Rozdział 1- Tajemnica

29 3 0
                                        


Kilka minut temu odszedł. Już się rozjaśnia. Sprawdzam szybko godzinę na zegarku naprzeciwko fotela, w którym siedzę. Dochodzi właśnie 6. Podkulam nogi jeszcze mocniej pod samą brodę. Zmarzłam dzisiaj jak nigdy. Otulam się mocniej czarną bluzą przesiąkniętą idealnym zapachem Chanel. Męskim zapachem Chanel. Męskim zapachem Chanel i zapachem JEGO skóry. Przypominam sobie, co dzisiaj mi powiedział. Jego głos rozbrzmiewa mi w uszach jakby nadal spał tu, obok mnie. Słyszę dokładnie jak oblizuje swoje wargi, mruga rzęsami a później zachrypniętym głosem mówi do mnie, że dziękuje. Ale, za co? Za kolejną noc spędzoną razem? Za kolejną czerwoną noc? Nie zdążyłam zapytać. Wyszedł zostawiając mnie samą. Wstaję z fotela prostując zmarznięte kości. Otulam się szczelnie JEGO bluzą maszerując do kuchni. Nie czuję zmęczenia chodź nie zmrużyłam oka nawet na sekundę. Nic nie czuję, ale wiem, że dzisiaj znowu będzie normalnie. Podeszłam do ekspresu i zrobiłam sobie herbatę. Bardzo mocną, bez cukru. Taką właśnie lubię. Jest gorzka, tak jak moje życie. Przypominam sobie o tym, że mam tylko godzinę, aby się przebrać i dotrzeć do pracy. Odstawiam herbatę i idę do swojego pokoju. Zgaszone świece stoją bez znaczenia na moim łóżku ułożone w literę E. Spoglądając na nią znowu poczułam JEGO obecność. Nie wiem jak się nazywa. Kazał mi mówić na siebie Esprit. Odsłaniam rolety, zza których wyłaniają się promienie słońca. Wybieram ubrania te, co zawsze. Przeglądam się w lustrze. Wyglądam jak typowa księgowa. Biała koszula z czarną ołówkową spódnicą, cielistymi rajstopami oraz wysokim koku na czubku głowy sprawiają, że czuję się jak jedna z wielu w mojej pracy lecz w przeciwieństwie do innych mimo początku grudnia nadal chodzę w szpilkach jakby było lato. Wychodzę z pokoju kierując się do kuchni. Dopijam swoją zimną już herbatę. Jest jeszcze lepsza niż na początku. Czuję jak jej gorzki smak rozpływa się po moim języku. Uwielbiam tą gorycz. Chwytam jabłko, mimo, że i tak go nie zjem. Zostawiam je zawsze staruszce siedzącą w parku, przez który przechodzę. Zabieram swoją torebkę i wychodzę. Zamykam dom. Delikatnie stąpam po prowizorycznym chodniku zrobionym ze zwykłych kamieni. Wychodzę przez furtkę prawie zderzając się z biegnącą dziewczyną. Nie zauważyłam jej, ona mnie też nie. Spogląda na mnie z pogardą i biegnie dalej. Bardzo miła dziewczyna. Przechodzę przez ulicę kilka metrów dalej. Wchodząc do parku widzę to, co zawsze. Kilka osób biega, jakaś dziewczyna spaceruje ze swoim psem, bokserem, jeżeli się nie mylę. Skręcam w prawą stronę przy wielkim dębie. Kawałek dalej jest ławka a na niej ta sama staruszka, którą mijam codziennie. Siedzi tam codziennie o tej samej godzinie. Wygląda zawsze tak samo. Tylko ubiera inną kurtkę, gdy zmienia się pora roku. Podchodzę do niej i podaję piękne, czerwone, błyszczące się jabłko. Kobieta uśmiecha się tak jak zawsze. Koło jej oczu tworzą się zmarszczki, jej pomarszczone dłonie chwytają jabłko, gdy szepta ciche „dziękuję kochanie". Odwzajemniam uśmiech i idę dalej. Wychodzę z parku po kilku minutach. Jestem już niedaleko wielkiego budynku, w którym pracuję. Jeszcze dwie uliczki i będę na miejscu. Spoglądam szybko na telefon żeby zobaczyć, która jest godzina. Dokładnie 6:58 gdy przekraczam próg budynku, w którym pracuję. Jak zawsze punktualna Meridin Loe. Podchodzę do swojego biurka, na którym leży już stos teczek i papierów, które muszę dzisiaj przejrzeć i uzupełnić. Zapowiada się idealny dzień..

~~~~~~

Kończąc pracę słyszę chichot Melanie. Słodka idiotka. Blondynka biegająca za każdym w naszej firmie. Przechodzę obok niej i kilku innych osób. Nie przyglądam się im, nie mam takiej potrzeby. Gdy wychodzę przez duże szklane drzwi słyszę za sobą głos blondyneczki
-Kochanie już wychodzisz? - Pisnęła mówiąc to. Jej głos jest straszny, jakbym słyszała dźwięk piszczącego, na pół zdechłego szczura.
-Wychodzę, ale widzę, że ty jeszcze długo zostaniesz -teraz spoglądam na jej znajomych. Sami faceci. No tak, jest już koniec pracy, pewnie już planuje sobie wieczór. Z jej sztucznie zrobionych, zbyt dużych ust wychodzą piski i chichoty.
-Tak, mam plany. Może się przyłączysz? -Pisnęła znowu zakręcając na palcu swoje blond włosy.
- Nie, dzięki. -Parsknęłam głupio się uśmiechając. Chciałam już iść, lecz znowu jej irytujący głos mnie zatrzymał.
-Zapomniałam, nasza Mer jest zbyt grzeczna. -Zachichotała jak idiotka, którą poniekąd jest. -Nie martw się skarbie Marcus chętnie Cię pozna. -Powiedziała imię faceta, który w tym samym momencie na mnie spojrzał. Był ohydny. Miał chyba 50 lat. Siwe włosy, zmarszczki i broda. To zdecydowanie coś, co mnie od niego odpychało zawsze, gdy stał bliżej mnie. Śmierdział, jakby przez całe tygodnie się nie mył. Gdy spojrzałam na niego aż cofnął mi się lunch. Zakryłam usta z odrazą i wyszłam słysząc chichot i słowa „Nie wiesz, co tracisz, jest naprawdę dobry".



__________________________________________

Witam wszystkich, to moje pierwsze opowiadanie które pisane będzie na bieżąco więc rozdziały bądź ich połowy (jeżeli rozdział będzie długi będę dzieliła go na dwie części) będą dodawane w różnych odstępach czasu, przeważnie w weekendy. Mam nadzieję, że spodoba się wam i zostaniecie ze mną. Każdy komentarz ma dla mnie wielkie znaczenie, każdą krytykę/rady biorę sobie do serca. Miłego czytania i do następnego!

Czerwona SzminkaStories to obsess over. Discover now