~*~ Prolog ~*~

54 9 19
                                        

Stukot obcasów. Obracam się za siebie żeby sprawdzić czy nikt za mną nie biegnie. Nie... jestem sama w ogromnym korytarzu. Trzymam suknię w obu rękach, próbuję się nie potknąć o jej brzegi.

- Brawo - mruczę pod nosem. - Tylko ja potrafię spóźnić się na rozmowę z własnym ojcem.

Staję pod drzwiami i próbuję wyrównać oddech. Kładę dłonie na drewnie, a dwa skrzydła pomału ustępują. Wchodzę do gabinetu. Wszytko jest jak zwykle. Na biurku stosy dokumentów, chociaż ojciec nigdy nie lubił papierkowej roboty, puchar z winem, albo już pusty i złoty posążek koguta, który mnie zawsze przerażał. Zwierze miało rozdziawione oczy i otwarty dziób, jakby próbowało wrzeszczeć z przerażenia.  Na ścianie wisi wielki zegar z wahadłem. Kiedy byłam mała często się nim bawiłam i go rozstrajałam. Ojciec zawsze był wtedy wściekły.

 Wzdycham i spoglądam na brodatego mężczyznę.

- Witaj ojcze. - zaczynam. - Chciałeś mnie widzieć.

- Owszem. Spóźniłaś się... - odpowiada. - jak zwykle. - ostatnie słowo mówimy razem i na nasze twarze wpływa uśmiech.

- Więc... o czym musimy porozmawiać? - podchodzę do fotela i siadam na nim.

- Rissa. Masz już szesnaście lat. Wiesz że to ten czas kiedy musimy znaleźć ci dobrego, przyszłego męża.

Wzdycham po raz kolejny.

- Tato. - jęczę.

- Nie tatój mi tutaj. Mam już dla ciebie kandydata. Poznasz go jutro na kolacji. Ma na imię Reit i jest przystojny. Przynajmniej tak twierdzi Mitch. - ojciec wiedział, że dla mnie bardzo ważne jest zdanie siostry, zresztą ze wzajemnością. Jako bliźniaczki od zawsze trzymałyśmy się razem.

Na początku tej rozmowy myślałam, że Mitch będzie siedzieć w fotelu obok i czekać na mnie. Zazwyczaj ojciec wołał nas obie.

- Czy... ona też ma swojego kandydata? - prawie szepczę.

- Owszem. Nazywa się Harc i również będzie jutro w zamku. - odgarniam swoje chabrowe włosy sprzed oczu i lekko opuszczam twarz.

- Ojcze... wiesz co o tym myślę.

- Tak. Ale zrozum też proszę, że Ty nie masz jak znaleźć partnera. Całe życie siedzisz w zamku i nie wiesz jakie jest prawdziwe życie. - wściekłam się. Nie lubię jak tak mówi. Nigdy nie podobało mi się bagatelizowanie moich problemów i wyidealizowanie życia w zamku. Zrywam się z krzesła i syczę.

- Z całym szacunkiem, ale tego nie wiesz. Jeśli jesteś taki mądry powiedz mi co czuję.

- Rissa, zachowuj się. Usiądź. - jęczy ojciec. W duchu wiem, że miał rację.

- Nie dziękuję. Postoje. Może jeszcze lepiej, z chęcią wyjdę. - mówię i otwieram drzwi. Prowadzi mnie dziwna furia, której nie do końca rozumiem. Za sobą słyszę tylko:

- Robię to dla twojego dobra. - ale ignoruje te słowa i wychodzę.

Po korytarzu odbija się dźwięk obcasów. Zresztą po raz kolejny.
Szybka rozmowa nie dała odpocząć ścianą od hałasu. Zirytowana zaczynam chodzić na palcach, a po chwili całkowicie zdejmuję obuwie i chwytam za obcas oba pantofle.

Nie mam co ze sobą zrobić, więc w sumie robię to co zwykle. Lekko załamana udaje się do biblioteki.
Niesforne włosy znowu znajdują się na mojej twarzy, ale nawet nie próbuję ich odgarnąć.

Omijam arrasy rozwieszone na ścianach i wiktoriańskie lampy. Wzdrygam się przez chłód panujący w murach zamku i idę szybkim krokiem przed siebie.

Skręcam i wreszcie znajduje się przy kolejnych ogromnych drzwiach. Pcham je i wchodzę do wielkiego pomieszczenia z wysokim sufitem. Wszędzie są książki. Od podłogi aż po sam sufit. Spoglądam na mały balkonik nad regałami i podchodzę pod niego widząc znajome zielone włosy. Spoglądam na półkę i szukam "Książki pełnej bezsensownych słów". Łapię za nią i chwilę czekam. Regał rozsuwa się a ja przed sobą widzę znajome mi schody. Tym razem nie uśmiecham się delikatnie pod nosem, przypominając sobie historie "tajnego przejścia". Razem z Mitch potrafiliśmy przesiadywać w bibliotece godzinami, przeglądałyśmy książki z obrazkami, a z czasem czytałyśmy grube tomy przygodowych czy innych powieści. Jako dwie małe dziewczynki marzyłyśmy o tajemnym przejściu w domu, a pieniądze i ojciec tylko pomogły.

Wchodzę za nie i pociągam za lampkę. Regał zasuwa się a ja wspinam się po chłodnych kamiennych schodach.

- Mitch! Wyjaśnij mi proszę, o co tu chodzi! - przestaje spokojnie iść i biegnę. Wpadam na balkon z pantoflami w dłoniach i patrzę na dziewczynę oskarżycielskim wzrokiem. - Jak mogłaś się zgodzić!

Podnosi wzrok z nad ogromnej książki i rozchyla usta, tak jakby chciała coś powiedzieć.

Na szlaku bogów Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz