ROZDZIAŁ 1

8 0 0
                                        

Wiedzieliście, że 20 lipca przypada dzień radości? Ja i moi rodzice zawsze o tym pamiętamy i zawsze go obchodzimy. Od małego fascynowało mnie to, jak ludzie obchodzą poszczególne dni. 20 lipca co roku jeździmy na piknik do parku.

I dziś nadszedł 20 lipiec. Ten dzień był inny. Tata miał dziś ważną rozprawę w sądzie i nie pojechaliśmy na piknik. To było coś na tyle ważnego, że przed wyjściem zapomniał o wszystkim; todze, teczce z aktami i drugim śniadaniu. Wiedziałam, że po to będzie musiał wrócić, ale wracając spóźniłby się na rozprawę. Nie myśląc długo chwyciłam wszystkie jego rzeczy i pobiegłam na najbliższy autobus.

Na przystanku, jak zazwyczaj, roiło się od ludzi. Młoda kobieta z niemowlakiem na rękach; zapewne młoda matka. Wyglądała na samotną i pogubioną, wydaje mi się, że została sama z dzieckiem. Od zawsze lubiłam obserwować ludzi i myśleć o tym, co im się przydarzyło. Dlaczego dziś są tacy, a nie inni.

Kolejną osobą była dziewczyna w mniej więcej moim wieku, ubrana w krótką, czarną spódniczkę, w pełnym makijażu, poprawiała właśnie szminkę na ustach. Zapewne idzie na randkę. Uśmiechnęłam się widząc, jak poprawia rozmazany pod lewym okiem tusz do rzęs, po cichu przeklinając twórcę tej marki.

Nieopodal stał wysoki blondyn o niebieskich tęczówkach. Nie mogę powiedzieć, że nie patrzyłam się na niego. A właściwie przyglądałam się mu dłuższą chwilę. Był naprawdę przystojny. Ubrany w skromny garnitur. Zapewne i on wybiera się na randkę, ale nie wyglądał mi na chłopaka z kupą pieniędzy. Po pierwsze: jakość garnituru naprawdę świadczy o mężczyźnie. Po drugie: powinien jechać właśnie w swoim mercedesie, a nie czekać na autobus. Ale nie robił tego, bo nie był bogaty. Lubiłam takich ludzi. Zwykłych. Brakowało mi takich wokół siebie. Prywatne liceum High St. John's School nie było miejscem, w których można było zobaczyć prostotę, zwyczajność, codzienność...

Nim się obejrzałam, ludzie zaczęli wsiadać do autobusu. Ruszyłam pośpiesznym krokiem w stronę wejścia. Niebieskooki chłopak i dziewczyna z makijażem wsiedli razem ze mną. Przez chwilę nawet wyobraziłam sobie, że idą na randkę ze sobą, ale poznali się w internecie i nie wiedzą, że są swoimi internetowymi sympatiami. Ach, jakie to by było romantyczne! Właśnie spotkałam natchnienie na kolejną powieść. Wyciągnęłam telefon, zapisując sobie nowy pomysł.

Chciałam być pisarką. To było moją wielką pasją. Rodzice się cieszyli, że w czymś odnalazłam siebie, ale martwili się jednocześnie, że nie utrzymam się na zawodzie pisarki. "Trudno się wybić", "musisz być wytrwała", "musisz dawać ludziom to, czego chcą". Powtarzali mi to w kółko. Znałam już te teksty na pamięć.

Chwilę później dziewczyna wysiadła, a chłopak nie. Wszystko było jasne. To nie jest internetowa miłość, a przypadkowi wybrankowie mojej wyobraźni.

Chłopak wysiadł przystanek przede mną. Zastanawiałabym się, gdzie mógłby pójść. Na tej ulicy były same eleganckie kluby, sąd, prywatne liceum, urząd miasta, wypożyczalnia luksusowych samochodów... coś, na co chłopaka z pewnością nie byłoby stać. Jako córka bogatych rodziców - prawnika i nauczycielki - znałam tą ulicę niemal na pamięć; przejeżdżaliśmy tędy bardzo często i mieszkaliśmy niedaleko.

Nie myśląc dłużej o dziewczynie w makijażu i niebieskookim chłopaku, weszłam do budynku sądu. Teraz znaleźć to piętro, tą salę... lepiej zadzwonić do taty.

Chwilę później stałam już przed tatą, podając mu wszystkie potrzebne rzeczy. Zaciekawiona osobowością, którą będzie się zajmował tata, zajrzałam w głąb korytarza. Myślałam, że zemdleję i pęknę jednocześnie. Przed salą stał nie kto inny, jak sam Brian Wilkinson! Stał i omawiał coś z ojcem, przyjacielem mojego taty, którego zawsze nazywałam wujem Gabrielem.

Brian spojrzał na mnie zaskoczonym wzrokiem.

- Sophie? Ty? Tutaj?

- Powinnam zapytać cię o to samo.. - spojrzałam na niego wymownie.

Podkochiwałam się w Brianie od przedszkola, ale on wcale nie musiał o tym wiedzieć. Nie wiedział i tak było lepiej, bo mogłam być blisko niego. Nawet jeśli miałam być tylko jego przyjaciółką.

- Dobrze, Sophie, nie ma czasu, ale wszystko ci wyjaśnię. Obiecuję - Brian patrzył na mnie błagalnym wzrokiem. Zrozumiałam, że mam już iść. Pff!

- Nie będę czekać, Brian. Nawet o tym nie myśl...

- Sophie, wybacz, Brian naprawdę nie ma czasu na pogaduszki - Gabriel Wilkinson sprawiał wrażenie poddenerwowanego. - śpieszy nam się. Lepiej będzie, jeśli wrócisz już do domu. Powiem mojemu szoferowi, żeby cię odwiózł.

- Dobrze już, porozmawiajmy. Za chwilę wrócę. - Brian chwycił mnie za rękę, porywając w kierunku rozstawionych nieopodal mini-baru stolików.

Chłopak przysunął mi krzesło, po czym sam usiadł naprzeciwko. Był taki kulturalny, inteligentny... Szybko się ocknęłam, kiedy usłyszałam jego pełen nieporadności głos:

- Posłuchaj, Sophie, tylko się nie denerwuj. Dobrze?

- Przejdź do rzeczy, Brian.

- Spotkałem pewnych kolesi, coś w typie ulicznych chuliganów. Mieliśmy małą sprzeczkę, doszło do bójki. Oczywiście oni zaczęli. Ojciec nie chciał puścić im tego płazem, zaangażował w to sąd.

- Dlaczego cię zaatakowali, Brian?

- Posłuchaj, naprawdę nie wiem. Wierz lub nie, ale nic nie zrobiłem. Oni lubią zaczepiać kogo popadnie. Pewnie zobaczyli, że mam pieniądze i chcieli mnie okraść.

- Więc dlaczego nie okradli?

- Zjawił się mój ojciec. Miał po mnie przyjechać. Zwiali, zanim zdążyli cokolwiek zabrać.

- Co robiłeś w niebezpiecznej dzielnicy? Jak mogłeś być tak nieodpowiedzialny?

- Miałem tam korepetycje.

- Proszę cię, przecież uczysz się świetnie! Co się wydarzyło, Brian? Do cholery, nie okłamuj mnie!

- Uczę się francuskiego. Miałem tam zajęcia. Sophie, nie ma czasu na wyjaśnienia, muszę już iść. Powiedziałem ci całą prawdę. Od Ciebie zależy, czy w nią uwierzysz.

Zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować, Brian wstał i zniknął w sali sądowej. To było za dużo jak na raz. Wiedziałam, że coś tu nie gra. Francuski i Brian? Tak, uczył się dobrze, ale wątpiłam, że kiedykolwiek najdzie go chęć nauki innego języka niż tego, którego się uczyć musi. Nawet norweski szedł mu opornie, choć jego mama pochodzi z Norwegii, gdzie ma sporo rodziny.

Myśli kłębiły mi się w głowie, czułam się zaintrygowana i oszukiwana jednocześnie, co wcale nie jest dobrym połączeniem. Postanowiłam napić się kawy. Na szczęście, w kieszeni miałam jakieś drobniaki.

Chwilę później nalewałam już w automacie moją kawę. Powoli się obróciłam, uważając, aby się nie oblać. Nie spodziewałam się jednak, że ktoś właśnie przechodzi za mną. Zahaczyłam ramieniem o jego ramię i wylałam kawę. Modliłam się, abym wylała ją na siebie. Ale nie. Kawa wylądowała na śnieżnobiałej koszuli chłopaka. I wtedy spostrzegłam, że to on - niebieskooki blondyn z autobusu...

***OD AUTORKI***

Moja pierwsza powieść, jeśli można to tak nazwać, bo to raczej amatorskie próby. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na kolejne rozdziały.

Jak już wspomniałam, jest to raczej amatorskie, dlatego jeśli w historii Sophie i Alex'a będzie wam czegoś brakować lub zauważycie jakieś błędy, śmiało piszcie, bo jak wiadomo każdemu się zdarzają :)

Z wyboruOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz