Poczułem coś mokrego na moim policzku. Nie byłem pewny czy to jeszcze sen, czy naprawdę mam coś na twarzy.
- Luke, kochanie wstawaj! - czyli to nie sen - No dalej! - poganiała mnie moja mama.
Tyle, że w łóżku było tak przyjemnie. Poza tym była sobota, więc nie rozumiałem, po co mnie budzi.
- Kochanie... Nie mów, że zapomniałeś co dziś za dzień. - rzekła Liz.
- Niby co tak ważnego sprawia, że muszę wstać? - spytałem na wpół przytomny.
Chwila... No tak! Dziś jest szesnasty lipca. Moje jedenaste urodziny! Czem prędzej podniosłem się z łóżka i podbiegłem do szafy, aby się w coś ubrać. Po drodze zaliczyłem solidną glebę, potykając się o plecak, stojący obok łóżka.
- Nie tak szybko, bo się zabijesz! - wykrzyknęła mama, próbując ukryć rozbawienie - Przyjdź do salonu jak się ubierzesz. I proszę cię, nie rozbij sobie głowy - mówiąc to wyszła z pokoju.
Bardzo cieszyłem się z powodu moich urodzin. Uwielbiałem je obchodzić, no i oczywiście stawałem się coraz to starszy. Nie mogłem się doczekać, aż w końcu dorosnę i będę mógł robić wszystko tak, jak chcę. Zero zmuszania do jedzenia warzyw i chodzenia do szkoły. Będzie tak super jak już będę duży.
Gdy byłem gotowy, najszybciej jak tylko mogłem, zbiegłem w dół. Po wejściu do salonu, zobaczyłem tatę trzymającego ogromny tort z jedenastoma kolorowymi świeczkami. Reszta rodziny - mama i moi bracia - stali wokół. Od razu zaczęli mi śpiewać "sto lat". To było bardzo miłe, że pamiętają i robią to wszystko dla mnie. Byłem im naprawdę za to wdzięczny, mimo wielu kłótni, kochałem moją rodzinę.
- Dawaj Luke! Myśl życzenie i zdmuchuj świeczki! - krzyczał pełen entuzjazmu Ben.
Jak tylko świeczki zostały zdmuchnięte, do moich uszu doszedł głośny huk. Gwałtownie odwróciłem się w stronę, z którego dochodził. Ujrzałem czterech ubranych na czarno, zamaskowanych mężczyzn z bronią w ręku. Od razu oblała mnie fala zimnego potu i poczułem ucisk w brzuchu, spowodowany strachem jaki w tej chwili czułem.
- Dzieci uciekajcie! - usłyszałem przeraźliwy krzyk mojej mamy, który zakłócił strzał. Strzał z pistoletu.
Wiedziałem co się stało, ale nie chciałem na to patrzeć. Już na samą myśl zaszkliły mi się oczy, a oddech przyspieszył. Ben i Jack uciekli w różne strony domu, więc postanowiłem pójść w ich ślady.
Pognałem w stronę kuchni. Nie wiedziałem co zrobić, przerażenie utrudniało mi logiczne myślenie, lecz w końcu stwierdziłem, że schowam się w szafce pod zalewem. Była to moja częsta kryjówka podczas zabaw. Szybko otworzyłem drzwiczki i wpakowałem się do środka. Starałem się być najciszej jak tylko mogłem, aby się nie zdemaskować. Z salonu dochodziły mnie głosy tamtych mężczyzn.
- Termin był do wczoraj, a kasy nie ma - mówił jakiś gruby, niezbyt przyjemny głos - Dobrze wiedziałeś jaka była umowa. Jeżeli wiedziałeś, że krucho z kasą, trzeba było nie pożyczać od ludzi jak my. Przez to, no cóż, muszę zabić twoją rodzinkę.
- Nie błagam! Dajcie mi jeszcze...
- Daliśmy ci wystarczająco dużo czasu, a ty dobrze wiedziałeś co się stanie jak nie zapłacisz! Za późno - i strzał.
Byłem okropnie przerażony. Nawet nie zauważyłem, kiedy po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Nie mogłem uwierzyć, że właśnie zostałem sierotą. Pozbawiono mnie ludzi, których kocham. Wiedziałem, że teraz będą szukać nas. Po chwili doszły mnie krzyki Bena i strzał. Za chwilę to samo z Jackiem. To niemożliwe, że tak szybko ich znaleźli. Teraz kolej na mnie, będą mnie szukać, aż znajdą i zabiją.
Ktoś wszedł do kuchni. Słyszałem ciężkie kroki i szuranie krzesłami gdy je przesuwał. Mężczyzna zaczął otwierać wszytkie szafki po kolei. Zaraz będzie po mnie, w końcu dojdzie do mojej kryjówki. Nie chciałem tak skończyć. Nie mogłem tak skończyć.
Gdy drzwiczki szafki się otworzyły, wpadłem z nich jak torpeda. Chciałem jak najszybciej dotrzeć do drzwi i uciec. Mężczyzna zachwiał się, co dało mi przewagę. Jak najszybciej podbiegłem w stronę drzwi. Przebiegając przez salon, starałem się nie patrzeć na zwłoki rodziców, choć i tak kawałki obrazu, który widziałem będą mnie nawiedzały w koszarach.
Byłem pewnien, że za ścianą są oni, potrzebowałem jakieś broni. Jeżeli tak po prostu tak wpadnę, od razu mnie złapią. Rozejrzałem się, szukając czegoś, co może posłużyć mi do obrony. Jedyna sensowna rzecz to wazon, ulubiony mojej mamy. Wziąłem go do ręki. Gdy wpadłem za ścianę, dwóch facetów stało zaraz za nią. Bez zastanowienia rzuciłem moją bronią w jednego i ruszyłem w kierunku drzwi. Już prawie wybiegłem na zewnątrz, lecz poczułem ucisk na ramieniu. Silna ręka pociągnęła mnie do środka, a ja upadłem na podłogę. Gdy podniosłem głowę, ujrzałem wymierzone we mnie pistolet. To już koniec, teraz dołączę do reszty mojej rodziny. Zamknąłem oczy.
- Czekaj! Nie zabijaj go! - usłyszałem krzyk i powoli otworzyłem oczy. Czyli będę jeszcze żył? - Młody jest dobry. Popatrz co z nami zrobił. Trochę się go podszkoli i będzie zajebisty. Takich nam trzeba. - powiedział facet stojący za tym, który do mnie celował.
- Chce szef zabrać go do bazy i zrobić na jednego z naszych?
- Tak. Idealnie się nada.
Mężczyzna postawił mnie do pionu, widziałem pogardę i niechęć w jego wyrazie twarzy. Pociągnął w stronę auta. Nie byłem w stanie wydusić z sibie ani słowa. Perspektywa uprowadzenia przez bandziorów, była gorsza niż śmieć.
Nie mogłem uwierzyć jak taki cudowny dzień, nagle zmienił się w koszmar.
Jak taki jeden dzień miał zmienić w koszmar całe moje życie.
♡♡♡
I jest prolog. Historię zacznę dodawać pod koniec kwietnia lub na początku maja. Narazie muszę sobie jeszcze dokładnie przemyśleć, co chce tu zrobić, bo pomysł był dość spontaniczny.
Mam nadzieję, że się wam podoba.
ESTÁS LEYENDO
Normal Life II Muke
FanfictionLuke stracił rodziców, a jego dotąd beztroskie życie, zmieniło się w piekło. Został siłą wepchnięty do jednego z najgroźniejszych gangów Detroit, a próba ucieczki nawet nie miał sensu. Zmuszony był przyjąć nowe normy i wpasować się w nowe życie. Nie...
