Dziewięciu mężczyzn weszło do baru. Wszystkie rozmowy ucichły. Wszystkie oczy zwróciły się ku nim. Nawet najbardziej rozkrzyczane dzieci, nagle zamilkły. Nikt nie ważył się nawet wziąć głebszego oddechu. Jeden z nich zrzucił ze stołu kartkę z napisem "Rezerwacja". Żaden z pracowników nawet nie śmiał się ruszyć. Jeden z nich ściągnął hełm. Na jego szyi widniał orzeł. Odłożył element swojej zbroi, a następnie podniósł rękę. Wtedy z zaplecza została wypchnięta drobna kelnerka. Cała drżąc, podeszła do nich.
- C-co mogę pań... panom podać? - zapytała przerażona.
- Dziewięć porcji żeberek - odpowiedział Orzeł. Dziewczyna szybko czmychnęła za kotarę. Wtedy reszta odsłoniła głowy. Każdy z nich miał na szyi tatuaż przedstawiający jakieś zwierzę. Po sali rozszedł się pomruk, ludzie zaczęli oddychać normalnie. Za to w kuchni atmosfera była jeszcze bardziej nerwowa. Wszyscy kucharze i kelnerzy biegali w niewielkim pomieszczeniu, aby dania były wręcz idealne. Sami mężczyźni zajęli się rozmową, kiedy kobieta z dzieckiem na ręku podeszła do kotary, oddzielającej kuchnię od sali, po czym odsunęła ją lekko.
- Przepraszam... czy... ja mogłabym dostać moje zamówienie?
- Przykro nam, teraz musimy uporać się z gośćmi specjalnymi - wtedy jeden z przybyszy, młodszy od Orła, mocniej odsłonił kotarę.
- Prosze zająć się najpierw wcześniejszymi gośćmi, my możemy poczekać - następnie nic nie mówiąc, wrócił na swoje miejsce.
Jedli w ciszy, jedynymi dźwiękami były szczęk widelców i ciche mlaskanie. Nagle do baru wszedł ktoś jeszcze. Nie wzbudził takiego strachu i zamieszania, a jedynie ciekawość. Drobny, możnaby powiedzieć, chłopaczek, zajął dziesiąte miejsce przy okrągłym stole. Mężczyźni w zbrojach spojrzeli na niego z góry, ten jednak się nie speszył. Przestali jeść i odsunęli talerze, a kelnerzy niemalże z prędkością światła, zabrali je. Chłopak powiódł wzrokiem po nich wszystkich. Wtedy odezwał się Orzeł.
- Mógłbyś po prostu wyjaśnić, po co nas tu wezwałeś, zamiast próbować wzbudzić szacunek?
- Jesteście strasznie bezpośredni. Ale dobrze. Chodzi o biesa. Pałęta się nam po lasach, straszy ludzi. Ale musicie uważać. Jest silny, powalił czarta, z którym też się męczyliśmy - z ust mężczyzn wyrwało się lekceważące parsknięcie. Dla zwykłych ludzi silny, dla nich oznaczał dziecinną igraszkę.
- Ile? - zapytał Orzeł.
- Myślałem o... trzech tysiącach bravów...
- Na głowę?
Mężczyzna spojrzał na niego z zaskoczeniem.
- N-nie...
- Ile jesteś w stanie dać najwięcej? Na głowę.
- Może... tysiąc...
- To razem jest dziewięć tysięcy. Trzy razy więcej, niż chciałeś nam na początku zaproponować. Nie wydaje wam się to podejrzane, panowie? - spojrzał na towarzyszy.
- Nie, to nie tak...
- A więc jak?
- Dostaniecie dziewięć tysięcy.
- Nam pasuje. Ale płacisz z góry.
Znów posłał im zdziwione spojrzenie.
- Dlaczego mam wam zaufać?
- Bo jeśli oszukalibyśmy kogokolwiek, kiedykolwiek, wiedziałbyś o tym. Zależy ci na pozbyciu się porblemu, czy nie?
- Zależy no, zależy... - westchnął głęboko i wyciągnął z sakiewki przy torsie plik banknotów. Szybko je przeliczył i wyciągnął w stronę Orła. Ten odebrał je i nawet dobrze na nie nie spojrzał, jedynie szybko schował i wyciągnął rękę.
- Wiem, jak wygląda dziewięć tysięcy w dwusetkach. Daj mi te pieniądze teraz, albo porozmawiamy inaczej. Chyba naprawdę zależy ci na problemie.
- Nie, nie - wyjął resztę pieniędzy, w duchu przeklinając się za głupotę.
- Świetnie się z tobą rozmawia. Więc gdzie jest nasz cel?
- Zazwyczaj w okolicach ruin świątyni...
- Zbyt wiele nam to nie mówi.
- W okolicach świątyni Trzech Czarnych Ptaków, kierujcie się na północ. Godzina marszu stąd, uaktywnia się głównie w po szesnastej. Ma zaskakująco duże poroże, ale trochę mniej szczeciny niż inne. Wiemy też, że jego zdolności hipnotyzujące są naprawdę mocne.
- Tyle nam wystarczy. Idziemy - wyszli z baru. Do płotu przywiązanych było dziewięć wronich ogierów, o bystrych oczach. Stały spokojnie, przeżuwając kiełzna. Ich sierść lśniła w słońcu, niczym polana oliwą. Grzywa każdego była ścięta praktycznie przy samej skórze. Mężczyźni spokojnie podeszli do rumaków, po czym szybko znaleźli się na ich grzbietach. Konie podniosły bojowo głowy, jakby znalezienie się ciężaru na plecach było sygnałem do ataku. Kiedy wszyscy siedzieli w siodłach, konie ruszyły leniwym stępem we wskazanym kierunku.
Przedzierali się przez las, który rósł gęsto i nieokiełznanie, pomimo tego podróż minęła im szybko, lokacja też nie znajdowała się daleko. Kiedy dotarli do wskazanego miejsca zsiedli z koni i wyciągnęli broń. Chwilę później, usłyszeli głośny ryk. Stanęli plecami do siebie, w okręgu.
- Brandon, lecisz - powiedział Orzeł. Chłopak zmienił się w kruka i uniósł się w powietrze. Dosłownie po chwili leciał z powrotem, głośno kracząc. Znów przyjął ludzką postaci i dołączył do okręgu.
- Wcale nie jest duży. Ernest, bez problemu sobie poradzisz - na te słowa jeden z nich wystąpił z szeregu, a reszta ustawiła się za nim. Teraz stał tam tryk, ogromnych rozmiarów, a nie mężczyzna. Zaczął krążyć wokół ruin, pofurkując. W końcu pomiędzy drzewami pojawił się bies, faktycznie niewielkich rozmiarów. Ernest stanął naprzeciwko niego i rozszerzył nozdrza. Ustawił się w pozycji do ataku, po czym natarli na siebie. W momencie zderzenia po lesie rozległ się głuchy dźwięk miażdżenia kości. W jednej chwili odskoczyli od siebie, aby potem znów zetrzeć się ze sobą. Poroże biesa było bardziej rozłożyste, ale rogi tryka były sporo dłuższe od jego łba, wygodniej wygięte i zaostrzone, więc przy każdym ataku jego przeciwnik był mocno raniony. Jego szczecina była dużo łatwiejsza do złapania, niż króciutkie runo tryka.
Walka była ciężka. Bies ze względu na swoje rozmiary był zwinny, a do tego bardzo doświadczony. Ernest stał nad nim ciężko dysząc.
- Nie... nie spodziewałem się, że będzie tak ciężko. Chyba się starzeję.
- Przesadzasz. Dalej, zbieraj i idziemy.
- Po co, tak właściwie? - podszedł do nich najmłodszy, praktycznie nastolatek.
- Widzisz, Iwo. Bies ma bardzo cenny tłuszcz. Babki kupią go po każdej cenie. Świetny do smalcu, na cerę, na szczęście, na rozpałkę, na potencję - Iwo zachochotał pod nosem.
- Jaki jest nasz następny cel? - zapytał Ernest po zebraniu tłuszczu.
- Podobno w Grinyl jest kelpie.
- Czekaj, kelpie? Mamy zapolować na... kelpie? - zapytał chłopiec ze strachem w oczach.
- Nie bój się. Dla ciebie to dziewicze polowanie, ale nie dla nas. Pokażemy ci, co i jak.
- Mhm... - niepewnie przełknął ślinę. - Mimo wszystko, nie wiem, czy to dobry pomysł.
- Bardzo dobry. Pomyśl tylko... - objął go ramieniem. - Przerażeni ludzie i my, cudowni, na pięknych koniach, mężni rycerze. W blasku powracamy z łbem okrutnego demona w rękach. I potem tylko chwała i bogactwo, niewiasty i radość.
- Wolę nie przypłacać tego własnym życiem.
- Nie przypłacisz. Chłopie, zostałeś do tego stworzony.
- Gerard... ja wszystko rozumiem, ale... to tak jakbyśmy się porywali na smoka.
- Nie porównuj ich.
- A jak ty w ogóle chcesz to zrobić?
- Idziesz tam, ściągasz mu uzdę, wbijasz sztylet w tętnicę i gotowe.
- Czekaj, czekaj. Ja?
- No, a kto?
- Przecież ja nie umiem.
- Przecież się uczyłeś.
- Ale... książki...
- Wystarczy. Pora na nas - dosiedli koni, po czym ruszyli dalej na północ. Demon miał czuwać gdzieś przy niedalekim strumieniu.
YOU ARE READING
Łowcy
FantasySą tylko najemnikami. Tam, gdzie inni nie dają rady, pojawiają się oni. Wszystkie demony i upiory drżą na ich widok. Jednak nikt nie nie jest niepokonany, zawsze znajdzie się ktoś lepszy.
