myślę, że nigdy nie żyłem w świecie, beż chociażby cienia strachu. nie ma decyzji, która pomogłaby mi w dalszej drodze. jestem wiecznie albo zatruty, albo zatruwający. dopada mnie ogromny lęk i stres związany z niszczeniem swojego terenu. wyrzekam się dóbr, ale nie szukam prawdy. doszedłem naprawdę tak daleko, że nie jestem pewien, czy oczy nie kłamią, a serce nie bije. próbuję coś zmieniać z nadzieją na powodzenie, a chwilę później pojawiają się mroczki i budzę się w płonącym mieście. nie pozostawiam w ludziach ani odrobiny dobra. zjem wszystko, czego dotknę.
mogę tak uciekać od porażek, mogę kilka dni ustąpić miejsca odruchom wymiotnych. Albo w końcu wykończę siebie, albo kolejne osoby. ile jeszcze będę musiał wybierać, czy tracę część siebie czy cudzych zmagań? jak bardzo żenuje mnie widok siebie jako pokornego rycerza, kiedy karzę się komuś odpierdolić. to jest strasznie dziecinne, ale naprawdę tak jest lepiej. życie z każdym następnym dniem pokazuje mi, jak bardzo się nie nadaję.
i w końcu odepchnę każdą kolejną osobę, przeboleję i pójdę dalej. to jest arcybolesne, mogę przysiąc ze za każdym razem słyszę jak łamie się moje serce, ale zwykle to ten moment, w którym zdaję sobie sprawę, że nie dam rady. puszczam, bo nie mam tyle serca, by spadać.
i bardzo często zdarza mi się pytać, co ktokolwiek zrobiłby w mojej sytuacji. odpowiedzialność za zniszczenie czegokolwiek, jest tak mocarna, że nie wyobrażam sobie tak bez zastanowienia czegokolwiek zrobić. nie wiń mnie.
mnie też ktoś kiedyś zniszczył.
