Prolog

60 7 6
                                        

Był to początek września, a może jednak jest, ponieważ już dziś idę na pierwsze lekcje w swojej wymarzonej szkole. Już od bardzo dawna marzyłam o tym, aby tylko trafić do szkoły japońskiej. Udało mi się! Osobiście stwierdzam, że plan wcale a wcale nie jest taki zły. Mogło być gorzej. Pierwsza lekcja zaczynała się na 8.30 i była to matematyka. Nie powiem, kocham matematykę. Z podniecenia i satysfakcji sama wstałam nawet przed budzikiem, więc nie musiałam moją mamę zamartwiać, iż się spóźnię już pierwszego dnia szkoły. Ogarnęłam się raz, dwa w ubrania, które przyszykowałam sobie dzień wcześniej. W tym etapie szkolnym zdecydowałam, że już nie będę typową chłopczycą, gdyż wiele moich rówieśniczek miało już chłopaków, a ja jednak nie. Związałam swoje długie, ciemnobrązowe włosy w wysokiego kucyka. Zobaczyłam czy aby na pewno mam wszystko spakowane w swoim plecaku, kiedy się już przekonałam, że mam wszystko zbiegłam szybko z piętra na dół po schodach do kuchni omal z nich nie spadając.
- Liv! Czemu tak szybko już schodzisz? Jest dopiero piętnaście minut po siódmej masz wiele czasu. Chodź, siadaj do mnie zjesz sobie na spokojnie - zwróciła moja uwagę mama, która jak zawsze wstawała pierwsza pomimo tego, że pracuje w domu. - Ale się wystroiłaś! Na podryw idziesz?
-Oj, mamo! Dobrze, że nie mówisz tego na ulicy bo byś mi wstydu narobiła! Co dzisiaj dobrego na śniadanie mi zrobiłaś?
- Rąk nie masz? Nie no, spokojnie mam dla Ciebie Twoje ulubione kanapki z moim, najlepszym dżemem truskawkowym! - Wypowiedziała to z wielkim entuzjazmem i podała mi talerz ze śniadaniem. Mimo, iż początek naszej rozmowy zaczynał się świetnie to i tak jadłyśmy w ciszy, kiedy pod koniec mojej ostatniej kanapki przyszło najmłodsze rodzeństwo. Trojaczki - Noemi, Sinead i Ivo - jak znając życie robiły straszny harmider. Mają jeszcze po osiem lat i niby z tego powodu mam im wybaczać, ale ich jest troje, a ja jednak jedna. Powiedziałam mamie, że wolę iść szybciej, abym się nie spóźniła bo jestem do tego zdolna. Pożegnałam się z bliskimi i wyszłam z domu.
- No dobra! Liv! Masz już szesnaście lat i jesteś dość stara, żeby znaleźć sobie znajomych! Idź do szkoły i żyj pełną parą! - Mówiłam do siebie jeszcze pod domem. Miałam nadzieję, że w ten sposób bardziej siebie zmotywuję i jakoś wyszło. Założyłam swoje najukochańsze słuchawki jakie mam - bo jedyne - włączyłam Florence + The Machine oraz ruszyłam szybkim krokiem w stronę liceum. Mając wiele czasu poszłam tą dłuższą drogą. Właśnie kierowałam się ku parku, gdy ogarnęłam że wokół mnie jest całkowicie pusto. W dzień to miejsce było bardzo ruchliwe, jednakże z rana było to różnie. Rozglądałam się dokoła jakie to samochody jadą. Spostrzegłam niebieskiego vana z ciemnymi szybami, który powoli zbliżał się do krawężnika. Wydawało mi się to podejrzane, więc zaczęłam przyspieszać w kroku. Po chwili usłyszałam jak samochód zaparkował i ktoś wysiada. Obejrzałam się za siebie i jedyne co zauważyłam to wysokiego mężczyznę w masce z wielkim kijem baseballowym w ręce, który zaczął biec w moją stronę. Czułam jego obecność obok mnie, że jest coraz bliżej. Nie miałam szans, aby przed nim uciec. Poczułam tylko mocne uderzenie w tył głowy, zobaczyłam stopniowo otaczającą mnie ciemność z każdej strony i upadek.

Zaginiony czas...Stories to obsess over. Discover now