Gdy się budzę, czując na swojej twarzy ciepło promieni słońca wpadających przez okno do mojego pokoju, cała rodzina jest już na nogach. Słyszę ich kroki roznoszące się po domu. Niechętnie przewracam się na bok w poszukiwaniu telefonu, by sprawdzić która godzina. Podpieram się na łokciu i podnoszę leniwie, ociężałą jeszcze głowę. Jest już prawie południe. Wlokę moje nogi po pościeli i w końcu ściągam je na podłogę. W pierwszej chwili dotykam zimnej podłogi, co szybkim ruchem poprawiam, wciągając stopy w kapcie. Wstając, widzę na szafce kota mojego ojca. Nie wiedzieć czemu upodobał sobie to miejsce na drzemki. Pomimo że mnie samego nienawidzi z całego serca. Może dlatego, że gdy do nas przyszedł, chciałem wynieść go na pole. Musiał podświadomie zakodować sobie, że nie jestem do niego przychylnie nastawiony. Od tamtego dnia do wszystkich się łasi poza mną. Ja mogę liczyć co najwyżej na ostre syczenie. On też nie ma co liczyć na czułości z mojej strony. Czasami uda mi się tego pchlarza ułagodzić kawałkiem mięsa, ale w nagrodę przestaje jedynie mnie drapać na chwile. To czysta wymiana. Jest jedzenie, nie ma drapania. Nie ma jedzenia, jest drapanie. Siedząc na skraju łózka, powoli się ubieram. Jasne jeansowe spodnie, które są dość luźne dobrze leża na mnie. Jako dopełnienie zakładam białą koszulkę i jeansową niebieską kamizelkę. Na stopach jednak zostają nadal same kapcie. Nie ma ochoty męczyć ich dodatkowym ubraniem. Nadal odczuwam skutki wczorajszych wyczynów. Cały dzień biegałem po opuszczonych ruinach. Moje nogi chcą odpoczywać, ale ciało chce ruchu. Rozglądam się lekko po pokoju. Zawieszam wzrok na kalendarzu. Przypominam sobie, co dziś jest. No przecież, moje urodziny. Prawdopodobnie tylko dlatego nikt nie wywlókł mnie z łóżka siłą. Nabieram większej ochoty, by wyjść szybko z pokoju. Podpieram się o szafkę nocną i szybkim ruchem wstaje. Idę prosto do drzwi. Już po przejściu kilku metrów moja mama wita mnie i sugestywnie doradza mi wyjście z domu. Najprawdopodobniej chce przygotować dla mnie niespodziankę. Korzystam z okazji i wychodzę, by przejść się po parku. Ludzie jak zwykle wesoło się tam bawią. Pogoda dopisuje, wiec dzieciaki również wyszły pobiegać. Słońce pięknie prześwitywało przez szpary między liśćmi drzew. Choć było ich już nie tak wiele, a pozostałe zmieniały już powoli kolory, dawało to piękny efekt. Jak na dość późną porę roku kwiaty nadal kwitły, a ptaki, które jeszcze pozostały ładnie śpiewały poranną pieśń. Czas mija szybko, ale nie potrzeba wiele aby głód dał się we znaki. Gdy wracam, pogoda zmienia się diametralnie. Nie dziwi mnie to, przecież taka pora roku. Zmiany pogody to coś normalnego. Jednakże potężny wiatr wijący znikąd nie był już, na tyle zrozumiałyby nie wzbudzać moich podejrzeń. Przyspieszam kroku, stawiając ciężko stopy, jedna za drugą. Choć przeciwstawienie się żywiołowi nie jest łatwe, muszę dojść do domu. Nie ma innej opcji. Dziwne jest to, że ilekroć się obracam, nie widzę wokoło nikogo. Pomimo że jeszcze przed chwilą była tu masa ludzi. Po nierównej walce w końcu dochodzę do domu. Wicher skutecznie uniemożliwia mi otwarcie drzwi, jednak i to po chwili się udaje. Zatrzaskuje na sobą drzwi i idę w głąb domu. Słychać jedynie łomot powodowany uderzeniami fal powietrza o dach oraz ściany. Prąd nie działa, o czym przekonałem się, próbując zapalić światło w głównym pokoju. Na stole stoi srebrny karton z małym listem na wierzchu. Podchodzę do niego, uważając na okna. Nie jestem sam pewny czy wiatr nie wyrwie okiennic i nie rozbije szyb. Otwierając list, zauważam krótką notkę od matki.
„Wszystkiego najlepszego synku z okazji 18 urodzin. Musieliśmy na chwilę wyjść, ale jesteś już dorosły, wiec poradzisz sobie chwile beze mnie. Masz na stoliku trochę ciasta. Upiekliśmy specjalnie dla ciebie. Smacznego"
Po przeczytaniu uśmiech wraca na moją twarz, po tym, jak zniknął przy zmaganiach na zewnątrz. Otwieram karton, a moim oczom ukazuje się mały torcik czekoladowy. Nie czekając długo, biorę nóż i oddzielam sobie kawałek. Choć wiem, że jest cały dla mnie, nie mogę zjeść całego na raz. Skończyłoby się to niezbyt dobrze dla mojego żołądka oraz zębów. Siadam spokojnie przy stole i konsumuje torcik lepszy niż każdy inny ze sklepu, a to przez dodatek jednego składnika. Najważniejszym składnikiem, albowiem w cukiernictwie jest uczucie, a ten wypiek został przygotowany specjalnie dla mnie z miłością. Przepyszna uczta nie mogła jednak trwać wiecznie. Moją uwagę nagle przykuwa mocny huk na poddaszu. Brzmiało to, jakby coś wielkiego uderzyło w dach. Nie czekając ani chwili biegnę, by to sprawdzić. Pospiesznie wspinałem się po schodach, oświetlając sobie drogę latarką z telefonu. Drzwi prowadzące na poddasze zawsze otwierały się ciężko przez stare zawiasy, a w taką pogodę nie chcą nawet się ruszyć. Prawdopodobnie załapały wilgoci i zaklinowały się na amen. Pcham je z całych sił, lecz one otwierają się jedynie w małym stopniu, lecz nie zerowym. Otwieranie zwyczajnych drzwi zmieniło się w ciężką pracę, które jednak przyniosła zamierzony efekt. Drzwi stoją przede mną otworem. Przechodzę parę kroków w ciemności, gdyż telefon musiałem schować do kieszeni, by wykorzystać siłę obojga rąk. Wyjmuje go, jednak po tym, jak prawie przewracam się o kartony zalegające tam dziesiątkami, jak nie setkami. Rodzice zawsze lubili wszystko zostawiać na potem. Chyba to po ich odziedziczyłem, bo nie potrafię wyrzucić żadnej rzeczy, która kiedyś może się przydać. Tak to już było, że chowali tu wszystko. Począwszy od starych metalowych garnków, poprzez albumy ze zdjęciami i ubraniami kończąc na starych książkach i biżuterii. Nie wspominając już o stercie kartonów z kablami wszelkiej maści. Bo przecież „kiedyś się może przydać". Także można tu było znaleźć dosłownie wszystko. Prawdziwy raj da złodzieja. Krocze dalej przez sterty rupieci oświetlając co rusz miejsce, w którym chcę postawić kolejny krok. Zatrzymuję się co kilka metrów i patrze sukcesywnie na dach czy nie ma w promieniu widoku żadnych uszkodzeń. Moje przypuszczenia jednak się sprawdzają. Tuz przy końcu poddasza pojawił się otwór w kształcie koła o średnicy, na oko 30 centymetrów. Poszukuję rzeczy, która mogła wyrządzić tę szkodę, lecz nic nie znalazłem. Doraźnie postanawiam przybić kawałek wzmacnianej folii. Po dokończeniu tak prowizorycznych napraw w mojej głowie pojawia się pomysł by jednak, pomimo tego, że jest środek dnia to przespać tę zawieruchę. I tak na zewnątrz jest ciemno, w dodatku zbliża się burza. Lepszego wyjścia nie widzę. Już mniej pospiesznie wychodzę i zamykam drzwi, które o dziwo w tę stronę działają już wyśmienicie. Natomiast schody zaczęły skrzypieć. Każdy krok był wyraźnie słyszalny oraz potęgowany był tym iż pod schodami znajduje się schowek na miotły. Skutecznie powodował on roznoszenie się dźwięków po domu. Zastanawia mnie jedynie, gdzie dziś wszyscy musieli wyjść. Rozumiem ważne sprawy, ale żeby nie poinformować mnie choć trochę wcześniej? Dziwna sprawa- myślę, siadając w salonie na kanapie. -Dlaczego musiał paść prąd akurat teraz...- powiedziałem do siebie, układając się wygodnie. Brzuch wypełniony wspaniałym torcikiem oraz półmrok panujący wokoło wspomagał mnie w dokonaniu planu. Nie wiem, nawet kiedy zasnąłem.
YOU ARE READING
Brzask
FantasyPodczas wydarzeń sprzed kilkuset lat, dwa kompletnie różne światy połączyły się w jeden. Na ludzi spadła klątwa przez co na długo czas zniknęli z ziemi. W zamian na naszej planecie pojawiła się magia, ale również "cienie", demoniczne postacie z inne...
