Rozdział I

44 3 1
                                        

          Paryż. Kocham to miejsce. Kocham w nim być, kocham zwiedzać jego każdy zakątek.
          Z tego powodu, gdy tylko wyszłam na jego ulice, zaczęłam zmierzać wesołym krokiem w stronę szkoły. Pogoda bądź co bądź dopisywała, a ja dla odmiany wyglądałam dobrze. Ubrana w czarną koszulkę z białymi, zapewne indiańskimi wzorami oraz zwykłymi dżinsami, cieszyłam się. Dobry humor wynikł też stąd, że w końcu mogłam wyrazić siebie poprzez strój. Nie było tego obleśnego mundurka, jak w mojej poprzedniej szkole. I miałam nadzieję, że w nowym miejscu zrobię wrażenie takie, jakie chcę.

          Dziedziniec kwitł w zieleń. Znajdowały się tam pojedyncze drzewka, a na widok ławek pod nimi niemal uroniłam łzę. Po mojej prawej stronie miała być sala gimnastyczna, a po lewej - klub ogrodników. Przede mną natomiast były drzwi. Wielkie, szerokie, jak te z amerykańskich filmów. Przywdziewając uśmiech, natychmiast przekroczyłam ich próg i udałam się pod biuletyn z wywieszonymi zastępstwami oraz planem lekcji. Wszelakie formalności załatwiłam już tydzień przed, a sprawy ostateczne, jak na przykład zdjęcie do teczki - wczoraj. Gotowa i spakowana poprawiłam leniwie  niebieski plecak, a palcem wskazującym prawej ręki wodziłam po wywieszonym planie. Godzinę starałam się dopasować do klasy, aż w końcu znalazłam. Bingo! Moje pierwsze zajęcia miałam zacząć od lekcji historii w sali "3b". Odwróciłam się za siebie i dostrzegłam... niewielki tłum. Ludzie zaczęli się ustawiać w stronę planu, a ja piszcząc "przepraszam, przepraszam, no kurde, sorry!", przepchnęłam się przez zbiorowisko. Dumna ze swojego wyczynu, rzuciłam okiem na rozciągający się korytarz. Nie wydawał być się długi, co trochę mnie zawiodło. Bądź co bądź, gmach budynku robił większe wrażenie, ale może to tylko ja.
          Biorąc głęboki wdech, rozejrzałam się za salą, aż w końcu ją znalazłam. Moment był idealny, bowiem w tej chwili zadzwonił dzwonek, a ja jak poparzona wleciałam przez te drzwi i zajęłam byle jakie miejsce.

          Rozpoczęła się lekcja. Szepty ucichły w chwili, gdy przez drzwi wszedł nauczyciel. Niczego sobie, swoją drogą. Sam jego chód śmiał sugerować jego niepewność, ale to dodawało uroku. Delikatnie uśmiechnęłam się pod nosem, zapamiętując go dokładniej. Mężczyzna poprawił swój niebieski sweter, gdy tylko na biurku położył dziennik. Przywitał się z klasą, a gdy siadał, poprawił okulary na nosie, które zakrywały jego różowe tęczówki. Tak, różowe. Możliwe, że nadal bym robiła maślane oczy, gdyby nie lista obecności. Słysząc, jak wyczytano moje nazwisko, zerwałam się natychmiast z miejsca.
          — Obecna! - zawołałam i nim usiadłam, usłyszałam głos nauczyciela.
          — Daiyu? Czyżby siostra? - uśmiechnął się ciepło, a ja natychmiast odwróciłam się za siebie. Czułam na sobie masę spojrzeń od samego początku, ale ten jeden, pomieszany z przerażeniem i niebywałą wściekłością, rozpoznam wszędzie. Nawet nie musiałam patrzeć, by trafnie rozpoznać moją siostrzyczkę. Widziałam, jak odkłada swój zestaw do makijażu, kładzie lewą dłoń na blacie biurka. Gotowa, by rzucić się na mnie. A ja tylko wrednie uśmiechnęłam się w jej stronę, nim ponownie odwróciłam się ku tablicy.
          — Tak, zgadza się. Jestem siostrą Li, ale mam nadzieję, że podobieństwem aż tak nie uderzamy. - Na dowód poprawiłam swoje białe włosy spięte w luźny kucyk, które przefarbowałam specjalnie. Niby jak na bliźniaczki nie byłyśmy do siebie wyglądem aż tak podobne, ale nadal. Niektórzy w żarcie, aby nas zirytować, mylili nas. Stąd mój ruch z farbowaniem i tak zostało.
          — W żadnym wypadku. No cóż. Miło mi cię poznać i witamy Cię w Słodkim Amorisie. A teraz proszę, możesz usiąść - oświadczył Frazowski ze spokojem, a ja wygodniej rozsiadłam się na moim drewnianym krześle. Miejscu przy ścianie, ławce o numerze trzy.
          I niestety, szepty nie ucichły, bo zamieniły się w karteczki podawane pod ławką.

Twin - Słodki FlirtOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz