Sprawnie zatrzasnęłam śnieżnobiałe drzwi szatni, oddzielając się od zaduchu panującego w środku. Pozwoliłam sobie na długie ziewnięcie, a następnie zmęczonym krokiem pokonałam krótki dystans. Kładąc dłonie na zimnej tafli, wydałam z siebie cichy pomruk. Z przyjemnością chłonąc chłód oszklonej powierzchni, oparłam o nią również czoło. Powieki opadały ciężej niż zazwyczaj, nawet po dwóch kawach wypitych z rana. Od zaśnięcia na stojąco dzielił mnie tylko gmach panujący w holu, w postaci pisków, wiwatów oraz innych niezdetyfikowanych głośnych dźwięków, których nie umiałam zaliczyć do żadnej kategorii.
Dwójka dzieciaków z wnętrza hali wbijała swoje wścibskie spojrzenia wprost w moją twarz przyciśniętą do ściany, zapewne wyglądającą przekomicznie. Odklejając policzek od szyby posłałam im środkowego palca. W duchu zaklnęłam na przezroczyste gówno, którym obłożony był praktycznie każdy korytarz. Jaki czub postanowił wyłożyć przezroczystymi płytami imitującymi szkło cały, pieprzony budynek, odbierając osobom przebywającym w środku jakąkolwiek prywatność?!
Tani architekci równa się wiejscy architekci, wiejscy architekci równa się wiejska szkoła, a wiejska szkoła równa się nasza szkoła.
O, tak. Zdecydowanie.
Miejsce, dzięki pomysłowości twórcy wygląda jak tandetny, szklany zamek. Brakuje tylko słodkiej księżniczki w opałach i księcia na białym rumaku.
Nie, wróć.
Księżniczkę też mamy, tylko niestety potencjalny książę sprawia wrażenie niedorobionego, a po za tym, zajął się drugą, co do hierarchii szkolnej niewiastą. Valeria wprawdzie nie mogła się pochwalić tak dużym obciążeniem klatki piersiowej jak Scarlett, a mimo to, bez problemu zgarnęła spod nosa przyjaciółki wymarzonego chłopaka. Nawet mogłabym uwierzyć w fakt, że dziewczyna miała w sobie coś wyjątkowego, gdybym nie znała Ritchey'a. W każdym razie, naprawdę wydawali się być udaną i szczęśliwą parą.
O dziwo, Scarlett również wybaczyła przyjaciółce bez większych ekscesów.
Tylko pozazdrościć.
Szkoda tylko, że przyszpiliła się do kolejnego fagasa, tym razem moim kosztem.
Ów dziewczyna okupowała właśnie boisko, więc korzystając z transparentności tworzywa, podziwiałam wnętrze sali sportowej, a tym samym, śliczną Scarlett Gonzales robiącą przysiady. Z zapatrzonych w nią znajomych, którzy najwyraźniej odpuścili sobie rozgrzewkę na rzecz przyglądania się krągłościom brunetki, wyłapuję Bruce'a. Chłopak zaaferowany czarnowłosą, widocznie chwilowo zapomniał, że ma dziewczynę. Palant.
Mówiłam coś o jego szczęśliwym związku z Valerią?
Zacznijmy od tego, że bycie szczęśliwym u boku największego chuja w szkole, ba, w okolicy, graniczy z cudem. Po drugie, kto normalny, będąc tak ważną częścią społeczności brnie w związek z kimś takim? Moim skromnym zdaniem Ritchey zachowywał się jak wrzód utrudniający wszystko, co tylko możliwe. Jeśli kiedykolwiek ktoś wywołał dramę w ociekającej nudą Hentown School to był to nikt inny niż Bruce Ritchey.
Pisk tłumu wyrywający mnie z zamyślenia, tworzył echo w czaszce, na co i ja lekko pisnęłam. Pulsująca głowa dawała o sobie znać wraz z kolejnymi odgłosami, powodując nadwrażliwość na wrzaski, niemiłosiernie drażniące słuch. Cholerne przygotowania do turnieju.
Chcąc nie chcąc, wydarzenie pochłonęło większość uczniów, zarażając ich niesamowicie wesołą atmosferą panującą dookoła. Stojąc obok zebranych pod halą osób, starannie pilnowałam, by ich entuzjazm nie dał możliwości ujścia negatywnym odczuciom i pustce tlącej się gdzieś w środku, a oni sumiennie pilnowali, abym za góra dziesięć minut wybiegła stamtąd z migreną.
