Wiatraki obracały się w milczeniu, tańcząc w rytm wiatru.
Smukłe, białe, idealne.
Zdjęłam eleganckie, białe szpilki i gołymi stopami stanęłam na miękkiej trawie.
Każde źdźbło miało dokładnie 27 milimetrów, gdyż jest była optymalna długość, by zapewnić odpowiednią strukturę trawników.
Chciałabym tego nie wiedzieć.
Chciałabym nie wiedzieć, że zachmurzenie wieczorem zawsze wynosi dokładnie 14%, temperatura powietrza to równiutkie 20 stopni, a wiatr wieje z północnego-wschodu.
Chciałabym, żeby świat nie był idealny.
Zanim stały tu wiatraki.
Zanim powstało tu perfekcyjne miasto.
Zanim stałam się boginią.
Delikatny powiew wiatru musnął moją idealnie ułożoną fryzurę, uniósł delikatny materiał mojej sukni.
W oczach stanęły mi łzy.
Wściekła i zrozpaczona chwyciłam biały materiał sukienki. Chciałam ją rozedrzeć, rzucić, zniszczyć! I te szpilki, perfekcyjnie białe i lśniące, stojące grzecznie w dwudziesto-siedmio milimetrowej trawie. Kopnąć je, wyrzucić jak najdalej, zniszczyć wszystko!
Spojrzałam na wiatraki. Na moich niemych braci.
Stały niewzruszone, majestatyczne, smukłe, piękne, ich śmigła tańczyły z gracją.
Westchnęłam i... ( do tąd wylosowałam, dalej jest moje)
usiadłam na trawie. Do oczu coraz większymi strugami napływały mi łzy rozmazując mój idealny makijaż. Podniosłam głowę i nagle obudziła się we mnie cała ta nieawiść do otaczających mnie ideałów. Energicznym ruchem zdjęłam idealne szpilki i wyrzuciłam je daleko za siebię. Zaraz potem rozdarłam idealną suknią i zrobiłam z nią to samo co ze szpilkami. Rozpuściłam moje długie kasztanowe włosy, które jeszcze przed chwilą były uwięzione w idealnym warkoczu. Teraz stałam, a za mną nadal kręciły się idealne wiatraki. Przede mną było zachodzące słońce za horyzontem. Za mną były ideały, przeszłość, przede mną stał nieobliczalny świat, przyszłość. Stałam i rozważałam jeszcze czy na pewno tego chcę. Czy chcę ruszyć w nieznane zostawiając świat, który był idealny, przewidywalny, zawsze taki sam, ale przede wszystkim znajomy mi od zarania dziejów? W końcu noepewnie wyciągnęłam stopę przed siebię, jakbym za chwilę miała postawić nogę na innej ziemi, na której za taki czyn mogę zostać ukarana. W końcu poczułam trawę pod stopą, która chwilę temu wisiała w powietrzu. Poczułam energię bijącą od tej trawy, poczułam wiatr we włosach, który zawiał jakoś inaczej i ruszyłam biegiem przed siebie, w nieznane, w przyszłość.
Ho ho ho tak jak obiecałam początek świątecznego maratonu, zapraszam do wzięcia w nim udziału, swoje prace na maraton oznaczajcie hasztagiem #świętecznymaraton. W maratonie bierze udział póki co Odilla4 . Wpadajcie na jej konto i czytajcie jej książki. Wesołych Miołajek i udanych ostatnich prezentów. Piszcie w komentarzach co dostaliście, bo jestem bardzo ciekawa.
