"Kochaj mnie wszystkim, czym jesteś,
Uczuciem, myślą, wzrokiem, ciałem.
Kochaj w najdrobniejszym geście
I w istnieniu całem. "
~Elizabeth Browning Barrett "Żądania Mężczyzny"
-Gabriel Bates, wysoki, ciemne oczy, włosy i karnacja. Ma mieć na sobie białą koszulę, bordową kamizelkę i czarny frak. Podejdzie do baru i zamówi szkocką, dopiero wtedy podchodzisz, rozumiesz bęcwale? - upewnia się chwiejącym od spirytusu głosem zaniedbany gentleman, odurzając swojego słuchacza - niskiego blondyna - wonią starego potu i węgla.
Jacoby, bo tak miał na imię owy bęcwał, bardzo dobrze rozumiał. Sprawa była dla niego wybitnie ważna i nawet jeśli sam był tylko łącznikiem, to i tak chciał wykonać swoją pracę jak najlepiej. Tym bardziej że akcja ma małe szanse na powodzenie z takim dowództwem. Blondyn z niesmakiem obciął mózg całej organizacji, który właśnie zasnął z twarzą w pewnym stopniu na swoim talerzu. Wstał i wyszedł, nie płacąc za siebie. Do umówionego spotkania miał jeszcze trochę czasu, ale wolał przespacerować się po okolicy, gdyby nagle zmuszony był uciekać. Jacoby skłamałby, mówiąc że się nie stresuje.
Ma się spotkać z bohaterem Młodej Irlandii, która sama w sobie była elitarnym ruchem, co więcej, jego przyszły towarzysz właśnie wraca ze wsi pod Dublinem, gdzie klęska głodu zbiera przerażające żniwa. Zaplanował sobie dokładnie przebieg transakcji. On, z idealnie ułożoną fryzurą, podchodzi do Bates'a, wita się, używając sformułowania "mój drogi", Bates ściska jego rękę, jest pod podziwem, Jacoby przekazuje mu aktówkę, klepie w plecy i odchodzi. Klasa, szyk, profesjonalizm, tajemniczość. Takiego właśnie Londyńczyka pozna wsiowy rewolucjonista.
Zagubiony w przemyśleniach i planach łącznik zorientował się jaki kawał drogi przeszedł, a także że powinien jak najszybciej udać się do Czerwonego Zająca, gdzie miało odbyć się spotkanie. Problem był spory, ponieważ eleganckim krokiem spóźniłby się, z kolei bieg byłby równie kontrowersyjny, co chodzenie po pałacu królewskim z trzema prostytutkami. Blondyn się trochę pozastanawiał, ale ostatecznie poszedł na kompromis. Sprawnym krokiem (i z zegarkiem w ręku, żeby każdy wiedział że nie jest obłąkany, ale spóźniony) dążył na miejsce spędu.
Dotarłszy na miejsce z ulgą zauważył że Gabriela najprawdopodobniej nie ma. Chciał zająć punkt obserwacyjny w kącie sali, ale jego ruch zatrzymał mężczyzna z wyglądu zgadzający się z opisem pana Bates'a. Zmieszał się ogromnie, ponieważ mężczyzna ten nie mógł być panem Bates'em. Czy był ubrany w białą koszulę, bordową kamizelkę i czarny frak? Owszem. Czy miał ciemne włosy, oczy i karnacje? Jak najbardziej. Czy miał więcej niż osiemnaście lat? Absolutnie nie. Do tych samych wniosków doszedł najwyraźniej barman, ponieważ "Bates" wyjął dowód tożsamości. Jacoby, widząc, jak brunet otrzymuje szkocką, podszedł, o wiele mniej pewnie niż planował, do chłopaka, klepnął go w ramię i rzucił głosem bardziej niepewnym niż chód.
- Witaj, mój drogi...?- uśmiechnął się przy tym sztywno. Gabriel o wiele wyraziściej wyciągnął dłoń w jego stronę, a kiedy blondyn chciał ją uścisnąć, rzucił tylko
-Aktówka.
-Ach, oczywiście, już. - zmieszany wielokrotnie bardziej Jacoby podał mu neseser. - Słyszałem o panu wiele heroicznych opowieści, wierzę, że pana udział w tej akcji gwarantuje jej sukces.
-Ja wierzę, że mówienie o akcji w miejscach publicznych może narazić ją na porażkę. -uciął Gabriel. Zazwyczaj był wyposażony w odrobinę więcej cierpliwości, ale klimat Londynu męczył go równie mocno, co dzisiejsza podróż.
-Spotkamy się jutro o tej samej porze w Docklands. - dodał odchodząc, na co łącznik roześmiał się lekko. Bates zatrzymał się i skierował swoje pasywno-agresywno-brązowe oczy na niezręcznego mężczyznę.
-Nie żartuje pan...?- zdziwił się, jeszcze bardziej malejąc pod uciążliwym spojrzeniem. - To znaczy, to skrajnie niebezpieczny wyczyn, na pewno chcę się pan przygotować, zapoznać z systemem ochronnym, drogą ucieczki...- blondyn pośpiesznie tłumaczył, ale przerwało mu wyjście rozmówcy.
⋅•⋅⋅•⋅⊰⋅•⋅⋅•⋅⋅•⋅⋅•⋅∙∘☽༓☾∘∙•⋅⋅⋅•⋅⋅⊰⋅•⋅⋅•⋅⋅•⋅⋅•⋅
Nazywam się Gabriel Bates. Na świat matka wydała mnie dziewiętnaście lat temu, a teraz w niewygodnym jak czort odzieniu kroczyłem przez Buckingham Palace. Znalazłem się w tym położeniu zadziwiająco łatwo. Wczoraj, gdy znalazłem w końcu pokój w zapadającej się tawernie, otworzyłem aktówkę od tego berbecia. Nie zdziwił mnie widok ani trucizny, ani fałszywego paszportu, ale strój lokaja co najmniej o dwa rozmiary na mnie za duży. Doprawdy nie dowierzam w zdrowie na umyśle londyńskiego oddziału Młodej Irlandii. Przypływa do nich młody mężczyzna z kraju znanego z katastrofy głodowej, a oni dają mu przebranie jakiegoś spaślaka? Patetyczne. Ale mimo tego dotarłem już do kuchni i nikt nie zauważył ani za dużego stroju, ani nowego pracownika. Na razie idzie mi śmiesznie prosto. Nie wiem, czy to Bóg ma mnie w opiece, czy po prostu londyńską skazą jest bycie cofniętym intelektualnie. Zmuszony jestem skończyć ten monolog, na rzecz zajęcia się sprawami ważnymi. Wypatruje najmłodszej kucharki. Jest. Podchodzę do niej. Zaczesuje włosy do tyłu.
- Mości książę prosi o swoją ulubioną herbatę.- mówię z najbardziej karykaturalnym brytyjskim akcentem, na jaki nie stać. Stojąca przede mną drobna panienka wbiła we mnie spojrzenie co najmniej niepowściągliwe. Cóż, jestem teraz w ciekawej sytuacji. Dama może mnie zapamiętać i wskazać później policji, ale jeśli sprawię, że sama poczuje się winna, to będzie siedzieć w pozycji naturalnej dla kobiety - cichej. Na moje szczęście pomoc kuchenna (nie okłamujmy się, ktoś kto tak nieporadnie przygotowuje herbatę nie może być kucharką) odwróciła się do mnie ze srebrną tacą, niosącą na sobie ciężar ciasteczek i porcelanowej filiżanki z jakimś świństwem w środku. Zabrałem od niej talerzopodobny wytwór mogący utrzymać pięcioosobową rodzinę przez dwa tygodnie, celowo muskając jej palce. Reakcja była zaskakująco pozytywna, dziewczyna uśmiechnęła się, nie zostawiając mi wyboru. Puściłem jej oko, niczym starzy alkoholicy zalecający się prostytutce.
Może nawet zainteresowałbym się bardziej tak chętną na flirty istotą, ale mam ważniejsze rzeczy do zrobienia w chwili obecnej. Schodami dla służby dostałem się na najwyższe piętro. Widziałem plany pałacu, ale pokój książęcy mylił mi się z księżnym. Na piętrze było spokojnie, idealne miejsce na dolanie trucizny. Strategicznie ukryłem się za tropikalną rośliną doniczkową stojącą w kącie pomieszczenia, co nie zaintrygowało w żadnym stopniu strażników. Muszę przyznać, serce wali mi mocniej niż ma w zwyczaju. Lekko drżącą ręką okręciłem korek i wlałem fioletowawy płyn do naparu, który wbrew moim obawom koloru nie zmienił. Jedna trzecia sukcesu za mną. Postawienie jasno określonych celów powinno pomóc rewolucji, jaka panuje w mojej głowie.
wejść do dobrego pokoju
uciec
Dobrze więc, wejdę do dobrego pokoju. Drzwi po lewej stronie mają moim skromnym zdaniem klamkę bardziej męską, więc wybrałem je. Starając się naśladować krok i manierę innych lokajów, podszedłem do drzwi. Straż tak krótko mi się przyglądała, że oburzyłem się ich niskim poczuciem zagrożenia. Otworzyli drzwi w pełni zsynchronizowani. Cóż, widocznie w tych częściach Zjednoczonych Królestw zwraca się większą staranność na ćwiczenie paryskich piesków niż obrońców rodziny królewskiej. Ocuciło mnie zamknięcie drzwi.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Tapeta koloru brzoskwini, bogato złocona. Wszędzie można było zauważyć lustra i obrazy. Siedząca na łóżku postać zwróciła moją uwagę dopiero po chwili. Blond włosy, delikatna figura, suknia do spania. Wiedziałem że moja sytuacja była piekielnie niewygodna, ale może otrucie księżniczki też da zamierzony efekt polityczny.
ESTÁS LEYENDO
Sub Rosa
RomanceRewolucja, intrygi, książę, gejoza, wiktoriańska Anglia, kiedyś napiszę lepszy opis, obiecuje. PS okładka też jest lipna, więc jak ktoś mi zrobi lepszą to przyjadę do jego domu, aby osobiście uścisnąć rękę.
