Norrheim, 726 r. n.e.
Stukot końskich kopyt poniósł się echem, gdy powóz wjeżdżał na dziedziniec. Jeszcze nie zdążył się dobrze zatrzymać, a ze środka już wypadł rosły mężczyzna z ciężarną kobietą w swoich ramionach. Ta była właśnie w trakcie przeklinania jego, koni, powozu, domu i swojej służki do dziesięciu pokoleń wstecz. Mężczyzna zdawał się jednak ignorować te niecodzienne przytyki. Wbiegł do posiadłości, gdzie cała służba była już w pogotowiu. Ktoś położył mu rękę na ramieniu.
- Oni się nią zajmą, Arturze - usłyszał zza swoich pleców.
Kiedy się odwracał, dwie służki już wzięły swoją Panią na spacer do sypialni, żeby rozchodzić skurcze. Co jakiś czas słychać było krzyki i zawodzenie.
- To brzmi jakby umierała. Podobno poród to najcudowniejsze błogosławieństwo, ale błogosławieństwa są miłe i dobre, a nie głośne i rozrywające! - odpowiedział, wychodząc na zewnątrz.
Słońce miało niedługo wstać. Jechali całą noc. Artur bał się już, że jego żona będzie zmuszona urodzić gdzieś na szlaku. Nie potrafił sobie tego wyobrazić. Jego dziecko zasługiwało na najlepszą opiekę i warunki, jakie tylko mógł zapewnić. A mógł naprawdę wiele.
- Wyobraź sobie, że przez Twoje przyrodzenie, przyjacielu, musi przejść jajko. Z Shirley wychodzi pieprzony arbuz! Gdzie Ty tu szukasz błogosławieństwa? Zresztą, co Ty taki zaskoczony? Przecież masz już Gabriela.
- Nie było mnie, gdy Gabriel przychodził na świat. I zaczynam to szczerze doceniać, Rupercie. Będę te krzyki słyszał już chyba do końca... - urwał, ponieważ dotarł do nich dźwięk tłuczonego szkła i damski głos każący się wszystkim zamknąć, bo "ona wie jak się rodzi pieprzone dzieci".
Artur spojrzał na Ruperta z prawdziwym przerażeniem w oczach. Zabawnie to musiało wyglądać, gdy dorosły, postawny mężczyzna kuli się ze strachu. Strach ten jednak był całkowicie usprawiedliwiony i nie miał nic wspólnego z nadmiernym panikowaniem. Może i nie było go przy porodzie swojego pierworodnego, ale słyszał co mówili w domu jeszcze przez kilka tygodni po narodzinach. Pani bardzo ciężko zniosła poród. Zarówno fizycznie jak i psychicznie. W pierwszych chwilach w ogóle nie chciała wziąć na ręce dziecka, czy nawet karmić. Kazała je zabrać i jej nigdy nie pokazywać. Dopiero po dwóch dniach jej przeszło. Artur dobrze wiedział dlaczego tak się stało. Był to też czas najwyższy, by wytłumaczyć to swojej żonie. Zareagowała w miarę spokojnie jak na nią. Zresztą, tamta antyczna waza nigdy mu się tak naprawdę nie podobała, a ściany w sypialni i tak wymagały odmalowania. Nie sądził, że kiedykolwiek pojawi się temat drugiego dziecka. A jednak to Shirley pierwsza go poruszyła. I tym właśnie sposobem znaleźli się w tej sytuacji, kiedy to Kapitan i jego Pierwszy Oficer siedzieli na ganku posiadłości i wsłuchiwali się krzyki i jęki żony tego pierwszego.
- Kiedy wypływamy? - zapytał Rupert, przerywając milczenie.
- Za miesiąc, tak myślę. Możesz przez ten czas poszukać nowych kupców, załoga niech odpocznie. Byle nie za bardzo, bo jak się rozleni...
- Panie Croisseux - przerwał sługa, wychodząc na dwór. Ukłonił się i wskazał na schody. - Pani Croisseux oczekuje w sypialni.
Zerwał się tak gwałtownie, że aż przewrócił stolik, o który opierał łokieć. Schody pokonywał susami, pomijając po 2-3 stopnie. Na korytarzu jednak się zatrzymał. Wziął oddech. Jeden. Drugi. Poprawił włosy, strzepał kurz z płaszcza. Pchnął delikatnie uchylone drzwi i wszedł. Jego żona leżała w łóżku, z zawiniątkiem na ramieniu. Rude włosy przykleiły się do jej czoła, które jeszcze było wilgotne. Twarz miała czerwoną, naznaczoną pękniętymi żyłkami. To od wysiłku. Widać było, że delikatnie się trzęsła. Jednak ten uśmiech... Ten uśmiech sprawił, że tak jak jeszcze przed sekundą zżerały go nerwy, tak teraz był prawdziwą oazą spokoju. Wszystko jest dobrze. Jest dobrze.
- Masz córkę - powiedziała drżącym głosem i skinęła na niego głową. - Chcesz ją zobaczyć?
Nie odpowiedział. Podszedł. Usiadł na krawędzi łóżka. Chciał się nachylić, jednak kobieta po prostu podała mu zawiniątko. Trzymał ją tak, jakby była zrobiona z kruchego, delikatnego szkła. Była lekka jak piórko. Miał szeroko otwarte oczy i patrzył na tę małą, obrzydliwą twarzyczkę z kompletnym oczarowaniem.
- Urodziłaś potworka - powiedział po chwili, z uśmiechem. Shirl trzepnęła go w ramię. - No naprawdę, zobacz. Wszystkie dzieci tak wyglądają zaraz po narodzinach? To jest straszne. Nie dziwię się, że nie chciałaś karmić Gabriela. Ja ledwo co mogę patrzeć na to paskudztwo. Nazwiemy ją Brzydusia, na cześć Brzyduli, bogini Brzydoty.
Tym razem uderzenie było mocniejsze. Oboje się zaśmiali.
- Tylko dzieci, których ojcowie są demonami. Te inne wyglądają normalnie. I nazwiemy ją Apayan. Tak jak to ustaliliśmy - odpowiedziała mu, wciąż rozbawiona. Po chwili jednak spoważniała. - Ma Twoje oczy.
Artur w pierwszej chwili nie zrozumiał, co dokładnie miała na myśli jego żona. Dopiero po kilku minutach, kiedy mała ziewnęła i zamrugała powiekami, serce zatrzymało mu się na kilka sekund.
Niemowlę miało rubinowe oczy.
YOU ARE READING
Creatura
ParanormalJeszcze nie tak dawno temu Graleyn, było znane jedynie z opowieści, przekazywanych po zmroku i przy świecach. Tajemnicze miasto, do którego prosty człowiek bał się jechać, a Ci bardziej wykształceni nie mieli po co. Podobno można było spotkać tam dz...
