– To nie jest zabawne! – warknęła, wyrywając mu książkę z ręki.
Obróciła się na pięcie i ze złością pomaszerowała przed siebie. Dawno nie zrobiła czegoś takiego – zazwyczaj starała się nad sobą panować, ale rozczarowanie, które się w niej pojawiło, przeważyło szalę.
– Ej, poczekaj! – zawołał za nią Eric. Gdyby miała go opisać bardzo krótko, z pewnością powiedziałaby, że to chłopak z wiecznie zmierzwionymi, czarnymi włosami i ciekawskim, niewinnym spojrzeniem.
Ciekawe, czy gdyby zrobił coś złego, nadal by takie miał. Pewnie tak. Przerażające.
Nawet nie zwolniła kroku. Tak, lubiła chłopca, ale nie na tyle, żeby zawrócić tylko po usłyszeniu jego głosu.
– No, nie obrażaj się. – Usłyszała, jak jego stopy głucho uderzają o beton, którym wylane było boisko, a po chwili na swoim ramieniu poczuła delikatny dotyk dłoni chłopaka. Gdyby był mocny, zaborczy, pewnie wyszarpnęłaby się spod jego uścisku i przyspieszyła, ale tego nie mogła już zignorować.
Odwróciła się w stronę chłopaka, nawet nie próbując ukrywać irytacji.
– Czego znowu chcesz?
Wydawał się zaskoczony jej napastliwym tonem. No tak, ona zwykle się tak nie odzywa. Czy raczej, ona w ogóle woli się nie odzywać.
– Nie ma powodu, żebyś się złościła.
– Jest. – Dlaczego on tego nie rozumie? – Wciąż i wciąż zabierasz mi książki! Sądzisz, że to fajne?
– No, nie. – Boże, na dodatek jego zaskoczenie rzeczywiście było autentyczne. – Ale ty wciąż w nich siedzisz. Przecież są do bani.
– Książki nie są do bani – odparła w taki sposób, jakby tłumaczyła coś prostego niezrównoważonemu psychicznie dziecku. Wolno, zrozumiale i wyraźnie.
– Ale ciągle w nich siedzisz.
– Czy to czyni je byciem do bani? – zapytała, zerkając na tomik trzymany w ręce. W ciemnoniebieskiej okładce odbijały się jasne refleksy słońca. – Siedzę w nich, bo je lubię.
– Dlaczego?
Proszę, ześlij na niego mądrość z niebios.
Westchnęła ciężko. Omijając spojrzenie Erica, jej wzrok powędrował za jego plecy. Widziała, jak
chłopacy z klasy, stojący na drugim końcu boiska, obserwują ich podejrzliwie.
Nic dziwnego. Na ich miejscu też zainteresowałaby się tym, że kapitan ich śmiesznego (jej zdaniem) sportu, w środku treningu ucina sobie pogawędkę ze śmieszną (ich zdaniem) dziewczyną.
– Każda książka ma w sobie historię – powiedziała wreszcie, bezmyślnie ważąc przedmiot w dłoni. – Z każdą poznaję coś nowego, widzę więcej rzeczy. Czytanie myśli innych ludzi jest niesamowite, a dobrze napisana książka może nawet zmienić światopogląd. Często mogę poczuć się wyjątkowo. Inaczej, lepiej. A wciąż w nich siedzę, bo... – Znowu spojrzała na Erica i urwała, gdy dotarło do niej, że rzeczywiście jej słucha. – A zresztą, co cię to obchodzi? – zakończyła ze złością. – Nie jesteśmy przyjaciółmi, żebyśmy mogli rozmawiać w ten sposób. Przestań zabierać mi książki, truć mi życie i wracaj do swoich kolegów.
To powiedziawszy, odwróciła się do niego plecami kolejny raz tego dnia i ruszyła naprzód, nie mając zamiaru oglądać się przez ramię.
– Nora! – zawołał za nią chłopak. – Ale Nora, poczekaj!
Tym razem nie zareagowała zupełnie. Eric nie jest jej przyjacielem.
Ona nie ma przyjaciół.
Szybkim krokiem opuściła boisko i przeszła przez świeżo pomalowaną (jaskrawym, zielonym kolorem, maskującym plamy rdzy), otwartą na oścież furtkę. W marszu, gdy szła już w cieniu rzucanym przez budynek, włożyła książkę do znoszonej, granatowej torby, przewieszonej przez ramię.
Z trudem ją zapięła – jak zwykle wypchana była do granic możliwości. W końcu podręczniki to nie jedyne potrzebne w szkole rzeczy, prawda?
Większość miejsca w jej torbie zajmowały właśnie książki, głównie młodzieżowe. To nie tak, że starała się czytać wszystkie naraz, na dodatek w zawrotnym tempie, nie. Lubiła skupić się na jednej i w spokoju odkrywać wszystkie jej sekrety. Nigdy nie urządzała wyścigów z czasem.
Nosiła ich tak wiele, dlatego, że udzielała się w bibliotece szkolnej. Nie musiała tego robić, ale odkąd pierwszy raz do niej trafiła, to miejsce zajęło specjalne miejsce w jej sercu. Poza tym, nie miała wiele zajęć poza lekcjami, a panie bibliotekarki były naprawdę miłe. Często im pomagała – czy to coś posegregować, czy zreperować, czy policzyć.
Kochała książki, a nie tylko je czytała. Jednak tym, z czym naprawdę nigdy się nie rozstawała, był jej notatnik.
Nosiła go wszędzie. Głównie dlatego, że nigdy nie wiedziała, co akurat przyjdzie jej do głowy i co akurat będzie chciała zapamiętać. Słowo, obraz, zlepki zdań.
Myśli są zbyt ulotne i czasami zbyt piękne, by tak po prostu dać im prześlizgnąć się przez płytką, ludzką pamięć, i pozwolić odejść.
W pewnym sensie uważała notatnik za swoje serce. Za coś prywatnego, jedyną rzecz, do której nigdy nie da nikomu dostępu.
Ha. Nawet gdyby szczerze chciała... i tak nie miałaby komu.
W milczeniu spacerowała chodnikiem. Na rosnącym wzdłuż niego trawniku tkwiły niewielkie drzewka, w których koronach zaczęły wreszcie rozkwitać kwiaty o delikatnym odcieniu bladego różu.
Nieprzyjemne gorąco rozwiał wiatr, zastępując je przyjemnym ciepłem. Po dwóch stronach dwupasmówki, lewej i prawej stronie, w idealnie odmierzonych odstępach znajdowały się ładne domki jednorodzinne.
Wszystkie schludne i zadbane. Wszystkie takie same. Jakby zostały wyprodukowane przez maszyny, a nie zbudowane ciężką pracą rąk żywych ludzi.
Kilkanaście metrów później Nora skręciła w kolejną ulicę. Teraz wystarczyło iść cały czas prosto, żeby dojść do jej domu, stojącego niemal na samym końcu alejki.
Wreszcie odnalazła nową, drewnianą furtkę i otworzyła ją z westchnieniem. Zamykając ją, uniosła wzrok, spoglądając na budynek, w którym mieszkała.
Ładny, uroczy domek. Nic dodać, nic ująć. Sąsiedzi z naprzeciwka mieli taki sam. I ci po lewej też. I po prawej.
Ruszyła wyłożoną żwirem dróżką, ze wzrokiem utkwionym w ciemnobrązowych drzwiach, lśniących czasami tak mocno, że białe refleksy przyprawiały o ból głowy. Nie zwracała uwagi na krótko przystrzyżony trawnik, na kwiaty posadzone według koloru ani na idealnie przycięty żywopłot, chroniący jej dom przed ciekawskimi spojrzeniami sąsiadów i przechodniów. Nie zwracała uwagi na panujący na dworze nienaturalny porządek.
Jej zdaniem ogród powinien być wolny. Oczywiście, nie dziki i zarośnięty, zaniedbany, ale... wolny. Tak, to było określenie, którego szukała.
Brak selekcjonowania kwiatów w oparciu o to, jaki mają kolor; drzewa rosnące tak wysoko, jak tylko chcą; trawa, która może odetchnąć nasłonecznionym powietrzem, nim zostanie ścięta do samej ziemi.
Gdyby ich ogród wyglądał tak, jak marzyła, przynajmniej różniłby się czymś od innych. Może byłby czymś dobrym. Czymś, w czym chętnie spędzałaby czas, z książką w dłoniach i kubkiem herbaty stojącym obok niej, na tarasie.
Ale jej zdanie się nie liczyło.
Weszła po kamiennych schodach i nacisnęła mosiężną klamkę. Drzwi uchyliły się bez problemu, co oznaczało, że ktoś był w środku.
– Wróciłam! – zawołała, przekraczając próg i rozmyślnie ignorując fakt, że wie, że i tak nikt jej nie odpowie.
Tak było zawsze.
Przez chwilę wpatrywała się przed siebie, w bezruchu pozwalając, by oplotła ją ciemna cisza domu, po czym ściągnęła buty, skierowała się do kuchni i tam cisnęła torbę w kąt. Najpierw zawsze jadła – potem mogła iść do pokoju i zaszyć się w nim do końca dnia. I tak nikogo nie obchodziło to, co robiła. A przynajmniej na to wyglądało.
Pokręciła głową, czując dla własnych myśli cień pogardy.
Zajrzała do lodówki. Gdy nic w niej nie znalazła, postanowiła zbadać piekarnik. Potem upewniła się, że na blacie i stole także nic nie leży i dopiero wtedy pozwoliła sobie na kolejne westchnięcie.
Po chwili bezsensownego siedzenia przy stole postanowiła ruszyć się i zrobić sobie jajecznicę.
Trochę jej już zbrzydła – bardzo często robiła ją sobie na kolację – ale na szybki obiad bardziej pasowała ona niż mleko z płatkami. To nie tak, że jej umiejętności kulinarne były bardzo upośledzone. Po prostu brakowało jej chęci na włożenie nieco wysiłku i czasu w przygotowanie bardziej wymyślnego posiłku.
Niedługo potem znowu siedziała przy stole, z tą różnicą, że teraz pod ręką miała jedzenie i książkę.
Zatraciła się w świecie dawnych Karaibów i pirackich okrętów, tym samym zapominając o pustce, która wiecznie panowała w domu.
To takie niesamowite uczucie, zagłębienie się w książkach. Niemal takie samo, jak zanurzenie się w morzu, wystawienie twarzy ku słońcu i zamknięcie oczu. Skupianie się na cieple, krzykach mew i szumie fal.
Coś pomiędzy jawą a snem.
Z krainy czarów i marzeń wyrwał ją głos, który znała od pierwszego oddechu, od pierwszego krzyku. A jednak ostatnio stał się dla niej zupełnie obcy. Dziwnie głośny. Niepasujący.
– Nora? Wróciłaś?
Nora uniosła głowę i spojrzała wprost na kobietę stojącą w progu, której zwykle nie nazywała kobietą, a swoją mamą.
Nieco wyższa od niej, zgrabna mimo wieku, nosząca prostokątne okulary w wąskiej, czarnej oprawce i eleganckie ubrania – zawsze wyprasowane, idealne, bez ani jednego zagniecenia czy ani jednej plamy. Teraz ubierała się tak nawet w domu.
Kiedyś było inaczej.
Nie, nie kiedyś. Niedawno.
Jej twarz miała o podłużnym kształcie prezentowała spokój i nienaganny makijaż. Okalały ją pojedyncze kosmyki czarnych włosów, które wyślizgnęły się z uczesanego wysoko koka.
Nora niespiesznie przeniosła wzrok z Elizabeth Adveny z powrotem na strony swojej książki.
– Wróciłam – odparła na zadane wcześniej pytanie, chociaż odpowiedź należała do oczywistych.
– I jak w szkole? – Nie musiała patrzeć, żeby widzieć, jak matka zakłada ręce na piersi.
– Jak zwykle – odpowiedziała Nora, nie unosząc wzroku znad książki. – Bardzo interesująco.
– To dobrze. – Matka nie dosłyszała ironii w jej głosie. – To co chciałabyś na obiad?
– Już jadłam – powiedziała krótko. Nie mogła skupić się na słowach.
„...dawno nie widzieli takiego sztormu. Fale z zaciętością przelewały się przez pokład jakby gotowe, by zniszczyć każdą przeszkodę, jaką napotkają na swojej drodze..."
– Och. – W głosie Elizabeth dało się słyszeć zawód. – Przecież wiesz, że zawsze robię obiad, kiedy wracam do domu...
– Byłam głodna – skłamała Nora.
Tak naprawdę miała dosyć spóźnionych obiadów swojej matki. Można nazwać ją niewdzięczną, ale...
Spokojnie, Nora. Przesadzasz. To wszystko minie. Cała ta sztywność, sztuczność... pustka. To minie.
– Dzisiaj w pracy było fantastycznie. Odbyliśmy kilka ważnych spotkań i myślę, że mamy wielką szansę na świetny kontrakt.
Praca.
– Cieszę się. – Nora z hukiem zatrzasnęła książkę. – Idę do siebie.
– Przecież dopiero co przyszłaś. – Matka spojrzała na nią ze zdziwieniem. Nowe zmarszczki na jej twarzy pogłębiły się lekko.
– Mam mnóstwo roboty – skłamała znowu Nora, przerzucając torbę przez ramię.
Zbliżał się koniec roku, niemal wszystkie oceny zostały wystawione, więc w szkole nie robili praktycznie nic. Potrzebowała tylko powodu, żeby wymknąć się z kuchni.
– W porządku. – Matka nie była jednak podejrzliwa. – Jakbyś czegoś potrzebowała, dzwoń. Jadę do pracy.
– Mhm. – Nora zatrzymała się w progu, słysząc niezaskakujące wieści. – A kiedy wracasz?
– Jakoś pod wieczór. – Matka uśmiechnęła się do niej.
– W takim razie powodzenia. – Nora nieśmiało odwzajemniła uśmiech. – Krzyknij, kiedy wrócisz.
– Dobrze, słonko. Rób grzecznie lekcje.
– Jasne. – Nora ruszyła dalej.
Wspięła się po schodach, żeby po chwili pchnąć drzwi i znaleźć się w miejscu, które jako jedyne przynosiło jej choć trochę poczucia bezpieczeństwa – w swoim pokoju.
Mówią, że jeśli własny dom przestaje być tym, czym był od zawsze, zaczynają dziać się złe
rzeczy. Dlatego tak bardzo bała się utraty ostatniego bezpiecznego lądu na wodach wszechświata.
BINABASA MO ANG
Zagubiona
FantasyCzasami nie mamy pojęcia, jak niewiele trzeba, żeby odkryć coś niesamowitego. Nie mamy pojęcia, co możemy znaleźć zaledwie parę kroków od nas - jeśli tylko wystarczy nam odwagi, by dostrzec. Nora to jedna z milionów nastolatków na świecie, których b...
