Siedział w kącie klasy i obserwował. Zawsze to robił. Widział, jak dorośli wchodzą i wychodzą, spiesząc się, jakby byli przez coś gonieni. Zostawiali swoje dzieci, czasami (jeśli czuli się wyjątkowo hojnie) zostawiali na ich czołach mokrego buziaka i znikali. Zauważył, że kiedy dzieci dorastały, robiły dokładnie to samo. Zostawiały to, co powinno być dla nich najważniejsze, w miejscu, w którym wszyscy byli traktowani tak samo, i uciekały. Koło się zamykało. Czy dorośli bali się odpowiedzialności i obowiązków?
Zauważył także, że szkoła uczyła jednego toku myślenia, każdy inny srogo karząc. Cztery ściany, w których dzieci spędzały większość dnia, zamykały się na jakiekolwiek nowości. Zabijały kreatywność. Kreowały takich samych szarych ludzi. Żaden z nich nie znaczył zbyt wiele. Odmienność była traktowana jak coś, co należy zniszczyć, zanim zdąży się rozprzestrzenić. Tylko od kiedy bycie innym oznacza bycie gorszym?
Widział swoich kolegów, którzy z każdym kolejnym dniem uśmiechali się mniej. Widział koleżanki, które coraz rzadziej skakały na skakance, a za to coraz częściej wytykały palcami. Widział dzieci, które zapominały jak to jest być dzieckiem. Czyż ten świat nie jest pokręcony? Dorośli zapominają jak to jest być ludźmi, młodzi zapominają, że są kowalami własnego losu. Świat narzucał szybkie tempo życia i każdy, który nie dał rady dotrzymać mu kroku, zostawał w tyle. Gorszy, zniszczony, porzucony na rychłą śmierć. Nigdy nie mógł zrozumieć dlaczego człowiek był wilkiem drugiemu człowiekowi. Nie powinni się wspierać?
Obserwował też swoich rodziców. Z każdym mijającym rokiem mieli dla siebie mniej czasu. A może po prostu w ich sercach zgasł ten płomień pasji, który kiedyś palił się cały czas i palić miał do końca ich dni? Zauważył, że nie poświęcają mu takiej uwagi jak kiedyś. Zimni, oschli i zniszczeni przez świat. Z czasem stał się taki sam. Przestało mu zależeć.
Nie mógł im tego wybaczyć.
Ludzie wchodzili z butami w jego życie, wszystko brudzili i przewracali, a potem jakby nigdy nic wychodzili z uśmiechem na ustach. Cieszyli się, bo niszczyli. Niszczyli, bo zżerała ich zazdrość.
Wtedy poznał ją. Jako jedyna weszła po cichu i poskładała rozbite kawałki, poustawiała krzesła i starła kurz. Jednak przy stole nikt nie usiadł. Wszystko było tak samo puste. Przecież jemu nie zależało. Już nie.
Czas mijał, a wraz z nim dni, miesiące i lata. Byli razem, choć zawsze osobno. Leżeli w innych miejscach, ale pod tymi samymi gwiazdami.
Zima w jego sercu powoli zaczęła przeradzać się w wiosnę, chociaż wiedział, że nie wszystko rozkwitnie. Dzięki niej chłód przeistoczył się w zimny podmuch wiatru, który z każdym przebytym kilometrem był cieplejszy i łatwiejszy do przyjęcia.
Przy stole zasiadły trzy osoby. Jej oczy zamknęły się. Została dwójka.
Nie mógł jej tego wybaczyć.
Słabsze kości, słabsza skóra, słabsze ruchy. Wiedział, że jego świat pogrąży się w ciemności. Zapadnie zmierzch.
Przez całe swoje życie obserwował innych i czuł wobec nich nieuzasadniony wstręt. A może jednak nie do końca nieuzasadniony? Światem rządiła nienawiść i zazdrość.
Siedział w swoim ulubionym fotelu, w dłoniach trzymał swój ulubiony kubek, w którym o brzegi rozbijała się jego ulubiona herbata, kiedy uderzyło w niego, że wcale się od nich nie różni. Jest dokładnie taki sam. Wyśmiewał innych, że są tak ślepi, że nie widzą, jak identyczni są, kiedy jego umysł przyćmiewała nienawiść. Nie widział.
Jak mógł obwiniać wszystkich wokół, kiedy to on był tym, któremu nie mógł wybaczyć?
jakos tak wyszlo, idk????
