Haillie mogła wyglądać komicznie z karabinem Winchester 1866, który trzymała w rękach. Złoty chłopiec lśnił w jej dłoniach, a kolba wsparta na ramieniu nie drgnęła nawet o milimetr. Haillie miała metr sześćdziesiąt wzrostu, jędrny biust, zaokrąglone pośladki, z daleka przypominające dwa kurhany, na które mężczyźni chcieliby się wspiąć. Jej rozpuszczone czarne włosy powiewały w przeciągu, a niebieskie oczy lśniły w świetle dnia. Wyglądała jak anioł zesłany przez bóstwa, lecz trzymany karabin nieco wypaczał ten obraz.
Śmieszność tego obrazka zakończyła się, gdy głowa, stojącego na końcu długiej lufy mężczyzny, rozprysnęła się jak dojrzały arbuz zrzucony z dziewiątego piętra na twardy beton. Hailie nie poczuła ani siły odrzutu, ani strachu przed pociągnięciem za spust. Zanim jeszcze słaba chmura dymu zniknęła, ona już pociągnęła dźwignię pod zamkiem w celu przeładowania broni i spojrzała na pozostałych ludzi.
- Jeszcze, kurwa, jeden superbohater się tu znajdzie i wystrzelam was jak pieprzone kaczki nad wodą - zagroziła, mierząc Winchesterem w najbardziej spokojnego, barczystego faceta.
Teraz leżeli wszyscy na podłodze z założonymi na karkach rękoma. Jedna z kobiet szlochała i trzęsła się jak galareta. Nie mogła zapanować nad swoim ciałem, być może z powodu brutalnej śmierci jaką Haillie zadała jedynemu ochroniarzowi w klubie.
Zapewne włączył mu się tryb obrońcy społecznego i zamiast zebrać swoje marne drobne z wypłaty, postanowił spełnić swój zasrany obowiązek i sięgnąć do kabury po swój pistolet gazowy. Dziewczyna zastanawiała się czy był naprawdę tak naiwny, że wystraszy ją tą zabawką i ona porzuci swoją mieniącą się miedzią pukawkę, bo stoi przed nią emerytowany cieć z udawaną giwerą. Ale czas na zastanawianie minął. Goryla już nie było, a z jego twarzy zostały tylko szczątki rozrzucone po całym lokalu.
- Rusz się, skurwielu! - warknął Jonny, celując z Colta King Cobry w głowę barmana opróżniającego kasetkę z pieniędzmi.
Haillie tworzyła parę z Jonnym. Parę kochanków i bandytów. Chłopak uwielbiał adrenalinę jaka towarzyszyła tej całej otoczce napadów, a gdy dziewczyna pociągała za spust niezwykle go to podniecało. Prasa okrzyknęła ich krótko „współcześni Bonnie i Clyde”, ale oni wcale nie wzorowali się na tej dwójce. Czuli, że są lepsi bo żyli w gorszych dla rabusiów czasach.
Jonny co chwilę zerkał na bębenek Colta i na połyskujące w nim naboje. Czuł, że może zdobyć świat z arsenałem który posiadał i z Haillie u boku. Niech te mundurowe skurwysyny spróbują ich namierzyć, śmiał się w myślach.
Gdy barman wreszcie napełnił torbę banknotami, Jonny zrobił mu przejście.
- Wychodź i dołącz do reszty - wskazał na leżących gości i kelnerki. - Nie wiem czy masz tam pod kontuarem jakieś magiczne przyciski, ale po co dla nich tracić głowę.
Barman szybko podbiegł na środek sali, gdzie nad zakładnikami czuwała groźna dziewczyna.
- Teraz ty mała - powiedział chłopak do ukochanej i wskazała leżących.
Dziewczyna ostrożnie podchodziła do każdego i kazała opróżniać kieszenie, następnie skierowała się do stolików i wyciągała zawartości torebek oraz marynarek. Łup musiał być pełny, nie można było odpuszczać nawet jednej monety.
Po chwili stanęła obok Jonnego i zawartość swojej torby włożyła do jego większej. Skinął jej głową i ruszyła w stronę zabarykadowanych drzwi, aby przez szybę wyjrzeć na zewnątrz.
- Dobra, łamagi - rzekł spokojnym głosem chłopak. - Grzecznie teraz wstaniecie i podejdziecie pod ścianę obok baru. Tam skierujecie się do niej przodem, tak aby wasze nosy dotykały jej powierzchni. Chyba nie musze tłumaczyć, że jakakolwiek próba ucieczki skutkuje całkowitą dekapitacją, tyle że głowa posypie się jak klocki lego. Warto więc zachować zdrowy rozsądek i nie prowokować mojej małej złośnicy do pociągnięcia za spust po raz kolejny.
Gdy wszyscy ustawili się we wskazanym miejscu, zerknął w stronę Haillie. Ta, trzymając broń w jednej ręce, opierając ją o swój bark jak kowboj, wskazała mu kciukiem, że przed klubem panuje spokój i mogą się zmywać.
Nie mówiąc już nic, ściągnęli barykadę z drzwi, broń wsunęli do pokrowca od kitary i niczym El Mariachi, wyszli na grzejące słońce. Ich samochód stał przed samymi drzwiami, wiec szybko do niego wsiedli i ruszyli z piskiem opon. Pojazd był skradziony kilka godzin wcześniej i miał ich doprowadzić do kryjówki, w której przesiądą się do właściwego auta.
Jadąc w tamto miejsce, nie zamienili ani słowa. Wytężali słuch, aby sprawdzić, czy władze zostały już zawiadomione, ale nic takiego się nie działo. Po kilkudziesięciu minutach Jonny zjechał w boczną drogę, a następnie w podziemny parking hipermarketu. Dowiedziawszy się wcześniej o braku monitoringu w tym miejscu, pozostawili swój samochód sportowy zaparkowany pomiędzy innymi pojazdami. Znaleźli właściwe miejsce i zrobili szybką przesiadkę, nie dbając o zabezpieczenie skradzionego środka transportu.
Gdy wyjechali na główną ulicę, wiedząc, że przez jakiś czas są w miarę bezpieczni, Haillie zaśmiała się głośno.
- To było proste - rzekła, podciągając kolana pod brodę na miejscu pasażera. - Szkoda tylko tego ciecia.
Jonny się uśmiechnął.
- Fajnie wyszło.
Zerknęła na niego, gdy udawał skupienie za kierownicą.
- Podobało ci się? - spytała, łapiąc go za krocze i ściskając kilkukrotnie. - Stanął ci, gdy go załatwiłam?
Chłopak się wyprostował, wrażliwy na jej dotyk i wspomnienie z akcji.
- Przecież wiesz.
- Wiem doskonale - przyznała. - A teraz w nagrodę za dobrą zabawę dowieź mnie do domu, a ja dam ci trochę odprężenia.
I rozpięła jego zamek oraz guzik od spodni.
- Mam ochotę na twardego kutasa, więc cieszę się, że jesteś przygotowany na moje zachcianki - dodała, po czym wzięła go do wilgotnym i stęsknionych ust.
