Złoty piach

33 3 0
                                        


Otworzył oczy. Przetarł obolałe ramiona i wzdrygnął się z zimna. Plusk wody. Mrok osnuwał woalem wszystko, włącznie z jego ciałem. A może już nie było żadnego ciała? Było chłodno, a jedynym potwierdzeniem na istnienie jego cielesności był nieprzyjemny ucisk twardego podłoża pod plecami. Mimo to nie chciał wstawać. Nie pamiętał co się stało. Czuł dziwną potrzebę, żeby zespolić się z otaczającym go mrokiem i zniknąć na wieki w ciemności. 

Ale wtedy coś zajaśniało.

Jedno słowo. Imię.

 Patroklos.

Poderwał się, trzęsąc łodzią.

 - Gdzie on jest? - Nie mówił do nikogo konkretne, ale otrzymał odpowiedź.

 - Zazwyczaj pytają „Gdzie ja jestem?". - To był szorstki, jakby oszroniony głos, dobywający się gdzieś zza jego pleców.

 - Patroklos. Gdzie jest?

 - Zaraz będziemy.

Złotowłosa dusza uczepiła się jednego z brzegów ciemnej łodzi. Gdzieś tam w oddali majaczyła wyspa, jakby promieniejąca blaskiem złota ofiarnego. Achilles zagryzł wargi, zaciskając pięść na tunice, w miejscu gdzie niby przed sekundą trafiła śmiercionośna strzała. Jak modlitwę do odległych bogów powtarzał jedno słowo.

Zanim łódź przybiła do brzegu, on już zdążył wskoczyć do lodowatej wody.

Przewoźnik nie wołał za nim. Smukły cień na czarnej barce odpłynął w miejsce, gdzie go potrzebują.

Złotowłosy wpław odgarniał cienistą wodę. Kości kamieniały przy każdym ruchu, ciągnąć w dół, jakby naprawdę były materialne. Kleista, ssąca woda zalewała jego twarz i wypełniała pory, wnikając do nibyciała. 

Patrokolos. 

W miarę jak złoty brzeg zbliżał się, w Achillesie rosło napięcie. Szczęście. Niepewność. Teraz szedł w wodzie po kolana. Po kostki. Palce zagrzebały się w złotym piasku plaży. Każda drobina przypominała pokruszone złoto. Ani jego szata, ani złote włosy nie namiękły wodą. Był suchy jakby dopiero co wyszedł z łodzi. Różowe pięty jeszcze raz wzbijały piach w powietrze. Pędził w stronę, z której światło biło najżywiej. Brama. Otwarta brama. On tam jest. Musi być.

 Patroklos.

Przekroczył bramę. Przed nim rozciągało się miasto. Niewysokie budynki wzdłuż schludnych ulic, wykładanych wyślizganymi kamieniami. Przed świątyniami stały płonące trójnogi, a o monumentalne kolumny opierali się roześmiani ludzie w greckich chitonach.

Kobieta o kruczych włosach, spływających kaskadami na ramiona przeszła obok niego z partnerem o śniadej skórze pod rękę. Popijali wino ze złotych kubków zdobionych na modłę rogów obfitości.

„Witamy w Elizjum!"

Jego serce rosło. Rosło i napełniało się złotem i blaskiem. Zaraz. Zaraz znowu go zobaczy. Znowu go obejmie. Wtuli się w jego pierś. Już zaraz. Już za chwilkę.

 Patroklos.

Podszedł do najbliższego przechodnia

„Znasz Patroklosa?!" Wzruszenie ramion i ciepły uścisk na ramieniu. Podbiegł do męża na środku skweru, który mógł być żołnierzem. Nic. Kobieta o złotych włosach. Nic. Starszy człowiek o twarzy filozofa. Nic. Delektujący się owocami chłopak o ciemnej skórze. Nic.

Krzyczał. Krzyczał to imię.

 Patroklos.

 Zmieszane miny. Zatroskane wyrazy twarzy. Puste zapewnienia, że na pewno niedługo i on tu trafi. Nikt nie potrafił pomóc. Upadł na kolana na samym środku placu. Rozgrzaną skórę zmoczyła łza, spływając do kącika ust i znacząc język gorzkością soli.

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: May 19, 2019 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

Sto złotych urn.Stories to obsess over. Discover now