością, nie wspomnę przez kogo ponieważ o ile dobrze pamiętam to ty zjadłeś cały bochenek chleba popijając winem i śmiejąc się że jestem chudy.
Wziąłem głęboki oddech, moje myśli przesycał strach bałem się że nas znajdą i złapią albo że w puszczy dopadnie nas coś gorszego, albo że zwyczajnie skonamy z głodu gdyż nie znajdziemy nic do jedzenia. W spojrzeniu druha zobaczyłem skruchę więc poklepałem go i pokazałem kierunek z którego przyszliśmy. Ruszyliśmy w milczeniu stałym, lecz lekko ospałym krokiem. Ja prowadziłem a on wiernie podążał za mną, no cuż na mnie spadł ciężar dowodzenia co wcale mi się nie uśmiechało. Po kilku minutach takim tempem dotarliśmy do polanie na której leżał nasz dobytek. Nie owijajmy ten koc, łuk, sztylet oraz bukłak to było nic. Ale grunt to napierać w las a nie odwracać się za siebie, to mogła być straż przednia ale to mógł być pełny oddział legionu. Ani jedna ani druga opcja nie była dobra. Regularny oddział być może nie zapuści się do lasu, ale konfrotacja z nim była pewną śmiercią, natomiast zwiadowcy prędzej sprawdzą lasy. Muszę oczyścić umysł, starciem z legionem będę się martwił gdy już nie będzie wyboru. Na razie nie wiemy czy mamy ogon, a byliśmy zbyt daleko by dojrzeć konie czy dokładnie uzbrojenie. W czasie tych moich przemyśleń przebyliśmy kawałek drogi w głąb lasku, mieliśmy iść na północ jednak na razie prowadziłem nas w stronę jeziorka i strumienia. W końcu musieliśmy napełnić bukłak. Kilkanaście minut spaceru i byliśmy na miejscu, wskazałem mu bukłak który miał przy pasku i pokazałem na jeziorko. Nie musiałem tego powtarzać, zrozumiał bo zaczął czyścić bukłak z resztek Wina a następnie napełnił go wodą. W czasie czyszczenia zapytał.
-Ech stary myślisz że ktoś to przeżył?
-Nie widzieliśmy ilu było zabitych, ani nawet ilu spalili, może ktoś zdołał uciec w końcu w wiosce były konie, może ktoś był poza wioską jak my. Ale nie liczyłbym na pomoc z czyjeś strony musimy dojść do Bangerfield. A i do tej osady mamy w cholere drogi i to środkiem lasu.
Odparłem ważąc każde słowo, nie chciałem narobić mu zbędnych nadziei. Nie chciałem też zbytnio wspominać o lesie, o tej ziemi krążyły legendy i mity. Nie wiedzieliśmy wtedy czego się spodziewać i co nas spotka. Może i lepiej bo wtedy na pewno byśmy tam nie weszli.  Było kilka godzin do świtu a my bez snu marszowym krokiem szliśmy wzdłuż potoka który wypływał z jeziora. To był mały nie winny potoczek z którego ciężko było chociażby nabrać wody do naszego bukłaku. Ale z opowieści mojego wuja który był myśliwym zapamiętałem właśnie to że ten potok prowadzi na północ w stronę najpierw Bangerfiled a następnie w stronę Miasta. To była nasza jedyna nadzieja, ponieważ nie wiedzieliśmy co dokładnie najechało wioskę. Carl pewnie nawet nie pamiętał legend mówiących o tych stworach, jednak w mojej głowie zostało trochę matczynych opowieści. Zwłaszcza ten symbol na sztandarze który łopotał nad wioską. Czerwone koło o nieregularnych krawędziach jakby polane krwią na czarnym tle. Symbol opowieści którą straszy się małe dzieci. Nazywano ich legionem potępionych a ich szeregi stanowili rycerze chaosu. Nie wiedziałem dokładnie co oni potrafią, jednak sama nazwa nie zachęcała do bliższego zapoznania. W końcu ich nazwa wzięła się od skażonych chaosem południowych rubieży. Ziemie te co prawda leżały daleko od mojej wioski ale jednak nasza ojczyzna graniczyła z nimi na południu. Według opowieści najazdy tych piekielnych hord ustały po tym jak Król Hardward III wybudował potężny magiczny mur na granicy i obstawił go swymi najlepszymi ludźmi. Ile w tym było prawdy na tamtą chwilę nie było mi dane wiedzieć. Jednak według opowieści hordy chaosu pustoszyły wszystko co graniczyło z rubieżami. Do czasu aż państwa powierzchni nie zebrały się w sobie formując wielką Armię która zepchnęła potępieńców z powrotem do otchłani. Według mitów demoniczni legioniści byli siłą niedozatrzymania na tamte czasy. Nie pamiętałem jak dokładnie mówiła to matka jednak wyniosłem z tych opowieści, że te potwory były piekielnie szybkie, silne i precyzyjne. Ich pancerze okryte zostały legendą że przebić je mogły tylko magiczne ostrza wykute przez mistrzów rzemiosła. W skrócie jak tak to podsumowałem to nie mieliśmy żadnych szans z takim przeciwnikiem czy to w walce bezpośredniej czy w starciu na odległość mój łuk też nie miał szans aby chociaż zarysować zbroje legionisty. O krótkim nożu mojego kompana nawet nie mówiąc, te pokraki prędzej umarłyby od ataku śmiechu jaki dostali by na sam widok takiej „Broni". Czyli konfrontacja oznacza naszą śmierć, wysnułem prosty choć przygnębiający wniosek. Musimy unikać wykrycia inaczej skończymy przekąska z grilla. Te istoty miały wyczulone zmysły, a przynajmniej tak mówiły bajki które kiedyś o nich słyszałem. Że potrafią usłyszeć drobny szmer za ich plecami w odległości kilkudziesięciu metrów. Pamiętałem że podobno mają genialny węch, potrafią wyczuć dym z kilkuset metrów. To nie wróżyło nic dobrego jeśli ci najeźdcy to była straż przednia lub zwiadowcy. Zwłaszcza jeśli mieli konie to byliśmy w bardzo złej sytuacji. Niby mój wujek uczył nas sztuki maskowania się co przydawało się w polowaniu ale szczerze wątpiłem żeby mój przyjaciel coś z tego zapamiętał. Poza tym czy przeciwko demonicznym wojownikom obmalowanie się błotem i sokiem z liści coś by dało? Szczerze wątpiłem żeby taka taktyka miała sens więc szedliśmy. Całą noc podróżowaliśmy wzdłuż strumienia na północ. Kierunek w którym się poruszamy był wyznaczony na szybko według opowieści mego wuja. A plan podróży do najbliższej większej osady w tą stronę przyszedł automatycznie. 

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Dec 05, 2019 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

ArmagedonWhere stories live. Discover now