Wypadek

17 2 0
                                        

Mała Edith spacerowała z mamą chodnikiem po przedmieściach San Diego w Kalifornii. Tego dnia było bardzo upalnie i chociaż dobijała już szesnasta, słońce nadal biło po twarzach swoimi promieniami, a niebo nie miało ani jednej chmurki. Dziewczynka podskakiwała i nuciła sobie coś pod nosem, machając swoją różową spódniczką na lewo i prawo. Kiedy skakanie jej się nudziło, podchodziła do krawężnika i szła po nim, próbując utrzymać równowagę.

-Edith, proszę, nie zbliżaj się do jezdni. - zwróciła jej uwagę mama. - Jeśli jeszcze raz zobaczę, że stajesz na krawężniku, zabiorę ci Szumisia. - Kobieta złapała ją za rączkę i przyciągnęła dziewczynkę  do siebie.

-Tylko nie Szumisia! - krzyknęła dziewczynka i zeszła z krawężnika. - Wszystko, tylko nie Szumisia. - tupnęła i stanęła przed mamą.

-Edith! - skarciła ją mama.

-Przepraszam. - zrobiła słodkie oczka. - Już nie będę. - odwróciła się i poszła dalej. Edith trzymała się z dala od krawężnika i ulicy, bo nie chciała stracić swojego ukochanego misia Szumisia. Był on dla niej bowiem czymś wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju. Dostała go kiedyś od wujka, którego kochała nad życie, ale niestety zginął on w wypadku samochodowym trzy lata temu. Oczywiście Edith o tym nie wiedziała, bo od incydentu każdy wmawiał jej, że wujek wyjechał w delegacje i, że nie wróci zbyt szybko. Szkoda by było złamać tak malutkie serce.

Rodzina Edith mieszkała w Chula Vista, gdyż nie lubiła zgiełku i hałasu miasta. Było to spokojne i ciche miasto położone obok dużego San Diego, do którego rodzina jeździła bardzo rzadko, prędzej spacerowała tam z Edith, ponieważ lubiła ona duże miasta.

Dookoła chodnika, po którym spacerowała dziewczynka z mamą rosły palmy, stały kolorowe budynki z białymi okiennicami i co parę przecznic można było spotkać budki z hot-dogami.

-Mamo, daleko jeszcze? - spytała Edith.

-Zaraz będziemy w domu. Zapomniałaś? O! Zobacz! - mama wskazała palcem wielkie drzewo. - Juz blisko. - Wielki dąb stojący obok sklepu od zawsze był wyznacznikiem tego, ile jeszcze zostało do domu. Mama zawsze pokazywała je Edith, ale dziewczynka nie zawsze je widziała i przez to zapominała, że w ogóle ono tam stoi. Nauczono ją, że od dębu do domu jest jeszcze pięć minut drogi piechotą, więc zawsze pocieszało to dziewczynkę.

Kiedy minęły drzewo, uwagę Edith przykuł mały, rudy kotek, siedzący po drugiej stronie ulicy i wpatrujący się w nią mocno zielonymi oczami. Promienie słoneczne odbijały się od jego nadzwyczajnie błyszczącej sierści i oczu. Dziewczynka zatrzymała się i popatrzyła w oczy kotka, który zaczął machać ogonem. Na chodniku nie było nikogo oprócz Edith i jej mamy, ulica też była pusta, więc dziewczynka postanowiła, że podejdzie do kotka i go pogłaszcze. Nadal wpatrywała się w jego zielone oczy. Nie ważne jak bardzo chciałaby odwrócić wzrok, po prostu nie mogła. Czuła jak jakaś siła przyciąga ją do kota i nic nie może z tym zrobić. Była jak zahipnotyzowana.

-Kochanie? -mama położyła jej rękę na ramieniu. - Edith? Halo, słyszysz mnie? - kobieta lekko potrząsnęła  swoją córką. Nic. Zero reakcji. Nagle Edith zaczęła iść w stronę kotka. Podeszła do krawężnika i nie patrząc czy coś jedzie weszła na ulicę. Lekki wiatr zawiał jej na twarz i delikatnie zmierzwił czarne włosy związane w dwa kucyki. Dziewczynka była już na środku drogi, nadal wpatrzona w zielone oczy kotka, kiedy niespodziewanie z pobocznej uliczki wyjechało rozpędzone auto. Mama Edith rzuciła się pędem, żeby odepchnąć swoje dziecko od nadjeżdżającego auta, ale niestety było już za późno. Wystarczyło tylko parę sekund, ogłuszający pisk opon i samochód, a przed nim leżąca na jezdni, nieprzytomna mała dziewczynka. Edith. A po drugiej stronie ulicy nie było już rudego kotka.

Coma // nowy początekDonde viven las historias. Descúbrelo ahora