-Syneczku uważaj.- Powiedziałam do Mikołaja, patrząc jak podchodzi do dzieciaków które bujają się na huśtawce i nie zwracają uwagi na to że mój mały chłopiec podchodzi do nich stanowczo za blisko.
Ma to po ojcu, szuka siniaka i wrażeń. Nie jestem nadopiekuńcza, ale odkąd nie ma z nami jego taty każdego dnia towarzyszy mi strach że mojemu synkowi stanie się coś złego. Nie potrafię powstrzymać tego cholernego strachu.
Moje dziecko bawi się na karuzeli z jakąś dziewczynką i jej mamą. Nie znam tej kobiety ale na chwilę powierzam jej syna, pozwalając sobie spuścić z niego oko by napisać wiadomość do przyjaciółki za którą czekam. Posyłam kobiecie uśmiech i piszę SMSa.
"Kochana kiedy będziesz?"- klikam do mojej najlepszej przyjaciółki. Która pomaga mi jak tylko może w wychowaniu syna. Jest jego matką chrzestną i wypełnienia wszystkie funkcje które powinny należeć do ojca.
"Minuta pięć."- odpisuje atrakcyjna blondynka. Więc wracam wzrokiem na dziecko i na litość Boską, zniknął w jednej chwili i nie mam pojęcia gdzie.
Szukam i serce mi zamiera. Przemierzam źrenicami każdą karuzelę, huśtawkę i wszystkie ławki na terenie placu zabaw. Wstaje przerażona i zaczynam biegać jak poparzona wśród innych matek i ich dzieci. Podbiegam do kobiety przy której ostatni raz widziałam Mikołaja.
-Widziała Pani gdzie jest mój syn?
-Nie proszę Pani,poszedł się bawić z innymi dziećmi.-odpowiada przerażona jak ja.
-Jezu Chryste-zachrypłam.- Taki maluch o brązowych dużych oczkach, ma blond włoski i miał na głowie fullcap. Czerwona bluza i szare spodenki,dresy. 3-latek.
-Wiem jak wygląda pani synek ale odszedł od nas. Przepraszam,że nie zwróciłam uwagi, ale pomogę pani poszukać.
Przemierzam wzrokiem w lewo między drzewami i widzę mojego chłopca, widzę jak wychodzi na ruchliwą ulicę.
"Na litość Boską, Wojtek zrób coś. Wojtek, spraw cud. Ukochany uratuj nasze dziecko"-przebiega mi przez myśl, bo już nie wiem na co się powołać, bo za nic w świecie nie zdążę tam dobiec,chociaż próbuje z całych sił. I widzę samochód a Mikołaj jest co raz bliżej żeby wejść mu prosto pod koła.
-Mikołaj!!!- Drę się w bezsilność i mam cholerną nadzieję że ktoś to usłyszy i zwróci uwagę na chłopca na środku ulicy.
Samochód trąbi a ja zamykam oczy bo nie chcę na to patrzeć. Łzy rozrywają mi policzki. Słyszę pisk opon i nie chce otwierać oczu.
__________________________________________
Nie pamiętam jak dostałam się na pieprzone skrzyżowanie. Po tym telefonie wszystko przebiegało w amoku. Nie pamiętam żadnej sekundy od telefonu do momentu kiedy zobaczyłam tłum ludzi, mnóstwo policji, rozpierdolony na cześć motor na którym też jeździłam nie raz i czarny worek na środku a w czarnym worku ciało mojego narzeczonego. Zaczynam przedzierać się przez gapiów i dotarłam na sam początek. Nie wierzę własnym oczom, to nie może być prawda. Próbuje podbiec do ukochanego i ktoś mnie powstrzymuje. Dwa psy. Jeden ściska mnie za lewą rękę a drugi trzyma w talii, próbuje się im wyrwać i do kurwy jebanej nie mogę. Moja bezsilność wobec tych dwóch kumuluje się w olbrzymią siłę, której nigdy wcześniej w sobie nie czułam.
-Nie może pani tam we...-zaczyna ten z lewej strony, ale nie kończy, bo ten policyjny wywód przerywa mu moja pięść. Nie wiedziałam że tak umiem. Chyba wybiłam mu zęba, ale nie mam czasu się nad tym zastanawiać bo kiedy tylko mnie puszcza ja korzystam z okazji i podbiegam do Wojtka. Padam obok niego na kolana i wyję w niebo głosy. Słyszy mnie cały tłum. Jedni mnie obgadują, inni wzruszyli się na ten widok, jeszcze inni, którzy nie mają w sobie za grosz człowieczeństwa szepczą że dobrze w sumie że się zabił, bo za parę miesięcy mógłby zrobić komuś krzywdę jeżdżąc tak na tym pierdolonym motorze. Ale wina nie była po stronie mojego mężczyzny. To w niego uderzył pijany kierowca Mercedesa.
Z resztą to nie jest teraz ważne, nic nie ma znaczenia prócz tego że w domu czeka za nami nasze dziecko, prócz tego że dzisiaj usłyszałam ostatni raz przed jego wyjazdem że mnie kocha. Nic nie ma znaczenia , prócz tego że najbliższy mi człowiek nie żyje. Zamknęli mu oczu a ja już nigdy więcej ich nie zobaczę. Nawet nie mogę się pożegnać. Krzyczę do niego a on mnie nie słyszy, nie reaguje.
-Obudź się !! Kochanie wstań, wracajmy do domu. Mikołaj za nami czeka. Wojtek no wstawaj-szarpię jeszcze ciepłe ciało całego mojego świata.-Błagam cię kurwa, otwórz te piękne oczy. Nie zostawiaj nas. Nie możesz. Obiecałeś że już na zawsze będziemy razem!!- wrzeszczę przez łzy. Nagle czuje uścisk na ramionach, ktoś próbuje mnie podnieść a ja padam znów obok ciała. Postać która próbowała mnie uspokoić klęka obok mnie.
-Dziecko, on Cię nie słyszy.-szepcze mi znajomy głos. Zerknęłam spod byka i zauważyłam mojego ojca.
-Słyszy tato. Słyszy mnie.- Uspokajam się trochę na widok ojca. A ten mnie przytula.
Patrzę na Wojtka i całuje usta które jako jedyne są lodowate. Całuje je poraz ostatni, wkładając w pocałunek tyle miłości ile jeszcze nigdy w życiu nie włożyłam. I mam nadzieję, że będzie jak w bajkach, a on otworzy oczy. Zerknęłam na niego i nadal się nie obudził, więc całuje jeszcze raz i jeszcze i znowu i nadal nic to nie daje.
Kładę się obok, przytulam się do klatki piersiowej na której są ślady reanimacji, uświadamiam sobie że nie słyszę bicia jego serca, serca które należało do mnie i naszego dziecka. Przytulam go ostatni raz i już to do mnie dociera, bo dusza opuściła ciało. Czuje bo już cały jest zimny.
-Mialeś ze mną wrócić.- Mówię kiedy głaszcze go po dobrze ułożonych blond włosach omijając dużą zakrwawioną ranę.- Kocham Cie.
YOU ARE READING
Max love
Random"Za uśmiech dziecka, często widzę w nim siebie. W tych najgorszych momentach ty jesteś moim tlenem. To moja krew, będziesz lepszym człowiekiem". Zuza samotnie zajmuje się Mikołajem i nie może poradzić sobie z tragedią jaka ich spotkała. Pojawia si...
