To miała być zwykła środa. Miałem wstać, pójść do szkoły, wrócić, zjeść obiad, a następnie zająć się prokrastynacją z nadzieją że przyjdzie czwartek, w którym coś się zmieni w moim typowym życiu.
To, kim jestem, nie ma znaczenia.
Obudziłem się sam z siebie, o dokładnie 6:30, 2 maja 2018 roku.
Wstałem ociężale z łóżka.
Gdy odsłoniłem rolety, jedyne co zobaczyłem, to gęsta, mleczna mgła. Nie wiem czemu, ale taka pogoda zawsze dawała mi poczucie komfortu. Nikt mnie nie widział, ani ja nie widziałem nikogo. Czułem się jakbym był opleciony w miękki kokon chłodnego jedwabiu.
Szybki prysznic, szybkie mycie zębów, szybkie śniadanie, szybkie wszystko.
Przechodząc obok pokoju moich rodziców poczułem chłód. Dziwne, zwykle nie otwierali okna, ale cóż. Byli nieprzewidywalni, dlatego odpuściłem sobie pukanie do drzwi. Była wczesna godzina, a oni i tak zazwyczaj wstawali późnym popołudniem.
Usiadłem na moim łóżku. Miałem jeszcze trochę czasu do autobusu, więc włączyłem telewizor, a na nim pierwszy lepszy kanał. Leciały wiadomości.
"Nastała godzina siódma, czas na poranne wiadomości. Wczoraj wieczorem młody mężczyzna tr-"
Telewizor się wyłączył. Próbowałem go włączyć ponownie, bez skutku. Telefon po odblokowaniu natychmiastowo zrobił to samo.
I tak dużo nie straciłem.
Stwierdziłem, że wyjdę wcześniej do szkoły. Przejdę się na piechotę. Każdemu przyda się czasem trochę ruchu, a ja uwielbiam spacery we mgle.
Wilk syty i owca cała.
Ubrałem się, zabrałem torbę i wyszedłem na klatkę. Podczas zakluczania drzwi przez głowę przeleciała mi szybko pewna myśl, niczym szczur zauważony kątem oka w pokoju.
Strasznie tu cicho. Zwykle sąsiedzi wychodzą o tej porze do pracy.
Niewiele więcej myśląc, wyszedłem z bloku. Powolnym spacerem udałem się w stronę szkoły. Spacer we mgle jest niczym swego rodzaju medytacja, a wszechobecna biel działa prawie jak deprywacja sensoryczna.
Po drodze zaschło mi w gardle, więc udałem się do osiedlowego sklepiku znajdującego się około kilometra od szkoły.
Wchodząc do środka uderzył mnie lekki zapach, którego nie potrafię przypisać do niczego konkretnego. Przypawał mnie o mieszankę nostalgii i melancholii. Coś odległego i starego.
Wziąłem z półki butelkę wody, udałem się do kasy i czekałem na którąś z trzech pracujących w sklepie kasjerek. Czekałem, ale nikt nie przyszedł.
"Przepraszam, może ktoś podejść do kasy?" Powiedziałem lekko uniesionym głosem.
Cisza.
Udałem się na zaplecze, ale tam też nikogo nie było. Sprawdziłem terminale i kasy. Wyłączone. Wydało mi się to dość dziwne, biorąc pod uwagę to, że sklep był otwarty, a światła zapalone. Rzuciłem na kasę pieniądze za wodę i kontynuowałem mój spacer do szkoły.
Po paru minutach do niej dotarłem. Mgła była na tyle gęsta, że widać było praktycznie samo wejście.
Po wejściu do budynku zamarłem.
Tam też nikogo nie było.
To niemożliwe. Nie było żadnych ogłoszeń informujących o dniu wolnym od zajęć. Żadne święto, nic.
Korytarze wyglądały niezwykle niepokojąco i ponuro w swojej pustce biorąc pod uwagę okoliczności w jakich po nich krążyłem. A uwierzcie mi, krążyłem niepotrzebnie dużo szukając chociażby sprzątaczki, nauczyciela, czy jakiejkolwiek innej żywej duszy, prawdopodobnie równie zdziwionej brakiem tłumów co ja.
Przemierzając te mdłożółte ściany mój telefon zawibrował. W którymś momencie musiał się włączyć. Odblokowałem go, i zobaczyłem 1 nową wiadomość od numeru, który wydawał się dziwnie znajomy, ale nie mogłem przypisać go do żadnej konkretnej osoby.
"Gdzie jesteś?"
Nawet nie miałem czasu żeby spróbować cokolwiek odpisać, ponieważ telefon postanowił znowu się wyłączyć, a jakakolwiek próba ponownego uruchomienia była nieskuteczna. Poirytowany, postanowiłem wrócić do domu i obudzić moją matkę. Może ona wie czemu miasto jest takie puste, chociaż szczerze, nie byłem pewien czy będzie wiedziała jaki jest dzień tygodnia.
Podczas drogi powrotnej przytulne uczucie jakie dawała mi mgła zniknęło całkowicie. Tym razem czułem się jakby ktoś szedł obok mnie, tuż za moim polem widzenia. Nasłuchiwałem jakiegokolwiek dźwięku, ale nie usłyszałem nic. Głucha, pusta cisza. Czułem niewidzialne oczy na sobie. Czułem jakby ta cisza ze mnie drwiła. W ten sposób cała moja droga powrotna była usłana poczuciem lekkiej paniki, pomimo, że nikogo nie spotkałem.
Umysł lubi płatać czasem figle, co nie?
Gdy byłem już w domu, postanowiłem na chwilę usiąść w moim pokoju. Dać mojej matce jeszcze chwilę spokojnego snu.
Usadowiłem się wygodnie w moim fotelu i spojrzałem na resztę pokoju.
Był półmrok, jak zawsze. Ubrania walały się na podłodze. Pod biurkiem leżały puste butelki po destylatach. Parę owocowych cukierków na biurku. Tych takich obrzydliwie słodkich. Nie wiem jak ludzie mogą to jeść.
Na półce nad łóżkiem leżało zdjęcie mojej młodszej siostry. Ciekawe czy moje życie by się potoczyło tak jak się potoczyło gdyby jeszcze tu była.
Zamyśliłem się. Odpłynąłem. Marzyłem.
Wyrwawszy się z mojego słodko-gorzkiego transu, wyszedłem z pokoju celem obudzenia mojej matki.
Przechodząc obok pokoju moich rodziców poczułem chłód. Dziwne, zwykle nie otwierali okna, ale cóż. Byli nieprzewidywalni.
Zapukałem. Bez odpowiedzi.
Zapukałem mocniej. Bez odpowiedzi.
Otworzyłem drzwi.
Nikogo tam nie było.
Ich łóżko, jak nigdy, było pościelone. Cały pokój był nieskazitelny. Prawdę mówiąc, nigdy nie widziałem go w tak czystym stanie. Przeszedłem się po pokoju, podziwiając po raz pierwszy chociaż część mojego domu w w tak skrupulatnym stanie ładu. Spojrzałem się w dół i obok łóżka leżała mała karteczka.
"Idzie myszka do braciszka
Tu zajrzała,
Tu wskoczyła,
A na koniec tam się skryła."
Rymowanka była definitywnie napisana damską ręką. Tuż obok niej była narysowana strzałka skierowana w stronę łóżka, a dokładniej - pod nie.
Niepewny, ale zaciekawiony, powoli wsadziłem rękę pod łóżko.
Po chwili poczułem pod palcami kawałek papieru. Była to pocztówka ze zdjęciem naszego miejscowego parku.
Może tam znajdę jakąś odpowiedź.
