Rozdział 6

4.8K 508 245

Oniemiały Will wpatrywał się w triumfującego Gale'a przed sobą.

- Czy myślisz o tym, co ja? - spytał książę Rutland.

Istotnie, chciał powiedzieć. Zamiast tego siedział cicho, ciężko dysząc i nie odrywał wzroku od rumianych policzków stajennego, na którego twarzy gościł wesoły, beztroski uśmiech. Szeptał słowa uznania do ucha zwierzęcia, kątem oka zerkając w ich kierunku. Znikła służalcza mina, a na jej miejsce wstąpiła arogancja.

Nie wiedząc, czy bardziej czuje gniew, czy może konsternację zachował stosowne milczenie.

- Tam do diabła, Williamie! Takich pośladków nie może mieć żaden mężczyzna albo zacznę wierzyć, że coś jest ze mną nie tak.

Podczas wyścigu, a raczej na ostatniej prostej, gdy mieli sposobność obserwowania wyprzedzającego go Blacknighta w kłębowisku kurzu, odniósł takie samo wrażenie, jakkolwiek pragnął się mylić w poczynionej wówczas ocenie. To bowiem stawiało Gale'a w złym świetle i rzucało cień na przytomność własnego umysłu.

Wkrótce jednak stwierdził niechętnie, że przestaje pojmować cokolwiek - tak bardzo poruszyła go własna ślepota. Podejrzenie, że ten dziwny chłopak mógł się w rzeczywistości okazać kobietą, nie mieściło mu się w głowie. A przecież nie należał do osób przesadnie dramatycznych.

Zakończywszy daną sobie chwilę do namysłu, a Stainowi zasłużony odpoczynek, niedługo potem zbliżył się wraz z przyjacielem do obiektu jego wcześniejszych rozważań.

- Gratuluję wygranej, chłopcze.

- Dziękuję milordzie. To w głównej mierze zasługa Blacknighta.

I doskonałego jeźdźca - dodał w myślach. - Jakkolwiek zdumiały go wnioski poczynione w ciągu ostatnich kilku minut, nie mógł zaprzeczyć, że sukces stał po obu stronach. W milczącym porozumieniu udoskonalonym w dzieciństwie dał znak, aby dysputę przejął Charles.

- Psiakość - przeklął tamten z nieprzekonującą złością i pałającym w oczach rozbawieniem.- Czyli teraz muszę pocałować Gale'a zgodnie z naszą umową. Ostatecznie byłem ostatni.

- Mylisz się, wasza wysokość - uciął sucho w odpowiedzi. - Przekroczyłem linię mety jako pierwszy, a zakład dotyczył przypadku, gdy to markiz zwycięży. Wobec zaistniałych okoliczności uważam przedmiot waszego zakładu za nieważny, gdyż nie spełnia wypowiedzianych w dżentelmeńskiej umowie warunków.

Stwierdzenie brzmiało rozsądnie, a determinacja, z jaką to powiedział, spowodowała, że rysy Williama nieznacznie złagodniały, pomimo dezaprobaty, jaką zaczął żywić. Milczał jednak, przysłuchując się dalszej rozmowie.

- Nagle stałeś się odważny.

- Przepraszam za śmiałość, ale dał mi pan wcześniej do zrozumienia, że oczekujecie szczerości, natomiast ja szczerze wyznaję pragnienie uniknięcia tego rodzaju spoufalania.

- Sprytnie - Książę zaśmiał się nisko. - Zakładam więc, że upiekło się nam obu. Mam teraz wobec ciebie dług.

- To naprawdę zbyteczne. - odparował szybko, zwracając się ku chlebodawcy - Czy mogę już wrócić do zajęć...? - Które ośmielili się mu przerwać - zawisło w powietrzu niewypowiedziane.

Nie mając powodu do dłuższego zatrzymywania go, markiz skinął twierdząco, aczkolwiek uczynił to niespodziewanie dla siebie niechętnie. Ciekaw był, na co jeszcze było stać Gale'a Oswolna, gdyż jego zachowanie było pełne intrygującej sprzeczności.

- Dziękuję, milordzie.

Patrzył intensywnie na kłaniającego się nisko jeźdźca, który cmoknąwszy na konia, po chwili odjechał.

Przyłapana (PAŹDZIERNIK 2019)Where stories live. Discover now