zamykam oczy i okno.
najpierw oczy, żeby nie rozbudził mnie przypadkowy blask słońca, gdy została mi godzina błogiego niespania.
kiedy otacza mnie ciemność nie boję się twojego dotyku. twojego głosu, którym drażnisz i rozpalasz, który jest na wyciągnięcie ręki
i wciąż za daleko.
i w tej chwili, gdy myślę "jak boli, ale jak przyjemnie, bo jesteś tak cudownie nieosiągalna", na nowo pojawiasz się w moich myślach.
fałdy twojej spódnicy wirują wśród krwisto maków.
krwisto, ale nie czerwonych. bo moja krew ma kolor zgniłej zieleni, a twoja błękitnego nieba.
płatki kwiatów unoszą się w powietrze. fuzja barw zmienia niebo w płótno. obrzydliwa gra kolorów, ale w twoich oczach dalej odbijają się śnieżno chmury.
śnieżno, ale nie białe, bo przed domem mojego serca śnieg skrada niebu cały błękit.
a potem wchłania go gleba. i poza szarym niebiem nie czuję już nic.
ale błękit twoich oczu nie znika. tutaj jest na zawsze mój, tak obrzydliwie blisko.
wtedy uświadamiam sobie, że mnie tam nie ma.
że ja jestem tutaj, a ty nie nosisz spódnic.
że masz tak pospolicie niebieskie oczy, a w zimę nie kwitną maki.
wtedy wyciągam dłoń i z ulgą spluwam na nią delikatnym kwiatem. i nawet w ciemności dobrze wiem, że jest jasno.
jasno, ale zastanawiam się jaki. jasnozielony, jak twoja spinka? czy też jasnoszary, jak twoja pomadka.
i znów przypominam sobie, że nie nosisz spinek i nie malujesz ust.
że włosy masz zawsze związane w kitkę, a usta suche, popękane, nieobdarzone smugą balsamu, pozbawione miłości.
pytam, dlaczego zasypiam z twoim idealnym obrazem pod powiekami, powtarzając "cierp i kochaj jak ja - chorobliwie mocno, beznadziejnie szczerze i wciąż za mało".
CZYTASZ
«stolen dance» pisane nocą
Randomto nie jest ani książka, ani historia, ani zbiorek. gdyby znajomi znaleźli w twojej szufladzie te zapiski, urwali by z tobą kontakt. albo znaleźli psychologa, jeśli są dobrymi przyjaciółmi. a ty byłbyś mną, więc uniósłbyś wzrok i odpowiedział "ta s...
