Turniej

69 4 0
                                        

                        Rozdział I

Ostatnie dni zapowiadały się być niekoniecznie przyjemne, a deszcze które ostatnio nawiedzały to zapomniane, chyba przez jakichkolwiek Bogów miejsce, przyprawiały o czarne myśli. Za tydzień miały odbyć się zawody, które wymyślił sobie król Ernest. Zawody miały na celu wyłonienie najlepszego wojownika, z wytypowanej przez niego dziesiątki, po jednym z każdego hrabstwa, walki miały odbyć się na śmierć i życie.  Niestety z całego hrabstwa Morawend musiał być wytypowany ojciec małego Edgara. Chłopiec miał zaledwie siedem lat i nie rozumiał co dokładnie się dzieje, widział tylko płaczącą mamę i poważnego ojca usiłującego ją pocieszyć. Czasem gdy myśleli że śpi starał się podsłuchać ich rozmowę, ale i tak nic nie rozumiał, aż do dzisiejszego dnia. Gdy zajrzał do sypialni zobaczył dwie postacie, ojca i matkę siedzących na łóżku. Matka, piękna szlachcianka o jasnych blond włosach zwisających do pasa, która posturą przypominała nastoletnią dziewczynkę. Jej błękitne oczy nawet mimo płaczu przypominały letnie niebo. Łucja wzrostem nie wyróżniała się wśród innych kobiet, ale uwagę przyciągały jej zgrabne i szczupłe nogi. Łucja już jako dziecko uwielbiała biegać i uprawiać sporty, przez nią samą wymyślane, dlatego widać było u niej delikatny zarys mięsni brzucha. Ubrana była w aksamitną koszulę nocną jasno błękitnego koloru, która zasłaniała jej jędrne piersi i zgrabne uda.

Postać ojca natomiast była jej zupełnym przeciwieństwem, mężczyzna o ciemnych włosach, krótko ściętych po bokach i z tyłu oraz gęstą krótką brodą. Jego oczy na ogół przedstawiały pewnego siebie, groźnego wojownika ale w tym momencie widać w nich było strach. Jego ciało było niesamowicie rozbudowane, niektórzy porównywali go do niedźwiedzia. Na prawym barku widoczny był znak runiczny, który oznaczał siłę. Lucjusz nie był tak szlachetnie urodzony jak Łucja ale swoje stanowisko społeczne osiągnął dzięki swojej ciężkiej pracy. Miał on na sobie jedynie spodnie, w których spał, a dzięki temu widoczne były jego liczne blizny na plecach.

Sypialnia była mocno zacieniona, jedynym źródłem światła był kominek który stał na przeciwko łóżka. Nad kominkiem widniał herb rodzinny przedstawiający niedźwiedzia przyciskającego łapą węża. Okno znajdujące się naprzeciwko drzwi skierowane było w kierunku rzeki.
Płacz matki był wyjątkowo głośny, a słowa były często przerywane z powodu szlochania
- Lucjuszu pro...prosze cię ucieknijmy, b..b..bo zginiesz, ni..n.nie chce tego. Proszę zrób t..tto dla mnie i...i dla Edgara.
-Kochanie ale wiesz że nie mogę. Przecież wiesz że ten przeklęty Ernest ma wszędzie swoich szpiegów. No i jeszcze zakon płonącej róży...
-Al...l.. ale to nie wszystko! B.. bo ja jestem w ciąży!
-Co jak to?! Przecież Euzeriusz mówił że jest to niemożliwe!!
-Prawie niemożliwe. Lucjuszu byłam dziś u niego bo źle się czułam.. myślałam że to z nerwów, ale on on mnie zbadał i..i stwierdził że to ciąża. Co teraz z nami? Może ci odpuszczą? Może.. oni .. zr...
-Łucjo znasz naszego króla. On jest szalony, on chce żeby było po jego myśli, a nie obchodzi go zdanie innych. Postaram się wygrać, a potem wyjedziemy stąd o ile nie wymyśli czegoś nowego,... bo z tymi żołnierzami w naszym dworze ucieczka jest niemożliwa
-Obyś zwyciężył
-Kochanie ale obiecaj mi jedno. Jeśli zginę to zabierzesz Edgara do mojego brata do Nowender i tam się schronicie. On się wami zajmie.
-Nie mo..mo..możesz zginąć!
-Proszę cię kochanie obiecaj
-Obiecuję - zalewając się łzami wtuliła się w Lucjusza. Niebyła w stanie powiedzieć już nic więcej. Lucjusz świadomy tego podniósł się i udał się jak zawszę na wieczorną medytację. Dzięki medytacji każdy użytkownik run może naładować energię w nich się znajdującą.

Ostatni tydzień Edgar był przygaszony, nie miał ochoty ani na zabawę ani na wycieczki, które były jedną z jego ulubionych atrakcji dnia codziennego. Wciąż myślał o tym co usłyszał, zastanawiał się czemu ojciec miałby zginąć, co wspólnego ma z tym król i czym różnią się te zawody od pozostałych? Dzisiejszy dzień miał być wyjaśnieniem. Strach wszystkich był prawie namacalny. Wszyscy dookoła szeptali bo bali się że Edgar coś usłyszy, a on był coraz bardziej pewny że stanie się coś niedobrego. Tego poranka obserwował ojca, który robił ostatni trening przed zawodami. Wtedy pierwszy też raz widział ojca używającego runy. Jego Ciało spięło nagle wszystkie mięśnie, a Lucjusz stał się dużo szybszy. Nagle podbiegł do wielkiego kamienia, który był jego szerokości podniósł i zmiażdżył. Zrobił to z taką lekkością jakby była to grudka piasku.
-Prawda że niesamowite Edgarze? - zaskoczony Edgar aż podskoczył ponieważ nie słyszał żadnego odgłosu zbliżających się kroków- nie chcę cię oszukiwać ... chyba jako jedyny z całego dworu. Ehhhh. Edgarze król Ernest ogłosił zawody na najlepszego wojownika w królestwie. Tyle że będzie to walka na śmierć i życie, ... ehh ... a musisz wiedzieć że jest dużo osób które mogą pokonać Lucjusza, a chyba rozumiesz co się z tym wiąże?- Horacy spojrzał przenikliwie na chłopca, swoimi szarymi oczami. Czekał na jego atak paniki. Edgar wykazał się jednak siłą woli i powstrzymał łzy. Horacy położył dłoń na ramieniu chłopca - w moich oczach jesteś mężczyzną. Pamiętaj jeśli ojciec zginie to ty zostaniesz głową rodziny i to ty będziesz musiał ją chronić. Ale nie bój się twój ojciec poprosił mnie abym cię wyszkolił gdy on nie zdoła. Więc z dzisiejszym dniem rozpoczynamy trening. Podobno podstawy posługiwania się mieczem znasz, ale nie trenowałeś jeszcze z nikim- Horacy z uśmiechem motywującym, podał Edgarowi miecz treningowy.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                             
- Nie sądzisz wujku że to będzie trochę niesprawiedliwe?- Horacy był przeciętnego wzrostu, smukłym mężczyzną. Na co dzień posługiwał się głównie łukiem lub lekkim jednoręcznym mieczem. Jego runą była kontrola, pomagała mu ona zapanować nad swoim ciałem. Mógł np. wstrzymać ruch ręki podczas strzelania z łuku lub wyostrzyć wzrok w ciemności. Horacy posiadał ciemno rudy odcień włosów i dość smukłą ogoloną twarz. Gdyby nie głęboka blizna na policzku nikt by nie powiedział że jest on zaprawionym w bojach rycerzem. Zazwyczaj nosił na sobie przetarty kubrak oraz różnokolorowy płaszcz, dzięki któremu uzyskiwał kamuflaż w lesie.
-Będzie niesprawiedliwe, ale nigdy w życiu nie będzie sprawiedliwie. Jeśli mnie pokonasz trenując udowodnisz że jesteś godzien nazwania siebie wojownikiem.
-Ale przecież ja jestem tylko dzieckiem
-Ale nie możesz nim już być. Dla Łucji... dla twojej matki. Musisz ją podnieść na duchu. To ty będziesz musiał jej teraz pomagać. - wycelował mieczem do ćwiczeń w stronę Edgara. Dotknął dłonią runy- Iko- było to zaklęcie uaktywniające rune. Edgar zobaczył błysk w oczach Horacego oraz nagły dreszcz przechodzący przez jego ciało. - walczmy- powiedział pewnym siebie głosem. Pozwolił Edgarowi zaatakować pierwszemu. Edgar był bardzo wysoki jak na swój wiek więc nie był dużo niższy od Horacego. Jego wiecznie nie przystrzyżone blond włosy jak zwykle były w nieładzie nadając chłopcu trochę dziewczęcego uroku, ale delikatny zarys mięśni pokazywał pewnego siebie i silnego chłopaka. Także jego wiecznie żywe tryskające energią niebieskie oczy, obecnie lekko przymglone, budziły sympatię innych osób. Podczas treningu Edgar zauważył że Horacy jeszcze ani razu nie zaatakował, a jego obrona wydawała się jakby była od niechcenia. Edgar był prawie pewny że Horacy wie gdzie uderzy. Nagle niespodziewanie Horacy skontrował uderzenie i oddał silny i precyzyjny cios w prawe ramię Edgara, które go zwaliło z nóg.
-Ała!.. to bolało.
-Miało boleć. Uderzasz za wolno, za słabo i zbyt przewidywalnie.
-Ale...
-Nie ma żadnych ale. Wstawaj!
- Boli- Horacy podszedł do chłopca złapał go za kołnierz i podniósł na wysokość swojej twarzy
-Masz. Robić. Co. Ci. Każę!- i upuścił chłopca- Wstawaj i przyjmij pozycję do walki- Edgar podniósł się z bólem i kontynuował trening. Upadł jeszcze wiele razy, ale tym razem nie narzekał, podnosił się za każdym razem.

Król runOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz