To była zdecydowanie dziwna sprawa. Sam nie wiem czy nie najdziwniejsza w całym moim życiu... Wszystko zaczęło się jakoś w kwietniu, w tym momencie, gdy zima ustępuje, ale jednak wiosny próżno szukać: drzewa są nagie, a deszcz szumnie szeleści szpadając po daszkach... Przedwiośnie. Ciekawiło mnie zawsze, czemu nie ma czegoś takiego, jak na przykład przedlecie?
Siedziałem, jak często, przy swoim solidnym, dębowym biurku. Ludzie uważają, że drewno dębowe od razu kojarzy się z tym potężnym drzewem i ma to działać, budując autorytet, choć dla mnie wystarczało, że podobało mi się: lekko zdobione, ale na pewno daleko mu było do baroku, więc nie kłuło w oczy.
Niby myślałem o tym, jak dyskretnie uzyskać z Magistratu informacje potrzebne do obecnego zlecenia, ale bliżej mi było do marzenia o niebieskich migdałach. Choć właściwie bałbym się takie zjeść, ale czego Abram, czy Mosze człowiekowi nie próbowałby sprzedać... W każdym razie bardziej błądziłem myślami, jeśli błądzić można, nie idąc najpierw żadną konkretną drogą. Błąkałem się nimi...?
Zapowiadał się kolejny, zwyczajny wieczór i nic nie zdradzało, co miało się niedługo zacząć. Zegar na ścianie miarowo stukał, za oknem kropiło, a ja podświadomie stukałem palcami o blat biurka, patrząc na równo ustawiony stosik kilku książek, parę kartek papieru, dwa pióra: jedno z tuszem czarnym, a drugie z niebieskim (czasem się przydaje, nigdy nie szkodzi).
Doszedłem wtedy jedynie do jednego wniosku: popadłem w rutynę. Kolejne zlecenie, by odszukać członka rodziny, kolejny ponury dzień, kolejny raz widzę to samo pomieszczenie... Tak więc naturalne było, że w następnej kolejności wstałem z krzesła i skierowałem się w stronę stojącego przy wejściu wieszaka, by przewietrzyć się. Chciałem przejść Lipową i Św. Rocha, potem pewnie do dworca kolei, choć sam nie byłem pewien.
Byłem już w pół drogi po burgundowym, ozdobnym dywanie, gdy usłyszałem pukanie. Rzuciłem od niechcenia „Proszę!", samemu nie wiedząc, kto chciałby cokolwiek tutaj zrobić, szczególnie po godzinach pracy...
Ale! Drzwi otwarły się z wolna, a za nimi zobaczyłem Ją... Och, to było, jak grom z jasnego nieba! I choć oczywiście niebo było pochmurne, to dotychczas nie zanosiło się na burzę...
Stanąłem w połowie kroku, nieruchomo, jakby sparaliżowany widokiem. Dopiero ciche pytanie „Pan detektyw Schneider?" uświadomiło mi, że od kilku chwil patrzę w Jej stronę bez ruchu. „Tak, oczywiście! Pomogę Pani!" odparłem, szybko podchodząc i pomagając w zdjęciu płaszcza i powieszeniu granatowego, gustownego kapelusza o fioletowej wstążce. Samo Jej pytanie było bardzo kurtuazyjne, bo przecież musiała zobaczyć tabliczkę na drzwiach z moim nazwiskiem – sam ją tam wieszałem po to, by ewentualni klienci nie musieli pytać, na przykład sąsiadów: „Pan detektyw Schneider?".
Gdy już usiadłem naprzeciw Niej, spojrzałem na Nią raz jeszcze, głęboko. Dwie sekundy i... Najpierw wyjaśnijmy sobie jedno: wszędzie zamiast kobiet latało mnóstwo importowanych z zachodu „flapperów" – chude, wyzywające, o workowatych sukienkach, opaskach etc. Ale! Ona... To było... Po kolei: porcelanowa niemal cera, tak delikatna; błękitno-szare oczy; niewielki nosek i lekkie, wąskie usta, a do tego... Burza jasnorudych loków, upiętych lekko z boku... Ale co to za loki... Słowem: piorunująca! A jak wspomniałem, to Ona była pierwszą oznaką burzy. Ona wyprzedzała swój czas – zdecydowanie. Jak teraz o tym myślę, przypominała trochę Jo Stafford, choć była o wiele bardziej... Sam nie wiem, jak to ująć, ale od pierwszej chwili czułem, że to niezwykła kobieta...
„Sama nie wiem, od czego zacząć..." zaczęła, sama nie wiedząc, że to robi, dama. Usta powleczone ciemnoczerwoną, lekko połyskującą jak wosk szminką jakby podążały za wzrokiem, utkwionym gdzieś z boku, w podłodze. Mam nadzieję, że nie w tym miejscu, gdzie ciągle dywan zdobiła niewielka plama po whiskey...
„Zacznijmy od początku" na szczęście znalazłem w sobie na tyle sił, by powiedzieć to zdecydowanie. Szept zabrzmiałby tu...
„Chodzi o kogoś z mojej rodziny: zaginął i chciałabym..." po twarzy pociekła jej niewielka łza. Czasem mam wrażenie, że łzy są obrazem naszej duszy, a kto nie płacze, jest jedynie oszustem. Są łzy smutku i rozpaczy, łzy radości, spokoju, melancholii... Są łzy udawane, należące do osób sztucznych, tak samo szczerych, jak te niewielkie krople, u nich już nie perłowe, a mętne...
Co prawda pojawiał się w takich momentach problem mnie, bo przecież nie miałem w zwyczaju kłamać, ale nie to było istotne. A co do brata: słyszałem mnóstwo tego typu spraw: wyjechał, uciekł, poślubił, zniknął, zamordował, popełnił samobójstwo etc, a rodzina nie wie, co się dzieje. Ale Coś kazało mi przypuszczać, ze to nie jest jedna z takich spraw. Albo raczej Ktoś: Ona. Po niezwykłej osobie ciężko spodziewać się zwyczajnej sprawy.
„Kiedy ostatnio go Pani widziała?" starałem się możliwie delikatnie zadać rutynowe pytanie, choć nie było to wcale łatwe... Dama spojrzała na mnie, po czym spuściła wzrok i odparła dość chmurnie „Miesiąc temu" . Na szczęście nie były to wcale, wspomniane już, chmury burzowe, jednak niewielki deszcz musiał z nich padać.
„A jak wyglądał?" ciężko być naraz i profesjonalistą i osobą współczującą. Oczywiście, jeśli profesjonalistą jestem, inaczej ciężko jest współczuć. Właściwie ciężko było powiedzieć, że jej współczułem, bo to nie ja straciłem brata... Mogłem w sobie jedynie wzbudzić uczucie, jakie dotknęłoby osobę, która by brata straciła, ale nadmiar - by trafnie ukazuje, jak dalekie to od autentyczności.
„Gustaw był... Blondynem, o dość ostrych rysach. Zdecydowany, pewny siebie, czasem nawet..."
Tu musiała otrzeć, podaną przeze mnie błękitną, lnianą chusteczką, niewielkich kilka łez. Miałem wrażenie, że chciała dopowiedzieć „za bardzo", w każdym razie musiał to być ciężki temat. Może problemy rodzinne? Nie wiem, nie mnie w to wnikać.
„Imię i nazwisko szukanego? Jakieś wskazówki?" Musiałem przed sobą przyznać, że to były dwa bardzo dobre pytania, pod wieloma względami. Po pierwsze, znajomość nazwiska i tropów jest przydatna, kiedy ma się kogoś znaleźć, co raczej jest dość oczywiste. A po drugie, znając nazwisko damy, łatwiej jest się ubiegać o względy...
W każdym bądź co bądź razie, gdy tylko cichy szept zdradził, jak wołają na niego, już tylko drobna rzecz dzieliła mnie od podjęcia się zlecenia. Co do samej jego treści, tropów miałem niewiele, ale od tego właśnie tu jestem. Szczerze mówiąc, nawet przez moment nie zastanawiałem się czy je przyjąć, bo było to dla mnie oczywiste. Gdy teraz o tym myślę, to takie pewne by nie było... Kwestia wykonalności poszukiwań, czasu, kosztów, tego, czy byłem zajęty... Jednak jeden argument był nie do podważenia: Wyraz jej twarzy. Przykry wyraz. Trochę w nim smutku, łyżeczka goryczy, miarka tęsknoty... A to wszystko przysłaniało czar Jej oczu, ust, wszystkiego. Choć nawet i tak wyglądała czarująco, w całym tym mroku... Nie, nie mogłem się temu sprzeciwić, to było oczywiste...
W takich momentach zastanawiam się, dlaczego sufrażystki, mając tak wielką przewagę nad mężczyznami domagają się praw dla siebie. Czyż, zamiast praw nie lepiej mieć urok, czar...? Sex appeal...
Urok... Tak, mam wrażenie, że go na mnie rzuciła, od kiedy pierwszy raz ja na Nią rzuciłem wzrokiem... Urokliwa, urocza.
Tak więc wręczyłem Jej dokument rozpoczęcia śledztwa do podpisania, by następnie pomóc jej się ubrać i pożegnać, gdy zostawała w pomieszczeniu. Następnie skończyć robotę z papierami na kolejne zlecenie, by odszukać członka rodziny, kolejny dzień po godzinach pracy, pierwszy raz zetknąłem się z nową sprawą. Tak więc naturalne było, że w następnej kolejności wstałem z krzesła i skierowałem się w stronę stojącego przy wejściu drewnianego wieszaka, by przemyśleć wszystko, samemu nie będąc pewnym, którędy pójdę, jak tylko znajdę się dwa piętra niżej, pod dość już starą kamienicą przy Lipowej.
Och, doprawdy, została tam... To znaczy wyszła, ale jednak ciągle miałem Ją przed oczyma, choć Jej nie było. Miałem Ją w myślach, choć o Niej nie myślałem. Miałem Ją w sercu, choć Jej nie...
YOU ARE READING
Smooth One
Historical FictionJazz-band spokojnie grał, jak co wieczór, w lokalu. Klarnet gładko i melodyjnie przechodził między kolejnymi półtonami tematu, co chwila ustępując miejsca żywszym skrzypcom, a jednak tak przyjemnym, puzon łączył oba swoim metalowym, a jednak łagodny...
