Astralna mknęła cicho przez brudno-szare niebo, gładko wymijając skały unoszące się tu i ówdzie w powietrzu. Thyon Nero stał w ogrodzie i zastanawiał się, czy kiedykolwiek przestaną zadziwiać go tego typu rzeczy. Ich statek właśnie okrążał ogromny głaz, który zawisł jak gdyby nigdy nic wśród szarawej mgły otulającej cały ten świat. Po raz kolejny przez myśl przeszło mu pytanie, jak Lazlo to robi, że steruje tym potężnym, metalowym orłem bez najmniejszego wysiłku. Nie musiał nawet wychodzić z pokoju, statek po prostu płynął, jakby miał własną świadomość.
Od opuszczenia Zeru minęło już kilka tygodni, może nawet miesięcy, czas dłużył się tutaj niemiłosiernie. Wyruszając w drogę cała załoga sądziła, że będą przeżywać niesamowite przygody i ratować po drodze zagubione boskie dzieci. Przemierzyli jednak już dwa światy i nie spotkali żywej duszy. Nie licząc stworów w krwistoczerwonych wodach i roju owadów, przed którymi musieli zamknąć się w głębi Astralnej na calutki tydzień. Teraz mozolnie zbliżali się do kolejnego przejścia, podziwiając najbardziej ponury krajobraz, jaki kiedykolwiek mieli szansę oglądać.
Thyon nadal czuł się wśród nowych przyjaciół jak intruz, chociaż przyjęli go do siebie z otwartymi ramionami i tylko Calixte czasami jeszcze robiła użytek ze swojego ciętego języka. Nie tak łatwo złotemu chrześniakowi było odnaleźć się w nowej sytuacji, dlatego wychodził do ogrodu kiedy tylko miał okazję pobyć sam, co nieczęsto się zdarzało, ponieważ Jaskółka spędzała tu prawie każdą wolną chwilę.
Nie chodziło o to, że lubił być sam. Wbrew pozorom Thyon nie był typem samotnika, ale przez całe swoje poprzednie życie odtrącał od siebie ludzi i skupiał się jedynie na pracy. Na pracy i na sobie. Co prawda od tamtej pory bardzo się zmienił, ale ciężko porzucić stare przyzwyczajenia.
Westchnął i z jego ust wyleciał obłoczek pary. Kraina, którą teraz przemierzali była mroźna i nieprzyjazna. Thyon miał na sobie jeden z grubych płaszczy, które Suheyla naprędce uszyła dla niego i pozostałych z kilku warstw tkaniny. W Szlochu nigdy nie było zimy, nie zabrali ze sobą ciepłych ubrań. Jakoś zupełnie o tym nie pomyśleli. Thyon uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie zadowoloną minę Ruby, która wreszcie dostała godne zadanie. Tylko dzięki niej jeszcze nie poumierali z zimna i mogli uratować większość plonów. Lazlo też się spisał, uformował z mesartjum coś na kształt szklarni, która objęła wszystkie grządki warzywne, sad i sporą część kwiatów Jaskółki. Jednak na nic by się to nie zdało, gdyby Ruby nie ogrzewała ziemi i powietrza wewnątrz szklarni.
Nero przystanął na niedużym skrawku ziemi, który Lazlo zostawił poza ochroną, pod nogami trzeszczała zmarznięta trawa, a obok niego stało samotne drzewko ogołocone z liści. Ze środka Artralnej usłyszał śmiech, pomyślał, że to może Tzara opowiedziała coś zabawnego Calixte, lub Ruza rzucił jedną ze swoich komicznych uwag.
Ruza.
Na samą myśl o przyjacielu zrobiło mu się cieplej.
Ten chłopak wyzwalał w Thyonie uczucia, których sam się po sobie nie spodziewał. To Ruza jako pierwszy wyciągnął do niego dłoń, kiedy Lazlo odleciał na metalowej bestii w stronę cytadeli, a wszyscy mieszkańcy opuścili miasto. To on dostrzegł jego wewnętrzną przemianę i zaprosił go do swojego życia. Thyon był mu wdzięczny. Jeszcze nigdy nikogo nie darzył przyjaźnią, nawet Lazla, którego przecież Nero znał o wiele dłużej. Ruza był pierwszy.
Thyon przestąpił z nogi na nogę i opatulił się ciaśniej płaszczem. Ruza był mu bliski, to fakt, ale Nero w jego towarzystwie nie czuł się do końca swobodnie. Jednocześnie chciał z nim przebywać i nie chciał. Kiedy długo go nie widział, pragnął jak najszybciej się z nim spotkać, a kiedy z nim rozmawiał, miał ochotę uciec, bo nie wiedział jak ma się zachować. Sam nie rozumiał dlaczego tak się dzieje.
ESTÁS LEYENDO
Złoty chłopiec
FanfictionDwóch chłopców, tak bardzo od siebie różnych, których połączyła przyjaźń i żądza przygód. Dwóch mężczyzn, którym przyjdzie się zmagać z własnymi lękami i pragnieniami. To opowieść o zaufaniu, poświęceniu, ale przede wszystkim o miłości. Czy zło...
