Letnia noc, kieliszek wina w dłoni i setki ogni rozświetlających niebo. Madame de Montespan stała na wzgórzu z wysoko uniesioną głową, w skrytości podziwiając feerię barw, która sprawiała, że nad Wersalem było jasno niczym za dnia. Musiała w duchu przyznać, że widowisko wypadło naprawdę niezwykle. Podobnie zresztą jak każde większe wydarzenie w pałacu.
Jednak to konkretne przyjęcie miało dla kobiety szczególne znaczenie. Zdawałoby się, że de Montespan czekała na tę właśnie chwilę przez całe życie, a teraz nareszcie jej najskrytsze marzenia mogły się ziścić.
Ukradkiem spojrzała na Ludwika, a ich oczy na moment się spotkały. Król uśmiechnął się do niej znad kieliszka i skinął głową, jakby dziękując kobiecie za wszystko, co dla niego zrobiła. De Montespan odpowiedziała mu bladym półuśmiechem. Bolała ją głowa, a oczy kleiły się do snu, ale mimo, zmęczenia, kobieta była naprawdę szczęśliwa. Chyba pierwszy raz od wielu tygodni. Wreszcie miała zdobyć to, co od dawna jej się należało.
Wszechobecne światła, delikatny wiatr muskający jej odsłonięte ramiona i uśmiech króla, który stanowił obietnicę czegoś więcej. Markiza poczuła przyjemny dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa i szybko odwróciła wzrok, żeby Ludwik nie dostrzegł w jej oczach zbyt wielu emocji.
Maska. Tak, musiała odegrać swą rolę do samego końca. Zbyt wiele już zrobiła. Zbyt daleko zaszła. Teraz w jej działaniu nie było miejsca na jakiekolwiek błąd.
Ponownie spojrzała w górę, z mocno bijącym sercem obserwując kolorowe wybuchy. Przy każdym kolejnym niebo na moment płonęło, by zaraz potem przygasnąć, na powrót zatapiając się w ciemności.
Ta noc pod każdym względem pełna jest ognia (2), pomyślała de Montespan, sącząc powoli czerwone wino.
Ludzie wokół niej głośno klaskali i rozmawiali z ożywieniem, lecz ona zdawała się nie zwracać na nich uwagi. Myśli markizy wciąż krążyły wokół króla. Nie mogła uwierzyć, że otrzymała od losu tak wielką szansę. Teraz przestała obawiać się tego, co przyniesie jej przyszłość. Tego wieczoru wszystko miało dla niej smak zwycięstwa.
Prawie wszystko.
— A ty gdzie się podziewałaś, moja fiszko (3)? — Usłyszała tuż przy swoim uchu i zamarła. Nagle cały czar chwili prysł niczym mydlana bańka.
— Czego chcesz? — Jej głos zabrzmiał słabiej, niż tego pragnęła. Prawda była taka, że przy Casselu na powrót stawała się dwunastoletnią, przerażoną dziewczynką, której siłą odebrano dzieciństwo. Czuła się bezradna.
— Szukałem cię przez cały wieczór, fiszko, ale ty chyba wolałaś mnie unikać. — Głos mężczyzny przepełniała ukryta kpina. Aż zadrżała z obrzydzenia. — Dawno się nie widzieliśmy, a przecież minęło tyle czasu… Nie uważasz, że powinniśmy nadrobić stracone lata?
Nie, nie mogła tego dłużej znosić. Ten cichy głos, przywołujący najgorsze wspomnienia. Te dłonie błąkające się po jej ciele.
Odwróciła się gwałtownie i uderzyła Cassela w twarz. Oszołomiony mężczyzna odsunął się od niej, a ona wykorzystała ten moment, żeby uciec. Tylko tyle potrafiła zrobić. Przerażenie odebrało jej zdrowy rozsądek, a słowa diuka pozbawiły resztek dumy.
Pod powiekami czuła palące łzy, ale nie pozwoliła im spłynąć po policzkach. Nie będziesz płakać, Athénaïs — powtarzała w myślach jak mantrę, biegnąc przez pałacowe ogrody. Serce trzepotało jej w piersi tak, jakby miało zaraz z niej wyskoczyć.
Czuła na sobie spojrzenia pozostałych gości pełne zdziwienia i niepokoju. Nie tak powinna zachowywać się królewska dama dworu (4).
Jutro będę na językach wszystkich pałacowych plotkarzy, przemknęło jej przez myśl, ale teraz to nie miało dla niej większego znaczenia. Chciała tylko uciec, by znaleźć się jak najdalej od tego potwora, Cassela.
YOU ARE READING
Blade Cyklameny || ff
Fanfiction„Letnia noc, kieliszek wina w dłoni i setki ogni rozświetlających niebo. Madame de Montespan stała na wzgórzu z wysoko uniesioną głową, w skrytości podziwiając feerię barw, która sprawiała, że nad Wersalem było jasno niczym za dnia. [...] Ludzie wok...
