Część 1. Bonifacy.

100 1 0
                                        


BONIFACY

Bonifacy szeroko ziewnął i dopił resztkę przestygłej kawy, bez większego zainteresowania wyglądając przez okno. Znowu sypie – skrzywił się. Dwudziesta dwadzieścia jeden... Samotny, styczniowy wieczór ciągnął mu się, niczym zalana pomidorowym sosem, niesmacznie przegotowana nitka spaghetti. Wiedział, że powinien dokończyć przeglądanie zawalających jego gabinet, starych kartonów z najprzeróżniejszymi szpargałami, które pobieżnie rozbebeszył jeszcze w listopadzie, jednak nie potrafił skutecznie się zmotywować do ostatecznego rozprawienia się z otaczającym go bajzlem. Podejrzewał, że główny problem stanowiły rzeczy Kingi – w kartonach było mnóstwo pamiątek z ich wspólnej przeszłości, których Bonifacy z całą pewnością nie miał ochoty oglądać. Chętnie by za to coś napisał – od kilku dni obmyślał wstępny zarys na wpół autobiograficznej, dziejącej się w jego najbliższym otoczeniu powieści. Obecnie dysponował jedynie naprędce skleconym, zapisanym ręcznie na wyrwanych z pożółkłego zeszytu kartkach konspektem, jednak w głowie dość klarownie układały mu się już najważniejsze sceny, dialogi i wydarzenia. Nie myślał jeszcze o wydawcy. Nie zastanawiał się, czy w ogóle uda mu się to kiedyś wydać. Kasy też jakoś szczególnie nie potrzebował – w końcu, jak piał sfrustrowany głos narodu, lekarze i tak zarabiają zbyt wiele... Po prostu od zawsze lubił pisać, sprawiało mu to niekłamaną frajdę.

Do pracy zabrał się kwadrans później. Długie, zimowe wieczory rodziły pustkę, oddanie się ulubionemu hobby mogło ją zapełnić równie skutecznie, co niechlujnie upchane do zlewu kawałki marchewki, które nagminnie zostawiała w odpływie jego była żona. No i proszę – skrzywił się Bonifacy. O czymkolwiek by nie pomyślał, Kinga wyskakiwała, niczym przysłowiowy diabeł z pudełka... Odpalając swojego wysłużonego Fujitsu Siemensa przypomniał sobie przeciągającą się co rano w pościeli byłą żonę, żeby zaraz później wzdrygnąć się na wspomnienie ich niedawnej, rozwodowej batalii. Zdzira! A może nie powinien tak o niej myśleć? Była w końcu niedoszłą matką jego wymarzonego syna, kobietą której ciało znał w każdym szczególe i powiernicą jego nudnawych problemów, z których kiedyś tak lubił jej się zwierzać. Przynajmniej do dnia, w którym nazwała go frajerem. Najgorsze, że chyba wciąż ją kochał, co wydawało mu się szczególnie żałosne. Skrajna patologia emocjonalna – mówiąc w trzech słowach... Ponownie ziewnął, wpatrując się w ekran swojego notebooka, zupełnie jakby chciał go ponaglić. Laptop – powolny niczym reumatyczny żółw na starcie ulicznego maratonu, rozgrzewał się chyba z pięć minut. Bonifacy zdążył zaparzyć sobie zielonej herbaty, kolejny raz zerknąć przez okno i wygrzebać z szafy górę od szarego dresu, w której było mu zdecydowanie cieplej, niż w kraciastej, flanelowej koszuli. Przebrał się szybko i z zapałem początkującego grafomana zasiadł przed komputerem.

„Rozdział pierwszy" – walnął czcionką całkiem pokaźnych rozmiarów, jednak wena kapryśną jest panią, bo opuściła go niemal w tym samym momencie, w którym nieco serdelkowate palce pisarza - amatora zawisły nad klawiaturą. Jak zacząć? Przedstawić się? Napisać coś o pracy? Ale czy znajdą się chętni na czytanie o codziennym życiu szpitala? W końcu nie pracował w chicagowskiej izbie przyjęć, żeby udało mu się stworzyć coś na kształt nowej wersji „ER". Zresztą rodzimą Leśną Górę też już mamy z tymi jej wszystkimi doktor Zosiami i całą tą przerysowaną sielanką... Dobra, zacznie od początku – zdecydował, drapiąc się po łysinie. Nazywam się Bonifacy Wyczesany – napisał, od razu krzywiąc się na widok swojego imienia i nazwiska. Może profesjonalnie powinien dodać „doktor nauk medycznych"? – zastanawiał się przez chwilę. W końcu bądź, co bądź, od niedawna był to oficjalnie mu przysługujący tytuł, okupiony odnowieniem się wrzodów, rozwodem z Kingą i konfliktem ze szpitalnym kolegą, obecnie jego wrogiem numer jeden.

Ziewnął, uważnie przyglądając się zapisanemu czcionką numer jedenaście, własnemu imieniu i nazwisku. Bonifacy, cholera! Równie dobrze mogli go nazwać Filemon, na cześć drugiego bohatera znanego kiedyś szeroko, animowanego kociego duetu. Na pociechę pozostawał mu jedynie fakt, że matka chciała go ochrzcić Izydor, po swoim nieodżałowanej pamięci dziadku, a babka z kolei marzyła o Rudolfie, na cześć boskiego Valentino. Więc gdyby się tak zastanowić, ten Bonifacy nie był aż takim dramatem. Tym bardziej, że w pracy nazywali go Bono. Nie, żeby w jakikolwiek sposób przypominał wokalistę U2, aż tak przystojny nie był. Jednak brzmiało to w miarę. Gorzej z tym Wyczesanym... Zważywszy, że jeszcze przed trzydziestką niemal całkiem wyłysiał, trąciło mu to grubą ironią – westchnął, dopijając herbatę. Więc nazywam się... Szlag, ja chyba jednak nie potrafię pisać! – pomyślał, z furią zrywając się zza biurka. Bo właściwie skąd mu się w ogóle do głowy przyplątał pomysł, żeby cokolwiek napisać? Przypomniał sobie swoją ponętną niegdyś polonistkę? Pisze niegdyś, bo ostatnio widział ją na mieście. Wiedział przecież – nie ma brzydkich kobiet, ale skrajnie otyłe już chyba bywają? Nieszczęśnicy przytyło się jakieś pięćdziesiąt kilo. Bonifacy był raczej z tych nielicznych obecnie mężczyzn doceniających kobiece krągłości, ale babka o wymiarach pokaźnego zawodnika sumo raczej nie przejdzie... A wracając do meritum – gibka niegdyś, jak trzcina, profesor Kocimiętka zawsze twierdziła, że pióro ma lekkie, a poczucie humoru czarne. Więc może jednak coś z tego będzie? – pomyślał Wyczesany, od nowa biorąc się za pisanie. Zdecydował, że spisywanie swoich sowicie okraszonych anegdotkami z życia szpitala wspomnień zacznie od Sylwestra. Biorąc pod uwagę, że był kilka dni wcześniej, przynajmniej nie będzie miał problemów z pamięcią – ucieszył się, tłumiąc ziewanie.

FrustraciStories to obsess over. Discover now