Zawsze wiedziałam, że jestem po prostu dziwna. Nie mam farta, życiowa passa do mnie nie wracała, a sąsiad spod piątki potrafił robić imprezy dwa razy w tygodniu, podczas gdy ja musiałam się uczyć. Tak było również i tym razem.
Końcówka września, powroty do akademików i na uczelnie. Cały wir związany z załatwianiem papierów i innych bzdet udzielał się każdemu, kto nie jest dobrze zorganizowany. Normalnie siedziałabym sobie teraz w mieszkaniu, spędzając ostatnie wolne chwile przed rozpoczęciem studenckiego roku. Jednak jak już mówiłam; u mnie nic nie jest normalnie.
Powinnam teraz stać przed uniwerkiem w Waszyngtonie, zanosząc ostatnie papiery związane z kolejnym rokiem. I na prawdę wszystko mogłoby być tak piękne, jak się wydaje, gdyby nie fakt, że jakieś dzieciaki lubią ostrą jazdę.
Tak, dobrze czytacie.
Zaledwie tydzień temu doszło do ogromnego pożaru w Waszyngtonowskim Uniwersytecie. Zaczęło się od małego ognia na kwiatach, oraz typowych już dla tej uczelni drzew wiśniowych. Wietrzny dzień; a co za tym idzie, ogień przedostał się do środka. Powstały ogromne szkody, które przez dłuuugi czas miasto będzie musiało pokrywać. A co za tym idzie, ponad 30 tysięcy studentów nie ma miejsca zdobywania wiedzy.
Komiczne? To jeszcze nie wszystko.
Większości, udało się kontynuować studia w Waszyngtonie, gdzie administracja znalazła dla nich miejsca w pobliskich uniwersytetach. Gorzej było z moim rokiem i ogólnie całym wydziałem. Jebany los chciał, abym to właśnie tutaj musiała kontynuować swoje nauczanie. W pierwszym momencie myślałam, że prędzej rzucę studia, niż stanę przed ogromnymi drzwiami nowej uczelni.
Ale niestety, los po raz kolejny się do mnie uśmiechnął
Ironicznie, oczywiście.
I tak, wahając się już cztery minuty i 7 sekund decyduję się na pierwszy krok. Z niedowierzającym uśmiechem wpatruję się w dumny napis 'Community College of Philadelphia' czując, że zaraz zawrócę i ucieknę daleko stąd. W końcu jednak udaje mi się przekroczyć próg budynku, w którym cisza była wręcz głośna. Zwróciłam się w kierunku sekretariatu, mając nadzieję że wszystko załatwię sprawnie i bez zbędnych przeciągnięć.
— Nazwisko — rzuca na wstępie blond staruszka, poprawiając swoje grube okulary.
— Alice Wood — mówię na jednym tchu, poprawiając kołnierz swoje koszuli.
— Wydział?
— Biznes i MBA — dodaję, wpatrując się w znudzoną kobietę. Przez chwilę wertowała moje papiery, uważnie sprawdzając każdą kartkę.
— Tutaj są wszystkie niezbędne informacje, oraz klucz do pokoju — podała mi plik kartek oraz brzęczące klucze, po czym obdarzając mnie swoim wymuszonym uśmiechem, dodała — Do zobaczenia.
Skinęłam głową, zabierając powierzone mi rzeczy. W Waszyngtonie, miałam mieszkanie które dzieliłam z Sarah; miłą studentką medycyny, która jak ja potrzebowała ciszy do nauki. Nie miałyśmy z sobą za dużo styczności, bo dziewczyna miała większość wykładów po południu, a ja rano. Jednak mimo wszystko, miałyśmy dobry kontakt.
Jednak teraz, jestem skazana na mieszkanie w akademiku z osobą, której nawet nie znam. Pokój 196, sto metrów od uczelni. Wszystko wydaje się być normalne, ale ja nie widzę w tym nawet cienia pozytywizmu. Bo gdzieś z tyłu głowy w dalszym ciągu ciążyła mi jedna myśl.
Na tym uniwersytecie, spotkam ponad połowę Nowego Jorku.
*
Ave!
W końcu przychodzę do was z nowym opowiadaniem, po dłuuuugiej przerwie! Jestem aktualnie w trakcie korekty 'Cicho sza, Skarbie' dlatego dużo czasu zajmuje mi poprawianie pierwszych rozdziałów. Prolog jest bardzo krótki, bo chcę aby było to tylko wprowadzenie do nowych wydarzeń. Rozdział pierwszy pojawi się jutro, jako że mam dobry humor :D Mam nadzieję że zaciekawi was to wystarczająco na tyle, by oczekiwać kolejnych publikacji; bo pomysłów mam sporo..
Do zobaczenia, w kolejnych rozdziałach!
YOU ARE READING
Głośniej, Skarbie
Romance*Druga część opowiadania 'Cicho sza, Skarbie'* Znajomość pierwszej części jest obowiązkowa, ze względu na wydarzenia występujące w tym opowiadaniu. Miłość z nastoletniego, buntowniczego życia. Czy prawdziwa? Wydawało by się, że tak. Czy szczera? Z...
