●1●

35 2 0
                                        

                                                                                     CHLOE

Oops! This image does not follow our content guidelines. To continue publishing, please remove it or upload a different image.

                                                                                     CHLOE

Psycholog ,kobieta o blond włosach pokazała mi kartkę, na której znajdowała się czarna plama przypominajaca kształtem jakieś zwierzę. Po chwili zapytała: Co widzisz? Co ci to przypomina?

-Śmierć, złość , samotność..
-Stop- przerwała mi. Pewnie sama zaraz wpadłaby w depresje gdyby nie była taką pewną siebie optymistką.

- Co ci mówiłam? Coś dobrego i przyjemnego, Chloe. Spróbujmy jeszcze raz.

Nie dała za wygraną i wzięła do ręki kolejny obrazek. Tym razem plama była w odcieniu czerwieni i do niczego nie była podobna.

-Ból, krew, morderstwo ...
-Nie... Tyle czasu minęło od pierwszej wizyty, a ty nadal masz te myśli. Czemu nie próbujesz sobie pomóc?- jej głos drżał i widać było, że ma mnie dość.
- Mam to wszystko gdzieś! Sami wysłuchujcie tej wariatki!- zwróciłam sie tym razem do rodziców siedzących za mną na sofie- W czym ma mi to pomóc?! Jestem normalna! NORMALNA!- Wykrzykując ostatnie słowo wybiegłam z gabinetu. Skierowałam sie w moje ulubione miejce gdzie nikt nie mógł mi przeszkodzić. Dotarcie tam zajeło mi około dzisięciu minut. Było to niewielkie jezioro z małą wysepką. Tak daleko w głąb lasu nikt się nie zapuszczał z wyjątkiem mnie. Zawsze byłam trochę inna, bardziej ciekawa tego co ma mi do zaoferowania droga, którą podążam. Usiadłam przy brzegu i wpatrywałam się w wodę. W tym momencie do głowy przyszło mi jedno słowo - ŻYCIE.
Uśmiechnęłam się do siebie.
-Widzisz? Wcale nie jesteś taka za jaką cię mają- szepnęłam.
Chwilę tak siedziałam gdy nagle usłyszałam trzask gałęzi. Od razu przyszło mi na myśl jakieś zwierzę jak na przykład sarna. Na wszelki wypadek rozejrzałam się dookoła. Nic nie zauważyłam. Szum drzew, które poruszały się jakby w rytm muzyki uspakajały mnie, a ja zaczęłam nucić melodię stworzoną przez przyrodę. Był początek lata. Słońce świeciło na moje ramiona, ale jego promienie nie były nieznośne, a ich ciepło wręcz koiło ból jaki tkwił wewnątrz mnie. Wpatrzona w wodę myślałam o tym, że mam już 17 lat, a moi rodzice wciąż traktują mnie jak dziecko. Nerwy wezbrały we mnie na moment po to by zaraz opaść, a na ich miejsce wkradło się zaskoczenie i strach. Ryba postanowiła wyskoczyć niespodziewanie z wody ochlapując mnie by po chwili płynąć dalej. Zaśmiałam się patrząc jak powoli znika w głębinach wody. Położyłam się na piasku przemieszanym z kamieniami. Niektóre z kamieni były naprawdę piękne dlatego w domu miałam sporą ich kolekcje. Teraz jednak wbijały się niemiłosiernie w moje plecy. Musiałam zasnąć bo obudziłam się słysząc hałas. Znów ten dziwny trzask gałęzi. Czyżby zwierzęta oswoiły się już z faktem, że przebywam tu więcej niż we własnym domu? Odwróciłam się i długo nie musiałam szukać. Zza drzewa wystawał kawałek materiału. Wydawało mi się,że to kawałek bluzki.
-Hej? Jest tam kto? - wstałam otrzepując dłonie z piasku.
Nikt się nie odezwał. Byłam pewna, że ktoś tam stoi. Odważyłam się zrobić kilka kroków w tamtą stronę.
- Wiem, że tam stoisz. Błagam nie strasz mnie! - zaczęłam trochę panikować.
Wtedy nieznajomy chłopak wyłonił się ze swojej kryjówki.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć - uśmiechał się patrząc wprost na mnie. Miał włosy i oczy koloru czekolady. Byłyby identyczne gdyby nie fakt że odcień oczu wpadał w czerń, w której czaiła się jakaś zagadka lub być może zagrożenie. Nie był niski, a na pewno wyższy ode mnie. Mimo iż stał parę metrów dalej widać było, że jest szczupły, ale dość umięśniony. Był niemalże idealny. Jego szyję zdobił tatuaż, znak którego nie byłam w stanie rozpoznać. Wpatrywałam się w niego chyba zbyt długo bo zaczął się śmiać.
- Umarłaś?- zażartował.
- Ha ha. Niesamowicie śmieszne! Śledzisz mnie czy co? Nikt się nie zapuszcza na te tereny. - odpowiedziałam.
- Jestem tu nowy. Zluzuj. Chciałem zwiedzić okolice i tak wyszło.
- I to cię niby usprawiedliwia? - On zdecydowanie poprawił mi humor. Nie potrafiłam być na niego zła. I sama nie wiedziałam dlaczego.
- Może - droczył się - To twoja miejscówka? Tak się odstresowywujesz?
- Tak... Można tak powiedzieć.
Podszedł do mnie, a z bliska wyglądał jeszcze lepiej. Pomyślałam, że zaraz zwariuję,więc wbiłam wzrok w ziemię. 

- Mogę ci potowarzyszyć? - zapytał niepewnie. Wydawał się być miły, ale mimo wszystko nie znałam go i obawiałam się tego co może się wydarzyć. 

-Chyba tak.. - odpowiedziałam z taką samą niepewnością.- Jak ci na imię?
- Jestem Sean. A ty? -popatrzyliśmy na siebie w tym samym momencie. Poczułam, że zaraz się zarumienię, więc zagryzłam lekko wnętrze policzka. Jak dotąd nie miałam za wiele kontaktu z płcią przeciwną. Oprócz osoby, która bardzo mnie zraniła ale w sumie.. jednej z wielu.
- Ja.. to znaczy. Chloe - wyciągnął do mnie dłoń, a ja po chwili wahania odwzajemniłam uścisk. Wtedy moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz. To było dla mnie coś nowego. Szybko cofnęłam rękę.
- Ładne.- Znów ten zaskakująco piękny uśmiech.
- Co? A.. tak dziękuje. Twoje też.
- Może usiądziemy?
- Jasne.
Usadowiliśmy się dość blisko siebie. Dotykając przypadkowo jego ręki znów przeszył mnie ten dziwny dreszcz. Zupełnie nie wiedziałam co się dzieje.
- Często tu przychodzisz?
- Właściwie codziennie. No a ty? Kiedy się tu przeprowadziłeś? - również zadałam pytanie.
- Dosłownie kilka dni temu. Pięknie tu. Nic dziwnego, że w tak pięknym miasteczku mieszka tak cudowna dziewczyna - puścił mi oczko. Tym razem nie zdążyłam się oprzeć i zarumieniłam się. Byłam dość niska, miałam proste blond włosy jednak niezbyt jasne oraz błękitne oczy. Nic nadzwyczajnego. Ubierałam się zwyczajnie, mimo iż pieniędzy w naszym domu nie brakowało.    -Nie przesadzaj, Sean. Na twoim miejscu uciekałabym ode mnie najdalej jak tylko się da-odparłam ze smutkiem.

- A to dlaczego? - udał rozbawionego - Jesteś wiedźmą mieszkającą w chatce leśnej i zjadasz małe dzieci na obiad?

-Nie! -nie mogłam się nie zaśmiać. Klepnęłam go lekko w ramie.
- Ał! Sadystka! - kontynuował swoją grę aktorską. Zdecydowanie przypadłby do gustu mojej polonistce, która prowadzi teatr szkolny.
- Przezabawne! - odpowiedziałam z ironią chociaż tak właściwie uśmiałam się do łez. Nikt nigdy tego nie próbował. Prawie każdy w szkole uważał, że jestem psychicznie chora, a wszystko dzięki mojej rodzinie.
- Więc o co chodzi?- spoważniał w momencie.
- Wiesz jak to jest kiedy nikt w szkole oprócz jednej osoby nie jest w stanie cie zaakceptować? Uważają, że masz coś z głową bo chodzisz do psychologa i masz czarne myśli? Więc lepiej chyba będzie gdy zapomnisz o tym co się tu wydarzyło i zaczniesz mnie unikać. Zresztą jak każdy. Można się przyzwyczaić.
- Ale bzdury gadasz. Nie możesz się tak izolować.
- Owszem, mogę. - poderwałam się na nogi i zaczęłam maszerować w stronę domu. Słońce powoli chowało się za horyzontem roztaczając pomarańczową poświatę nad lasem. Znowu będzie kłótnia. Czuję to. Kiedy tylko wrócę koszmar powróci, a ulga jaką mi dał Sean zniknie od razu.
- Poczekaj ! - biegł za mną więc przyśpieszyłam. Miałam bardzo dobrą kondycje, ale on wcale nie zostawał w tyle i był coraz bliżej. Chwycił moją dłoń i zatrzymał, odwracając przodem do siebie.
- Obiecaj mi, że przyjdziesz tu jutro o 18, okej? - w jego oczach widziałam nadzieje na pozytywną odpowiedź.
- Przepraszam.. ale nie. - popatrzyłam ostatni raz w jego oczy i odeszłam wyrywając swoją dłoń z żelaznego uścisku. Straciłam swoje miejsce do zbierania myśli. Straciłam kogoś kto mnie akceptował.
- I tak będę czekał ! - krzyknął za mną.
Po raz pierwszy w życiu doznałam czegoś takiego. Uczucie nierozerwalnej więzi z kimś? A przecież poznaliśmy się chwilę temu. Moje serce biło jak szalone. Bałam się, ale byłam też podekscytowana. Nie, nie mogę znowu się z nim spotkać- pomyślałam. Przyśpieszyłam i w kilka minut dotarłam do domu. Ilekroć wchodziłam na podwórko dom przytłaczał mnie swoją wielkością, ale kolor to zupełnie inna bajka. Odcień żółtego sprawiał, że czułam się wolna. Granatowe niebo przypomniało mi jak późno się zrobiło, więc otworzyłam drzwi jak najciszej tylko się dało i pobiegłam na górę. Oświeciłam światło pokoju, a na moim łóżku leżała kudłata kulka. To oczywiście był mój pies, Lorenz. Rzuciłam się na łóżko chcąc go pogłaskać na co on radośnie pomerdał ogonkiem. Jedyny towarzysz, który całkowicie rozumiał mnie i to co czuje.
 Ogarnęło mnie uczucie ulgi na myśl, że mam własną łazienkę w przeciwnym wypadku rodzice dowiedzieliby się o moim późnym powrocie. Ich żelazne zasady bogatej rodziny były okropne. Powrót maksymalnie do godziny 21 i nienaganne maniery. Wszędzie zawożą mnie tym swoim najdroższym autem. Jakby chcieli pokazać to jak bardzo są bogaci. Dla mnie jest to żałosne i nie rozumiem ich postępowania. Ruszyłam do łazienki uprzednio wyciągając piżamę i ręcznik z szafy. Wzięłam chłodny prysznic, który totalnie mnie wyluzował. Jak co wieczór usiadłam na parapecie, aby porozmyślać trochę nad swoim życiem. Tym razem myślałam o nim. Potrząsnęłam głową. Postanowiłam o nim zapomnieć. Ten dzień wyczerpał moją energię i zanim zdążyłam przenieść się na łóżko zasnęłam przy oknie. 

Nie igraj ze mnąStories to obsess over. Discover now